poniedziałek, 13 grudnia 2010

Piwo w Indiach

Zdecydowanie łatwiej kupić jest w Warszawie narkotyki miękkie i twarde niż piwo w Indiach.  Co ciekawe, nie byłyśmy dotychczas w stanach objętych całkowitą prohibicja, a jedynie w tych, w których alkohol jest oficjalnie dostępny. Oznacza to, że można się go napić w barze lub zakupić w sklepie.  Słowo „bar” jest kluczowe, ponieważ miejsce, które posiada licencję na sprzedaż alkoholu musi się tak właśnie nazywać, stąd mnogość szyldów p.t.„bar restaurant”.  W tanich knajpkach serwujących jedzenie za żadne skarby nie dostanie się puszki piwa.  Z drugiej strony, miejsca, w których serwuje się alkohol zazwyczaj dysponują też kuchnią, jednak jedzenie jest tam dość podłe.  Do barów chodzi się po to, aby napić się alkoholu i nie są to miejsca, w których dwie samotne kobiety, Europejki, czułyby się miło i swobodnie (wczoraj akurat udało nam się odwiedzić jeden taki szykowny przybytek w towarzystwie dobrego hinduskiego przyjaciela, bawiącego przejazdem w Delhi, niemniej był to wyjątek).  Bary raczej, więc odpadają, przynajmniej dopóki nie dotrzemy na Goa (o ile w ogóle dotrzemy).   W dużych miastach są za to sklepy monopolowe – wczoraj znalazłyśmy jeden, kilka następnych widziałyśmy potem w tak dziwacznych i obskurnych miejscach, że nadal nie jesteśmy pewne czy byśmy tam poszły. Indyjskie „monopole” to przybytki pochowane w najciemniejszych kątach, gdzie kasy obłożone są dyktą, co -jak się okazuje - ma swoje uzasadnienie.  Mianowicie, jak głosi treść licencji wywieszonej przed sklepem, właściciel przybytku musi osłonić miejsce sprzedaży tak, aby nikt nie widział kto i co kupuje.  Przed tymi dyktowymi zasiekami tłoczą się mężczyźni, którzy zakupiony trunek natychmiast chowają w kieszeni i uciekają z miejsca przestępstwa z miną szpiega z Krainy Deszczowców.  A w tym wszystkim my, pragnące napić się zimnego piwa po długiej podróży.  J stwierdziła, że nie ma mowy, żebyśmy tam podeszły bo nas zjedzą.  P, merkantylnie uznała, że jednak pieniądz jest pieniądz i może nie będą aż tak wybrzydzać.  Po długich naradach podeszłyśmy cichcem (atmosfera poufności się indukuje), pytając o piwo.  Pan od dyktowych zasieków odesłał nas do panów obok, stojących na widoku.  Picie piwa musi być jednak mniejszym przestępstwem niż picie whisky (ukochany alkohol nielicznych pijących Hindusów), tak więc okazało się, że piwo dostaniemy w drugim końcu kantorku.  Panowie nawet nie byli zbytnio napastliwi, a piwo Kingfisher okazało się cudnie schłodzone. 

P.S.  Dziś w Jaipurze nie widziałyśmy ani jedno szyldu sklepu monopolowego, podobnego do tych z Delhi. Czyżby alkoholu nie spożywano tu wcale?

2 komentarze:

  1. W Jaipurze o ile dobrze pamiętam piliśmy w restauracji piwo podane w papierowych torbach. Zapewne przepisy w Radzastanie są jeszcze surowsze niż w Delhi. Za to Goa to raj alkoholika - sklepy monopolowe są na każdym rogu.
    rudy

    OdpowiedzUsuń
  2. ja w jaipurze nie miałem problemu z kupieniem trunków - rikszarz pokazał sklep, nawet dwa. zawsze pytaj recepcjonisty w hotelu gdzie jest "wine shop"

    OdpowiedzUsuń