wtorek, 21 grudnia 2010

Indyjskie epicentrum - Waranasi

Wyjątkowo jednym głosem:     :-)

Waranasi to Indie w swoim ekstremum.  Jeszcze bardziej chaotyczne, brudniejsze niż gdziekolwiek indziej, ale również bardziej kolorowe i fascynujące. Ganges, przepływający przez Waranasi, uważany jest przez wyznawców hinduizmu za świętą rzekę.  Do miasta przybywają pielgrzymi, aby dokonać rytualnych ablucji w rzece, rodziny, po to by skremować swoich zmarłych oraz starzy i chorzy, którzy pragną tu umrzeć.  Śmierć w Waranasi ma zagwarantować koniec procesu reinkarnacji. Przyjazd do tego miejsca wywiera równie silne wrażenie jak wkroczenie do Starej Jerozolimy przez Bramę Damasceńską lub widok glinianego meczetu w malijskim Dżenne – jest to uczucie całkowitego odrealnienia oraz zawieszenia w jakiejś historycznej przestrzeni, gdzieś poza wymiernym czasem.

Miasto zaczyna się (lub kończy, jak kto woli) u stóp rzeki.  Do wody prowadzą schodki zwane ghatami.  Niektóre mają większe znaczenie niż inne (rytualną kąpiel należy odbyć w pięciu z nich, w ściśle określonej kolejności, tego samego dnia).  Tylko kilka przeznaczonych jest na kremację.  Rytuał ten zrobił na nas wielkie wrażenie.  Wprawdzie trudno skupić się na uroczystości, gdy wokół banda naciągaczy próbuje przekonać nas, że tu nam wprawdzie stać nie wolno, bo godzi się w uczucia rodziny, ale oni zabiorą nas w specjalne miejsce „especially for you lady, special place, special price”. Jeśli jednak uda się ich pozbyć (oraz właściciela Tea Masala Emporium, który próbuje każdemu wcisnąć szklaneczkę z herbatą,) to obserwowanie uroczystości kremacyjnych jest doprawdy niezwykłym przeżyciem.  Na dwóch niewielkich podwyższeniach nad rzeką układane są stosy.  Kilka koło siebie.  Zaskoczyła nas ich wielkość - są małe.  Wysokie na 40-50 centymetrów, tworzą jedynie platformę na ciało, które po złożeniu na stosie przykrywa się jeszcze dwoma warstwami niezbyt grubych gałęzi.  Im większy stos, tym bogatsza rodzina – sprzedażą drewna na wagę, całunów i wieńców z nagietków zajmują się okoliczne sklepiki. Najcenniejsze jest, podobno, drewno sandałowe.  Zanim jednak dojdzie do kremacji, kasta niedotykalnych, jako jedyna parająca się pochówkiem, przygotowuje zwłoki, a następnie owinięte w całun, niezwykle kolorowe materie oraz obsypane kwiatami znosi na noszach do rzeki.  Ciało zostaje zanurzone w świętej wodzie i dopiero po tym rytuale, zwłoki w całunie, ale już bez kolorowych szat, zostają złożone na stosie.  Po podpaleniu go, stos zostaje obsypany wonnymi proszkami, które mają zabić zapach palącego się ciała.  Równocześnie odbywa się kilka kremacji, jedne stosy się dopalają, inne dopiero się układa, zabłąkana krowa wchodzi między nie, aby zjeść porozrzucane kwiaty.  Wokół nie widać rodzin, nie odbywają się żadne modły.  Bardzo mało jest w tym wszystkim powagi i celebry.  Ludzie kręcą się w pobliżu, mijając palące się stosy w drodze do domu (miejsca kremacyjne znajdują się miedzy innymi ghatami, nad nimi wznoszą się domy, sklepy etc.).  W najsłynniejszym takim punkcie, odwiedzanym przez turystów, zazwyczaj gromadzą się tłumy.  Natomiast w innych, przy palących się zwłokach są jedynie ci, którzy zajmują się kremacją.  W niczym nie przypomina to uroczystości pogrzebowych znanych w naszym kręgu kulturowym.  Jeżeli udacie się kiedyś, by obserwować tę uroczystość, pod żadnym pozorem nie wyciągajcie jednak aparatu.  

Niestety, Waranasi – ze względu na swą wagę dla wyznawców hinduizmu – stało się celem licznych ataków terrorystycznych. Ostatnia bomba wybuchła 7 grudnia, podczas celebrowanych tu codziennie, o 6 wieczorem, uroczystości ganga aarti.  Do przeprowadzenia zamachu przyznali się Indyjscy Mudżahedini.  My, na szczęście, dowiedziałyśmy się o tym dopiero w pociągu do Khajuraho, dzięki czemu w spokoju uczestniczyłyśmy w spektakularnym widowisku.  Uroczystość odbywa się po zmroku nad brzegiem Gangesu.  Kilku młodych kapłanów (byli to zdecydowanie najprzystojniejsi Hindusi w całym stanie, jesteśmy pewne, że wybierali ich pod tym kątem), przy dźwiękach modlitw, wykonuje szereg rytualnych aktów poświęconych rzece.  Wszystko jest niesłychanie malownicze, kapłani palą ogień, kadzidła, rozsypują płatki nagietków i grają na instrumentach.  W trakcie trwania ceremonii, zbiera się tłum, warto jednak wziąć w niej udział.  Aby dostać się do największego ghatu Dasaswamedh, gdzie odbywają się uroczystości, trzeba przejść przez kontrolę, która jest największą kpiną z wszelkich procedur bezpieczeństwa, jaką widziałyśmy.  Bramki do wykrywania metalu, ustawione przy wejściach, mają z 50 lat i albo piszczą non stop albo w ogóle.  Za bramami stoją policjanci, którzy sprawdzają przechodzących przesuwając rękoma wzdłuż ciała, zazwyczaj nie dotykając nikogo.  Kobiety sprawdzają policjantki, ale jeśli akurat ich nie ma, kobiety przechodzą bez kontroli.  Torby obmacuje się lekko z zewnątrz, najczęściej bez otwierania.  W środku musiałaby być bazuka, żeby w ten sposób można by ją było znaleźć. Nota bene, zamachowcy użyli ostatnim razem plastiku, którego nijak nie dałoby się w taki sposób wykryć. Generalnie, komedia.  Szkoda tylko, że w tym wypadku naprawdę chodzi o bezpieczeństwo ludzi.  Policjanci z Waranasi powinni iść na przeszkolenie do pracowników linii Delta. Tamci nauczyliby ich jak wyszukiwać w tłumie terrorystów, np. takich jak my :-) (patrz post o powrocie z Japonii).  

Na koniec, warto wspomnieć o jeszcze jednym problemie, z którym stykają się w Waranasi wszyscy turyści. Chodzi, mianowicie, o masowe żebractwo. Zjawisko to występuję, rzecz jasna, w całym kraju, jednak tu osiąga swe apogeum. Żebrzą wszyscy - dzieci, kobiety, tzw. święci mężowie (ci ostatni budzili w nas wyjątkową niechęć, ze względu na perfidię tego procederu, polegającego na mieszaniu materializmu z potrzebami duchowymi ludzi). Uzasadnieniem dla tego zachowania jest wyjątkowy status żebraka w hinduizmie - jest on osobą, która przez swą prośbę o jałmużnę, daje bliźniemu szansę na poprawienie jego karmy. Wyjątkowo nadużywaną szansę, dodajmy. Gdybyśmy wsparły w Indiach każdego proszącego, powinnyśmy osiągnąć stan nirwany w przeciągu  najbliższego tygodnia :-)


chwila samotności w Waranasi :-)
 







W oddali - największy ghat kremacyjny
 

ceremonia ganga aarti

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz