niedziela, 5 grudnia 2010

Kambodża odkryta na nowo


Ktoś mądrzejszy od nas napisał, że przekroczenie granicy pomiędzy Wietnamem a Kambodżą to nie tylko kolejny stempel w paszporcie i zwykłe przemieszczenie się z jednego kraju do drugiego, ale -przede wszystkim- przekroczenie symbolicznej granicy pomiędzy światem powstałym i ukształtowanym pod wpływem dominacji chińskiej, a tym, na którego kształcie zaważyła druga azjatycka potęga kulturowa (i już nie tylko) - Indie.  Są to święte słowa i tę ogromną zmianę widać w ludziach, architekturze, pięknym piśmie khmerskim, a nawet, do pewnego stopnia, w lokalnej kuchni.  Aczkolwiek ta ostatnia, jest w Kambodży mieszanką kuchni wietnamskiej i tajskiej.  (Jakkolwiek Khmerzy by się nie obrazili za takie stwierdzenie, to, co nazywają tradycyjnymi daniami khmerskimi, jest niczym innym jak typowym tajskim curry.) 
Khmerzy są równie mali i drobni jak Wietnamczycy, ale mają ciemną karnację, wydatne usta i nosy, co sprawia, że rysy ich twarzy są całkiem odmienne.  Pismo przypomina do pewnego stopnia sanskryt i jakkolwiek obecnie dominuje tu buddyzm, to świątynie Angkoru zostały w większości poświęcone bogom hinduistycznym.  Wszystko to składa się na fascynująca mieszankę, jaką jest współczesna Kambodża. 




***

Byłam (P) w Kambodży 6 lat temu.  Kibicuję temu krajowi i jego mieszkańcom z całego serca.  Tym bardziej cieszy mnie to, że po 6 latach niektóre miejsca są niemalże nie do poznania, natomiast cały kraj przechodzi tak gwałtowną transformację, że Ci, którzy przyjadą tu po 10-15 latach przerwy, trafią zapewne do zupełnie innego świata.  Przez obecne zmiany Kambodża traci wiele ze swojej oryginalności, na co narzekają turyści, ale dla każdego Khmera są one szansą na godne życie.  Mimo, że z żalem patrzę na londyńskie Soho w centrum Siem Reap i nie poznaję miejsc, w których mieszkałam 6 lat temu, cieszę się jednak, że Khmerzy skorzystali ze swojej szansy.  Nie da się przecenić tego, ile dla promocji tego kraju zrobiła Angelina Jolie, biegając w obcisłych szortach po świątyniach Angkoru, a następnie adoptując khmerskiego chłopca, ale też – przede wszystkim - bogate kraje sypnęły groszem na budowę dróg, studni, szkół, szpitali.  W każdej wsi stoją tablice informujące, kto wybudował lokalną studnię i obok dominujących flag Japonii i Korei, podróżując oglądamy pełen przegląd europejskich barw.  Rząd Kambodży nadal przoduje w światowych statystykach pod względem poziomu korupcji, ale powoli tworząca się klasa średnia stopniowo doprowadzi ten kraj do normalności (dobrym przykładem jest rodzina prowadząca nasz hotel w Siem Reap, którą stać już było na to, żeby fantastycznie wykształcić córkę, która z kolei rewelacyjnie zarządza całym przedsięwzięciem. Jej nieznający języków rodzice, zajmują się w tym czasie obsługą logistyczną).  W sensie czysto biznesowym, kraj dysponujący kompleksem Angkor i kilkudziesięcioma kilometrami plaż nad zatoką tajlandzką, nie można nie odnieść sukcesu. 

Największe zmiany odczuwamy podróżując.  6 lat temu droga z Bangkoku do Siem Reap była drogą przez mękę.  Także, aby dostać się z nadmorskiego Sikhanoukville do równie nadmorskiej tajskiej wyspy Kho Chang, trzeba było skorzystać z trzech różnych środków transportu i liczyć na łut szczęścia.  Dziś, miedzy Siem Reap a Bangkokiem kursują regularne autobusy po nowiutkiej, gładkiej jak masło drodze (6 lat temu od granicy biegł piaszczysty dukt, po którym nawet pojazdy 4x4 poruszały się z trudem), a na Kho Chang można dojechać bezpośrednim autobusem z dowolnego miejsca w Kambodży, do którego tylko docierają turyści.  To, co uderza oprócz dróg i jakości transportu, to zaskakująco bogaty wygląd khmerskiej prowincji.  Typowe domy na palach budowane z drewna i liści palmy już jakiś czas temu zastąpiły konstrukcje drewniane.  Obecnie natomiast, ku rozpaczy estetów, również te ostatnie są wypierane są przez betonowe klocki o urodzie pałacu Gargamela.  Estetyka estetyką, ale poziom zamożności społeczeństwa niewątpliwie wzrasta.  To, co dobre dla Khmerów, niekoniecznie jednak musi się podobać turystom przyjeżdżającym tu w poszukiwaniu egzotyki. 





Stolica, kolonialne miasto o niezaprzeczalnym uroku i równie wielkich zaniedbaniach, powoli odzyskuje swój urok.  Jednak to, co stało się z Siem Reap w ciągu minionych kilku lat, zakrawa na cud w skali światowej.  Miasteczko, którego atutem jest to, że za jego granicami stoi jeden z siedmiu cudów świata (według naszej klasyfikacji: -), urosło do rozmiarów średniej wielkości miasta i rośnie nadal.  W miejscu, w którym mieszkamy, otoczone przez dziesiątki innych tanich hoteli, 6 lat temu pasły się krowy.  Ale największe zmiany zaszły w ścisłym centrum miasta, które zamieniło się w kłębowisko barów, restauracji i klubów.  Na ulicy, na której stały kiedyś mocno zapuszczone hoteliki, obecnie pysznią się eleganckie wille, w których -ku uciesze turystów- w ogrodzie trzymane są np. krokodyle.  Na czterech krzyżujących się ulicach, otoczonych barami, od 20 do wczesnych godzin porannych, przewalają się tłumy mniej lub bardziej pijanych Europejczyków, którzy za cenę dwóch małych piw w Londynie czy Amsterdamie mogą się w Siem Reap zapić na śmierć.  Można tu obejrzeć mecz, zaśpiewać karaoke, posłuchać Nirvany lub oddać się relaksującemu masażowi i peelingowi stóp, wykonywanym przez rybki.  Panie, które w warszawskich spa płacą za taką przyjemność majątek informujemy, że w Siem Reap rybi masaż kosztuje 2 dolary i dostaje się do niego darmowego drinka albo masaż karku.


Wracając do barów w Siem Reap, dwa dni temu w najpopularniejszym lokalnym barze Angkor What? żegnałyśmy Irminę i Martę, które po trzech tygodniach wspólnej podróży wróciły do Polski.  Pożegnanie było huczne i zaowocowało dwoma reklamowymi koszulkami baru (nie wspominając o kacu) - w jednej paraduje J, drugą Irmina zabrała do zasypanej śniegiem Polski.  Koszulka jest nagrodą za zamówienie dwóch „bucketów”(wiaderek) drinków, zwanych przez nas nocnikami.  Poniżej J przy swoim nocniczku z ginem i tonikiem.  Potem było już tylko gorzej.  A najgorsze jest to, że potrzebujemy jeszcze jednej koszulki dla P, a słabsze alkohole, które zdecydowanie preferujemy, nie wchodzą w zakres promocji.  No i mamy problem, który musimy rozwiązać w ciągu najbliższych dwóch wieczorów :-) .  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz