czwartek, 4 listopada 2010

Hongkong i Makau

Blog zamilknie na następne 7-10 dni, ponieważ jutro wracamy do kraju, w którym radosna twarz Mao patrzy na nas z każdego banknotu.  W zależności od szczęścia i dostępności biletów, najpóźniej 14 listopada będziemy w Hanoi. 


Na ulicy w Hongkongu zaczepił mnie (P) Brytyjczyk, pytając, czy się nie zgubiłam (był to raczej pretekst).  Jako, że się nie zgubiłam, zapytał, jak podoba mi się Hongkong.  Odpowiedziałam, że bardzo.  W tym jednym mieście powiedzenie „miejska dżungla” nabiera odpowiedniego wydźwięku.  Wydaje się, że powstało ono właśnie tutaj.  Mój interlokutor odpowiedział ze smutkiem, że Hongkong staje się coraz bardziej chiński.  To prawda, ale jeśli przyjedzie się do niego z tzw. Chin kontynentalnych, wydaje się jednak nadal bardzo brytyjski.  Nie dał się przekonać.  Z ogromnym żalem i smutkiem powiedział na pożegnanie „za 20 lat wszyscy będziemy mówić po mandaryńsku”.  Pewnie ma rację.  Mnie nurtuje natomiast coś dużo mnie egzystencjalnego – co Chiny zrobią po 2047 roku z lewostronnym ruchem w Hongkongu i Makau?  Zostawią?  W jednym państwie dwa systemy drogowe? Z drugiej strony, zmiana na ruch prawostronny takiego miasta jak Hongkong wydaje się być technicznie niemożliwa.  Może dożyję i zobaczę? 

Hongkong to stal, szkło i chyba najwyższe budynki świata.  Z jednej strony, miasto nadal brytyjskie, z drugiej, bardzo orientalne - fascynująca mieszanka.  Nadal jednak można tu poczuć klimat jak z „Łowcy Androidów”.  Takich barów jak ten, w którym Harrison Ford jadł kluski, już raczej nie ma, ale uliczki i - przede wszystkim - obskurne wysokościowce, oblepione klimatyzatorami – to nadal codzienność w  HK.  Ale jakże filmowa! [dla nie znających „Blade Runnera” – film nie był kręcony w Hongkongu ze względu na brak funduszy, lecz mimo że akcja rozgrywa się w studiach LA, miasto wzorowane jest na „Hongkongu w bardzo brzydki dzień” i - oprócz filmów Wong Kar Waia - jest jego najlepszą filmową wizytówką]. 







Makau natomiast to odrobina starej Portugalii w morzu przerażającego kiczu kasyn i przylepionych do nich hoteli.  Jest tez wulkan, Zakazane Miasto, mini Wenecja i parę innych cudów.  Kto był w Vegas wie o co chodzi, kto nie był, niech wyobrazi sobie bandę naćpanych architektów projektujących marzenie senne pięciolatka.  Nowa część wzorowana jest na Vegas, stara przypomina Alfamę (stara dzielnica Lizbony).  Dopóki nie wychodzi się poza starówkę, jest ciekawie.  Vegas jednak przyprawia o mdłości. Mnie (J) nawet się to wszystko podobało, może dlatego, że nie nastawiałam się na zbyt wiele (zwłaszcza po zobaczeniu w skali jeden na jeden placu św. Marka)– uliczki pokryte calҫada portuguesa (dwubarwną kostką brukową), pyszne pasteis de nata i portugalskie napisy w połączeniu z chińskimi sklepikami niewątpliwie mają swój ciekawy klimat.




1 komentarz: