poniedziałek, 14 marca 2011

Fiordland


Napis w sklepie outdoorowym w Queenstown głosił: „Jeśli jedziesz do Fiordland, nie kupuj namiotu za 79 dolarów, tylko piankę do nurkowania”. 

Kilka słów wyjaśnienia - 79 dolarów to najniższa cena za namiot w NZ, a Fiordland to południowo zachodni kraniec NZ - jak sama nazwa wskazuje - pełen fiordów, niezwykłych widoków i … niespotykanej gdzie indziej ilości deszczu. A przecież i w pozostałych częściach NZ go nie brakuje… :-)

Nowa Zelandia oszałamia nas swoją przyrodą. Jesteśmy zgodne co do tego, że pod względem krajobrazu, jest to niewątpliwie najpiękniejsze miejsce odwiedzone w trakcie całej naszej podróży. Zdecydowanie bardziej podobają nam się lasy, potężne góry, rzeki i jeziora ( nawet jeśli jest zimno i leje) niż rajskie plaże i upał, powodujący, że koszulka lepi się do ciała 10 minut po wyjściu spod prysznica. W Nowej Zelandii ubranie też potrafi się tak przykleić, ale od deszczu. Pogoda na pewno nie jest mocną stroną tego kraju. Gdy jednak wyjdzie słońce, widoki są niepowtarzalne. To, co jednak najbardziej unikatowe w NZ, to połączenie alpejskich krajobrazów z efektami aktywności wulkaniczno – geotermalnej oraz tropikalnego lasu deszczowego. Kilometr od lodowca rosną gigantyczne paprocie oraz gęsty las, jaki spotyka się tylko w tropikach. 




Lodowiec Fox
 

Zanim dotarłyśmy do Fiordland, przejechałyśmy kilkuset kilometrową trasę wzdłuż prawie całego zachodniego wybrzeża Wyspy Południowej. To chyba jedna z najpiękniejszych dróg świata. Tylko w tym jednym regionie można by spędzić dwa tygodnie i zobaczyć zaledwie część parków narodowych, gór, jezior i innych cudów natury. Podobnie jest również na południowym krańcu kraju.

Fiordland
Milford Sound
Milford Sound


Poza deszczem zalewającym nas regularnie co drugi dzień, nowozelandzka przyroda ma też inne wrogie człowiekowi aspekty. Pierwszym z nich okazały się nieznośnie destrukcyjne papugi kea, które zjadły but P, a naszemu sąsiadowi z campingu skarpetki. Był to jednak dopiero wstęp do bliższych spotkań z fauną wysp. Gdy w Milford Sound, wracałyśmy późnym wieczorem do namiotu, ustawionego na skraju lasu, zobaczyłyśmy, że trzęsie się on cały, jakby ktoś buszował w środku w naszych rzeczach. Zamarłyśmy, obawiając się spotkania ze złodziejem (jak wiemy od znajomych, kradzieże rzeczy z namiotów zdarzają się czasami w NZ). Na szczęście, w tym właśnie momencie, P dostrzegła gruby, puszysty ogon wystający spod tropiku. Głośne krzyki i klaskanie w dłonie wypłoszyły z namiotu coś, co wydało nam się początkowo wyjątkowo tłustym, czarnym kocurem. J pobiegła za nim, żeby przyjrzeć się lepiej. „Kocur”, który z bliska okazał się „z twarzy zupełnie do nikogo nie podobny”, nie wystraszył się wcale, a jedynie wycofał kilka metrów dalej skąd patrzył na nią bezczelnie zupełnie niekocimi oczami i czekał, aż sobie pójdziemy – zapewne myślał wrócić do dalszej penetracji naszego namiotu. Stwór ten wielkości niedużego psa lub sporego szopa, bardzo puchaty, z okrągłymi oczkami i różowym, spiczastym noskiem, okazało się być wrogiem publicznym numer jeden Nowej Zelandii – oposem. Gatunek ten, sprowadzony został z Australii w celu hodowli na skórki i futra (dla barbarzyńców, którzy nadal uważają noszenie ich za eleganckie); po czym uciekł, zdziczał i – z braku naturalnych wrogów -rozmnożył się tak, że walka z nim jest jednym z ważniejszych tematów debaty publicznej w NZ. W Australii, oposy są pod ochroną, w Nowej Zelandii robi się z nich czapki i pasztet. J nie chciała jednak spróbować, więc nie wiemy czy smaczny.


Jeśli ktoś zastanawiałby się dlaczego zostawiłyśmy otwarty namiot, wyjaśniamy – nie zostawiłyśmy. Na nasze szczęście, zamknęłyśmy jedynie moskitierę, zostawiając otwarte poszycie namiotu. Chciałyśmy mieć świeże, rześkie powietrze. Dzięki temu opos wygryzł w moskitierze dziurę wielkości dwóch pięści. Ścianki namiotu łaskawie zostawił nienaruszone. Dzięki temu nasz namiot nadal nadaje się do użytku, choć zapewne nie uda się już go sprzedać w Auckland, jak zakładał pierwotny plan. 

5 komentarzy:

  1. Pamietacie "Domek na prerii"? Tam oposy byly b. grozne bo kasaly tez ludzi i to grozilo wscieklizna. Czego Wam nie zycze.J.P.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochane dziewczyny! nie po raz pierwszy używacie określeń "niszowych", znanych w pewnych kręgach kulturowych. Tym razem czepiam się sklepu "aotdoorowego". Co to znaczy? Jak to przełożyć na polski? Wasze komentarze czytują także ludzie, którzy nie obracają sie w takim świecie, a nawet ludzie, którzy nie znają angielskiego. Nie muszą.
    Ale NZ wam zazdroszczę!!! Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam Was serdecznie drogie SuperPodróżniczki. Trafiam na waszego bloga za pośrednictwem Travelera. Jestem naprawdę pod dużym wrażeniem, inspirujecie. Dzięki Wam założyłam wraz z koleżanką własną stronę. Podróże póki co mniejsze, aby w sierpni uderzyć w całą Europę.

    Dodaję waszego bloga do zakładek i zamierzam częściej go odwiedzać. Jesteście świetne! Nigdy się nie zmieniajcie!

    Nowa fanka, Joanna SuperPodróżnikWannaBe :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziewczyny - slędzę Waszego bloga gdzieś od Mongoli. Codziennie 3mam za Was kciuki i zazdroszcze z perspektywy biura i laptopa:-) Dajecie czadu! Do zobaczenia!:-) Pozdrawiamy z WGM!

    Marek & Dziewczyny

    OdpowiedzUsuń
  5. Joanno, Marku,
    Bardzo dziękujemy za miłe słowa i pozdrawiamy z Christchurch! Plus trzymamy kciuki za realizację podróżniczych marzeń :)

    OdpowiedzUsuń