wtorek, 21 grudnia 2010

Dzieciaki

Zostałyśmy zapytane o to, jak wygląda sytuacja dzieci w krajach, przez które jedziemy. Nie miałyśmy wprawdzie zbyt wiele możliwości przyjrzenia się jej dokładnie, niemniej nasze pierwsze (pobieżne) spostrzeżenia są następujące:

Edukacja

Dzieci chińskie i japońskie widuje się niemal wyłącznie w mundurkach – chodzą do szkoły 6 dni w tygodniu i uczestniczą w niezliczonej liczbie edukacyjno-patriotycznych wycieczek do muzeów, najważniejszych zabytków, etc.  Także w Indiach, odwiedzając kolejne zabytki, spotykamy wiele takich „mundurkowych” grup, różnica jest jednak taka, że 90% z nich złożona jest tylko i wyłącznie z chłopców. Dość rozwydrzonych chłopców, trzeba dodać.

W naszej dotychczasowej podróży, Indie są pierwszym krajem, w którym ogromną część dzieci (nie dysponujemy statystykami) nie chodzi do szkoły.  Dziewczynki nie wychodzą z domu, chłopcy natomiast od małego pracują.  Często siedmiolatek pracujący dla turystów mówi dosyć płynnie po angielsku, z drugiej strony jednak, nie posiada absolutnie podstawowego wykształcenia w zakresie własnego języka, historii czy matematyki. 

Wychowanie

Jeśli miałybyśmy uszeregować dzieci z odwiedzonych przez nas krajów pod względem ich zachowania, to jeden koniec skali stanowiliby, zapewne, mali Japończycy i Rosjanie, przeciwległy zaś pociechy hinduskie i chińskie. Zwłaszcza te ostatnie, wydają się wyjątkowo źle wychowane. Najprawdopodobniej, dzieje się tak z powodu polityki jednego dziecka, obowiązującej nadal w Chinach – wyobraźcie sobie tylko rozanielonych rodziców i zestaw czworga dziadków gotowych przychylić nieba upragnionemu małemu księciu lub księżniczce. Wydaje się także, że obecnie coraz więcej rodzin zadowolonych jest z faktu posiadania córki – jak dowiedziałyśmy się z prasy, młodzi chłopcy przestali „się opłacać”, ponieważ, gdy podrosną, zamiast wspierać rodzinę, emigrują do dużych miast, a w przypadku ich ożenku, do obowiązków rodziców należy zakup lokum dla młodej pary.  Mali Japończycy są, natomiast, wręcz wzorowym przykładem dobrze wychowanych i ułożonych małych obywateli.  Nie było w naszej podróży zbyt wielu okazji, aby obserwować młodych Rosjan (nie miałyśmy też żadnej styczności z dziećmi ulicy w Moskwie czy Sankt Petersburgu), ale te, które widziałyśmy, były grzeczne i niesłychanie dobrze ułożone.  W Galerii Trietiakowskiej, widziałyśmy absolutne kuriozum, czyli grupę dziesięciolatków, zwiedzających muzeum, wsłuchanych w słowa przewodniczki - niemalże bez mrugnięcia powieką, wszyscy, jak jeden mąż, wydawali się zafascynowani opowieściami o rosyjskim malarstwie.  Czy ktoś widział kiedyś grupę dziesięciolatków, która w skupieniu trwającym dłużej niż trzy minuty słuchałaby wykładu o sztuce? 

Co ciekawe, najmniejsi Mongołowie są jeszcze bardziej rozpieszczani przez rodzicieli niż ich chińscy sąsiedzi (autobusy pełne są małych, śmiesznych dzieciaków, karmionych bez przerwy i obcałowywanych po rumianych polikach), niemniej nijak nie przekłada się to na ich późniejsze zachowanie. Może się to wiązać z tym, że już 7-8 latki muszą pomagać rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa.  Nie odbywa się to kosztem nauki, ale po szkole dzieci pomagają we wszystkich pracach domowych, także tych cięższych jak np. przynoszenie drewna, rozpalanie w piecach ogrzewających namiot, etc.  Dzieci w Mongolii chodzą jednak do szkoły nawet w najodleglejszych rejonach kraju.  Obowiązek szkolny traktowany jest bardzo poważnie. 

Praca dzieci

Przekroczenie granicy z Kambodżą jest też wkroczeniem do całkiem odmiennego świata. Na ulicach po raz pierwszy spotykałyśmy wiele pracujących dzieci, sprzedających pocztówki, pamiątki, owoce itd. Podobna sytuacja jest w Indiach. Wprawdzie już wcześniej, w Mongolii czy Wietnamie, wiedziałyśmy wiele dzieciaków pomagających rodzicom, jednak nigdy ich praca nie miała charakteru czysto zarobkowego.  Zakładamy również, że pracowały po szkole. 

W Kambodży dzieci pracują zarobkowo i jest to widoczne.  Zakładałyśmy, że w związku z tym nie uczą się.  Któregoś dnia w Angkor, nasza znajoma, Marta, zapytała małą sprzedawczynię bransoletek czy ona i pozostałe dzieci chodzą do szkoły. „Popołudniami, Lady” – padła odpowiedź, która wówczas wydała nam się mało wiarygodna. Kilka dni później jednak, w Kampot, ze zdumieniem wsłuchiwałyśmy się koło 18-ej w chóry dziecięcych głosów, dobiegające z murów pobliskiej podstawówki.  Zapytałyśmy właściciela hotelu, w którym mieszkałyśmy, czy wieczorem odbywają się regularne lekcje czy raczej dodatkowe zajęcia.  Potwierdził, że wiele dzieci chodzi do szkoły wieczorami.  Być może więc to, co powiedziała dziewczynka sprzedająca pamiątki w świątyniach, było to jednak prawdą.

W Kambodży (i Wietnamie) dodatkowym problemem jest także prostytucja dziecięca i seksualne wykorzystywanie dzieci.  Temat jest szeroko opisany, my możemy jedynie podzielić się swoimi własnymi obserwacjami.  W jednym z barów, który odwiedziłyśmy w wietnamskim Nha Trang (boski Crazy Kim), sprzedawane są specjalne koszulki „Ręce precz od dzieci” – dochód z ich sprzedaży ma sfinansować akcje edukacyjne dla najbardziej narażonych dzieciaków.  Bar prowadzony jest przez Wietnamkę, kobietę około 50-letnią, która toczy prywatną wojnę z procederem wykorzystywania dzieci.  Część dochodów z baru, fitness klubu oraz kilku dodatkowych biznesów, które rozwinęła w ciągu lat działalności, zasila fundację, mająca na celu edukację dzieci i pomoc tym, które padły już ofiarą pedofilii.   Prawda jest jednak taka, że dopiero w Phnom Penh (w Bangkoku byłyśmy póki co za krótko i nieco na uboczu), atmosfera zrobiła się niepokojąca i praktycznie nagminnie widziałyśmy podejrzane pary dorosły-dziecko.  Pewnego wieczoru siedziałyśmy w barze dla turystów, którego 70% gości stanowili podstarzali Europejczycy w towarzystwie bardzo młodziutkich Khmerek.  W pewnym momencie do siedzącego samotnie mężczyzny przysiadła się na oko 10-letnia, uliczna handlarka. Zaczęli rozmawiać, pan postawił jej obiad i colę. Patrzyłyśmy na to wszystko z rosnącym niepokojem, zwłaszcza, gdy mężczyzna poprosił o coś kelnerkę. Po chwili przyniosła ona jednak plastikowy pojemnik, w który zapakowana została część posiłku dla rodziny Khmerki, a mała ruszyła (samotnie) w dalszą drogę. To budujący obrazek, jednak odstający od tego, co widzi się na kambodżańskiej ulicy.  Co ciekawe, w Indiach, gdzie najbiedniejsze dzieci wyglądają nieporównywalnie gorzej niż w Kambodży (włóczą się po ulicach w grupach i żebrzą lub zaczepiają turystów), problem seksturystyki jest znacznie mniejszy. Najprawdopodobniej dzieje się tak z powodu różnic kulturowych i dużego konserwatyzmu Hindusów w podejściu do seksualności jako takiej.  To jednak tylko nasze spekulacje, postanowiłyśmy zgłębić ten problem w miarę dostępności źródeł. 


Obyczaje

O dziwnym – naszym zdaniem – zwyczaju chińskich rodziców, którzy nie zakładają dzieciom pieluch pisałyśmy już w poście o Chinach. Kolejną ciekawostką, na jaką się natknęłyśmy (tym razem w Mongolii), była niechęć do wypowiadania w obecności obcych imion dzieci, dopóki te nie ukończą pewnego, „bezpiecznego” wieku z obawy przed rzuceniem na nie uroku. Podobnie rzecz ma się z robieniem im zdjęć.

Innym zjawiskiem, którego nie umiemy póki co wyjaśnić, jest malowanie obwódki oczu najmłodszych dzieci w Indiach na czarno, co nadaje im lekko demoniczny wygląd.  

P.S. Poznałyśmy dziś znaczenie ostatniego rytuału.  Malowanie oczu najmłodszych dzieci kajalem ma wzmocnić ich wzrok oraz uchronić przez złym urokiem.

Rosja

Japonia

Mały pomocnik motorniczego w Kambodży

Kambodża - zepsuta dętka jest bezcenną zabawką

Indie - mała sprzedawczyni lampionów zaczyna pracę przed świtem

Indie

Mongolia




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz