niedziela, 19 grudnia 2010

Indyjska kolej

Indie mają ponad 64 000 kilometrów torów kolejowych.  Pociągiem można dojechać niemalże wszędzie.  Wprawdzie poruszają się one w ślimaczym tempie (za nami już 17-godzinna podróż z Delhi do Waranasi -jedyne 800 km, a przed nami jeszcze zygzakowata droga do Khajuraho - 12 h = 450 km) i zatrzymują na każdej małej stacyjce, ale mimo wszystko są dużo wygodniejszym i bezpieczniejszym środkiem podróżowania niż autobusy.  Mają jednak poważny defekt – kupno biletów to mission impossible.  Zaraz po wylądowaniu w Delhi, dowiedziałyśmy się od właścicielki naszego hotelu, że nie mamy żadnych szans na kupno biletów kolejowych na popularne trasy na najbliższe 2 tygodnie. Było to tylko pół prawdy.  Kobieta chciała nam sprzedać oferowane przez hotel wycieczki i przekazywała niestety gościom mnóstwo nieprawdziwych informacji. Rzeczywiście jednak, kupno biletów nie jest wcale łatwe, choć w teorii być powinno.  Bilety, mianowicie, można kupować przez internet (www.cleartrip.com; www.irctc.co.in; www.makemytrip.com).  Trzeba płacić kartą, ale jest to operacja bezpieczna, serwisy są prowadzone przez firmy godne zaufania.  System ten działa od lat bez poważniejszych zakłóceń.  Tyle tylko, że wyszukiwarki zazwyczaj pokazują, że dostępnych biletów nie ma.  Można się zapisać na tzw. waiting list, ale dla nas jest to opcja najgorsza z możliwych.  O tym czy bilet dostaniesz, dowiadujesz się 4 h przed odjazdem pociągu.  Alternatywnie, można poczekać - 48 h przed odjazdem pociągu, w internecie pojawia się specjalna pula „Tatkal”.  Jest to zazwyczaj niezbyt duża liczba biletów na daną trasę dla tych, którzy zdecydowali się na podróż w ostatnim momencie i są gotowi zapłacić więcej.  Czasami wystarczy jednak kilkanaście minut, aby pula ta została całkowicie wyczerpana, więc trzeba się wykazać refleksem.  Kiedy indziej, natomiast, bilety te są dostępne niemal do odjazdu pociągu.  Loteria.  Na pierwszy tydzień naszej podróży, tzn. Złoty Trójkąt Delhi – Jaipur – Agra – Delhi udało nam się w końcu kupić bilety przez internet po ponad 2 h przeszukiwania serwisów i sprawdzania każdego pociągu (dziennie między Agrą i Delhi kursuje ok. 50 pociągów, wyszukiwarka nie pokazuje, w którym są miejsca, trzeba ręcznie sprawdzić dostępność biletów na każdy pociąg i wszystkie klasy).  Niestety, na dalszą podróż do Waranasi biletów uparcie nie było.  Pierwsze dostępne były na 31 grudnia.  Zrezygnowane zaczęłyśmy szukać biletów na samolot.  Z tymi nie było problemu, ale cena okazała się nie na naszą kieszeń.  J podpytała w hotelu w Jaipurze (rewelacyjny Krishna Palace), którego uroczy właściciel powiedział, żebyśmy spróbowały na dworcu.  Koleje mają szereg puli biletów - ogólną, dla zagranicznych turystów, dla kobiet.  Systemy internetowe pokazują, zdaje się, tylko pulę ogólną.

Na dworcu w Jaipurze zobaczyłyśmy kasy, przed którymi kłębił się dziki tłum mężczyzn.  Była też kasa tylko dla kobiet, przed którą stały kobiety stacze.  Obok nich, stali mężczyźni, dla których kupowały bilety.  Wszyscy się przepychali, krzyczeli, wyrywali sobie dokumenty i pieniądze (sądzimy, że ponad połowę kolejki stanowili zawodowcy). Wszystko to wyglądało dramatycznie.  W przewodnikach czytałyśmy o specjalnych okienkach dla cudzoziemców, gdzie bez kolejki można kupić bilet.  Autor nie widział chyba dworca w Jaipurze.  Nasze chińskie doświadczenia z zakupem biletów wydały nam się w porównaniu z tym, miłą i radosną przygodą.  Na dworcu była jednak również tablica informująca, że na peronie 1 znajduje się punkt informacyjny dla turystów zagranicznych.  Rzeczywiście - urzędujący w nim miły, wąsaty pan (wszyscy Hindusi maja wąsy, ogolonych ze świecą szukać) pokazał nam budynek znajdujący się obok dworca i wyjaśnił, że w okienku 679 zakupimy bilety bez żadnego kłopotu.  Okienko przeznaczone jest tylko dla cudzoziemców i nielicznej grupy kombatantów i dziennikarzy.  Gdy weszłyśmy do wskazanego budynku, przed okienkiem stał jeden kombatant, jeden turysta i tłum młodych Hindusów.  Staczy.  Komenderowała nimi zażywana pani w sari.  System istnieje w założeniu, praktyka natomiast jest, jaka jest.  Sprzedawca oczywiście obsługiwał rzutkich, młodych Hindusów, dla niego w sumie to żadna różnica, komu sprzedaje bilety.  Jak mówi nasz hinduski przyjaciel – „mamy dobre i nowoczesne prawo, problem tylko taki, że funkcjonuje ono tylko w kodeksach, a nie w życiu”. 

Aby kupić bilet nie wystarczy odstać swoje.  Trzeba także wypełnić formularz.  Imię, nazwisko, wiek, płeć, numer paszportu, datę planowanej podróży, preferencje dotyczące umiejscowienia leżanki, skąd, dokąd i … numer pociągu.  Tak, to nie żart.  My miałyśmy masę szczęścia, bo sprzedawca był wyrozumiały i przyjął od nas kartkę bez niego, zadowalając się naszym wyjaśnieniem, że chcemy bilety na dowolny pociąg do Waranasi.  Słyszałyśmy jednak historię ludzi, którzy bez numeru pociągu nie byli w stanie kupić biletów.  Numer można sprawdzić w internecie, tylko co począć w sytuacji, gdy chcemy nabyć bilet na dowolny pociąg, a dziennie odjeżdża ich np. siedem?  Tego jeszcze nie wiemy.  Koniec końców, okazało się, że bilety jednak są (chwała właścicielowi hotelu za dobrą informację), wprawdzie na najwolniejszy pociąg, ale wiemy już z doświadczenia, że różnica między 13 a 17 h jest właściwie żadna  Człowiek albo wpada w stupor albo śpi lub czyta. 

trasa pociągu Waranasi - Khajuraho
Dalszy zakup biletów okazał się nie mniej kłopotliwy.  Mieszanka godzin spędzonych na stronach, na których rezerwuje się bilety i w kolejkach na dworcach.  Koniec końców, mamy bilety aż do Mumbaju.  Przy okazji odkryłyśmy kolejny paradoks indyjskiego systemu.  Pomimo braku biletów na wybranej przez nas trasie z Jhansi do Mumbaju, zostałyśmy poinformowane, że nawet, gdy brakuje ich dla wsiadających w Jhansi, na ten sam pociągu dostępne są bilety dla wsiadających w Agrze (kilkaset kilometrów wcześniej).  Okazuje się, że także każda stacja ma swoją pulę biletów.  Te same leżanki, jeśli nie zostaną sprzedane w Agrze, będą dalej jechały puste, my jednak nie możemy kupić ich na krótszej trasie Jhansi – Mumbaj. Na szczęście pan z biura rezerwacji był miły i wykombinował - możemy je kupić płacąc cenę za całą trasę z Agry, zaznaczając równocześnie (pisemnie), że wsiądziemy w Jhansi.  Lekkie deja vu - czarny rynek biletów w Chinach działa w podobny sposób.  Z tą różnicą, że w tym wypadku ten drobny myk proponuje nam urzędnik państwowy.  Chciałyśmy zobaczyć również Goa, ale w okresie noworocznym zdobycie biletów na pociąg na trasie Goa - Mumbaj jest niewykonalne.  Mamy dwa – trzy dni, aby podjąć ostateczną decyzję czy kupujemy drogie bilety na samolot czy zostajemy w Mumbaju, co raczej średnio się nam uśmiecha.  Prawda jest zresztą taka, że obecnie linie lotnicze ( w tym tanie Kingfisher, Spice Jet, IndiGo) przejęły znaczną część rynku komunikacyjnego w tym kraju. Konkluzja jest następująca – Indie, o ile ktoś nie przyjeżdża tu na wiele miesięcy i nie ma żadnych ograniczeń czasowych, nie są krajem pozwalającym na spontaniczną podróż i zmianę planów w ostatniej chwili.  Być może w rejonach bardzo oddalonych od głównych szlaków jest to możliwe. Jednak na trasach między dużymi miastami, stolicami stanów, ważnymi ośrodkami religijnymi – podróż trzeba zaplanować dużo wcześniej, inaczej tak jak my walczy się o każdy bilet.

Gdy już uda się jednak nabyć upragniony bilet, wsiadając do pociągu (tylko przy założeniu, że jedzie się z pierwszej stacji i komuś chciało się nakleić listę pasażerów) można przeczytać swoje nazwisko na kartce przyklejonej do ściany wagonu.  


Pociągi w Indiach to temat rzeka.  Każdy zapewne widział w telewizji obrazy przeładowanych pociągów, w których ludzie siedzą na dachach i zwisają z poręczy na zewnątrz wagonów.  To nie jest jednak scena z filmu National Geographic, tylko smutna rzeczywistość.  W pociągach funkcjonuje kilka klas. Legendarna, klimatyzowana pierwsza klasa jest tak rzadka, że można przejechać całe Indie i nigdy się na nią nie natknąć.  W jednym z naszych pociągów były trzy przedziały.  Nie był to Orient Express, raczej coś, co wyglądało jak sypialny II klasy w polskich pociągach.  Następne w kolejności są klimatyzowana (AC) klasa druga i trzecia.  Klasa druga AC wygląda dokładnie tak jak rosyjski plackartnyj, sześć leżanek zgrupowanych po dwie wzdłuż ścian przedziału plus dwie w korytarzu.  W trzeciej klasie leżanek jest osiem, trzy przy ścianach, dwie w korytarzu.  Drzwi rozdzielających przedziały brak w każdej klasie poza pierwszą.  Następnie można spotkać klasę AC Chair, w teorii zbliżoną do naszego wagonu otwartego z siedzeniami, siedzenia zgrupowane są po dwa i po trzy.  Większość wagonów jest stara, mocno zdezelowana i zazwyczaj bardzo brudna (tylko raz widziałyśmy w AC Chair nowiutkie fotele jak z naszego Intercity)..  Na te cztery klasy sprzedaje się bilety z oznaczonymi miejscami, a na długich, nocnych trasach wagony są zamykane w trosce o bezpieczeństwo pasażerów i ich bagażu.  Karaluchy biegają jednak równo po wszystkich klasach. Pierwszą nie jechałyśmy, ale nasza druga sąsiadowała z pierwszą (pół wagonu zajmowała klasa pierwsza, pół – druga), więc karaluchom nie robiło to żadnej różnicy i za nic sobie zapewne mają luksusy, za które trzeba słono zapłacić.  Poniżej klas AC następuje autentyczna rzeźnia.  Klasa druga nieklimatyzowana (tzw. second chair) i również nieklimatyzowany sypialny (second sleeper).  W sypialnym miejsca powinny być numerowane, ale to tylko teoria.  Na drugą klasę nieklimatyzowaną sprzedaje się tyle biletów, ile tylko się da i przy wejściu do pociągu odgrywają się dantejskie sceny.  Ludzie wiszą przy wejściu i na oknach (pozbawionych szyb, ale za to zakratowanych – zapewne po to, aby łatwiej się można złapać), bijąc się o możliwość dostania się do środka.  Pociągi jadące z ludźmi siedzącymi na dachach nie należą do rzadkości.  


Indyjska kolej nie jest również wzorem punktualności.  Jak na razie, opóźnienia naszych pociągów były nieznaczne, największe 1, 5 godziny. Jednak siedząc na dworcu w Delhi, wsłuchiwałyśmy się w ogłoszenia, wypowiadane nienaganną, ale dosyć archaiczną angielszczyzną, informujące o 10-13 godzinnych opóźnieniach, za które kolej bardzo przeprasza – „Any inconvenience is deeply regretted”. 

Są jednak plusy takiego podróżowania (poza samą możliwością przemieszczania się, rzecz jasna).  Mianowicie jedzenie.  Kolej karmi smacznie i tanio.  Po wagonach biegają panowie roznoszący czaj, kawę (w teorii, w praktyce to słodkie mleko zaprawione paroma ziarenkami neski), czaj, zupę pomidorową, omlety, samosy, biryani, a nawet kilkudaniową kolację.  Spałyśmy z robalami, ale jadłyśmy jak królowe.  

na śniadanie - omlet

kolacja - przepyszna

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz