niedziela, 28 listopada 2010

Goodbye Wietnam – jedzenie, ceny i parę drobiazgów

Już w Kambodży, ale sercem i myślami nadal w Wietnamie.  Co tu kryć - podobało nam się bardzo.  Wietnamczycy to mili i uśmiechnięci ludzie, choć nie można im odmówić biznesowego sprytu, graniczącego czasami z cwaniactwem.  Ale ich oszustwa są drobne i przy pewnej dozie ostrożności można ich w większości przypadków uniknąć.  Najczęściej „przez pomyłkę” źle wydadzą resztę; czasem znów cena pomyli im się na widok białego i np. z ośmiu tysięcy zrobi się osiemnaście; a to znów zamiast dwóch zamówionych sajgonek podadzą cztery, etc.  Jednak te ich małe oszustwa nie są tak częste, aby stały się bardzo meczące.  Poza tym po Wietnamie podróżuje się miło, przyjemnie i bezpiecznie, bardzo dużo osób mówi po angielsku w stopniu umożliwiającym podstawową komunikację, co ma nieoceniony wpływ na komfort podróży. Trzeba tez wspomnieć, że Wietnamczycy są naprawdę sympatyczni i nawet, jeśli nie mówią po angielsku, zawsze starają się turyście jakoś pomóc. Nie wiem czy równie entuzjastycznie odbierałybyśmy Wietnam, gdybyśmy nie wjechały tam z Chin, być może bardziej irytowałyby nas próby oszust, nagminne zawyżanie cen dla turystów i nachalni kierowcy skuterów oferujący swoje usługi.  Być może, nie wiemy.  Jednak w tej podróży Wietnam był jednym z milszych i łatwiejszych do zwiedzania krajów. 

Biznesowy zmysł Wietnamczyków przejawia się również w kopiowaniu niemalże wszystkiego.  Pojęcie praw autorskich praktycznie w Wietnamie nie istnieje.  Ulice i sklepiki zalane są majtkami Calvina Kleina, plecakami North Face, torbami Crumpler i podróbkami niemalże wszystkich znanych nam marek.  Nie jest to jednak żadne podziemie, tylko normalność, mainstream, rzec by można.  Wychodzi się tu z założenia, że po prostu, jeśli trzeba wyprodukować majtki, lepiej nadrukować na nich napis Calvin Klein, Emporio Armani albo inny, cieszący się wzięciem.  Efektem ubocznym takiego procederu jest to, że jeśli ktoś chciałby zakupić gładką bieliznę bez żadnych napisów, nie ma na to szans.  O ile jednak podrabianie znanych marek odzieży nie jest niczym nowym i każdy mógł się z tym zjawiskiem spotkać chociażby na bazarach w Polsce, całkowitą nowością była dla nas zakrojona na szeroką skalę działalność księgarska Wietnamczyków (i Khmerów również – jak się później okazało).  Wietnamskie stragany zalane są kopiami przewodników Lonely Planet i największych bestsellerów, takich jak kryminały Larssona czy książki Jeremiego Clarksona.  Są to kopie, ale zazwyczaj wykonane na laserowych, kolorowych kopiarkach z dużą dbałością o szczegóły.  Niektóre egzemplarze są wręcz nie do odróżnienia od oryginału.  Kopiowanie i podszywanie się jest w Wietnamie tak powszechne, że kradnie się również nazwy hoteli (popularny, budżetowy hostel za chwilę ma kilka klonów próbujących skorzystać na jego popularności), agencji turystycznych czy centrów nurkowych.  Zastanawiamy się czy jest coś, czego Wietnamczycy nie byliby w stanie skopiować i dochodzimy do wniosku, że wysiadają dopiero przy zaawansowanej technice.  Skuterki Hondy i Vespy, którymi są zalane ulice wietnamskich miast, są prawdziwe. 

Tym, co na pewno wpłynęło również na nasz pozytywny odbiór Wietnamu było jedzenie.  W Warszawie łatwiej zjeść u Wietnamczyka niż u Polaka, ale ta polsko-wietnamska kuchnia jest mocno dostosowana do lokalnych gustów.  Tutaj mogłyśmy sięgnąć do źródeł.  I jakkolwiek (porównania są nieuniknione, to w sumie jeden krąg kulturowy) jedzenie w Chinach było dużo lepsze, to jednak w Wietnamie też trudno było chodzić głodnym lub niezadowolonym z posiłku.  Wietnamczycy za danie narodowe uważają zupę Pho.  Słowo „danie narodowe” ma tu inny wydźwięk niż w Polsce.  Je się je od śniadania (zupa jest podstawą porannego posiłku) do kolacji, w knajpach i na ulicy, jedzą ją dosłownie wszyscy.  Na każdym rogu ulicy stoją przynajmniej dwa kotły z zupą Pho.  Brzmi tajemniczo, a nie jest ona niczym innym, jak lekkim bulionem z kluskami (trochę podobnym do japońskiego ramenu, ale można doprawić go mocniej).  Ma kilka wariantów - czasami serwuje się ją z mięsem, czasami ze ślimakami (nasza pierwsza zupa na ulicy w Hanoi została zaserwowana właśnie w tej wersji luksusowej), czasami z warzywami i tofu (wersja "wegetariańska" trudno dostępna - trzeba jej poszukać).  Sam bulionik jest delikatny, ale na każdym stoliku stoją ostre sosy chilli, którymi można zupę doprawić wedle uznania.  O popularności Pho niech świadczy fakt, że jakieś 30% pamiątkowych t-shirtów z Wietnamu zawiera jakieś odniesienia do zupy Pho np. „Pho – the soup that built the nation”; „I love my Ipho” plus zdjęcie ikonek jak z wyświetlacza iphona, ale z obrazkami parującej miski lub pałeczek, etc. 

Popularne w Polsce sajgonki, zwane tu po angielsku spring rollsami, są obok Pho bardzo popularną przekąską, występują w tysiącu wariacji, w wersji świeżej i smażonej.  Wersja świeża zakłada, że zawinięty w papier ryżowy wkład (makaron, mięso, owoce morza, warzywa etc.) podawany jest na surowo tzn. bez smażenia.  Wersja smażona w głębokim tłuszczu jest identyczna z tą podawaną w polskich barach, z tym że polskie sajgonki są nieporównywalnie bardziej ubogie w porównaniu z tym, co można dostać na najpodlejszym nawet straganie w Sajgonie.  Poza Pho, Wietnam żyje ryżem i makaronami, obydwie te bazy pojawiają się w dziesiątkach kombinacji ze smażonymi mięsami, owocami morza i warzywami.  Owoce morza to osobny rozdział.  Kraj, który ma taką linię brzegową, musi żyć tym, co daje morze (choć P pamięta ze swojego pobytu z Chile, że i blisko 5 tyś km linii brzegowej nie wpłynęło na poprawę kuchni chilijskiej, składającej się głównie z frytek i hamburgerów ;-).  W Hanoi odkryłyśmy bary uliczne serwujące kraby, gigantyczne krewetki, kilka rodzajów muszli i inne formy życia morskiego, jakich wcześniej nie znałyśmy.  Było to fantastyczne i stosunkowo niedrogie jedzenie. 

Na deser, gdy ktoś znudzi się już słodziutkimi baby banana wielkości palca, soczystymi pomarańczami i mandarynkami lub oszałamiającym aromatem mango – może na przenośnym straganie kupić banany smażone w cieście a la naleśnikowym.  Placuszki są zawsze świeże (niestety tłuszcz nie zawsze, więc można się naciąć), ponieważ schodzą na bieżąco.  Palce lizać.  Do tego kawa.  W Wietnamie to instytucja.  Tak mocna, że aż gęsta, bardzo słodka, zazwyczaj podawana z lodem na zimno i mlekiem skondensowanym. Europejskich turystów jest jednak w Wietnamie zatrzęsienie, więc Wietnamczycy nauczyli się już, że kawę można też podawać na gorąco. 

Pho



sos chilli - na każdym stole

placuszki bananowe



Ceny:
Hotele – od 10 do 17 USD za pokój z łazienką.  Bez wpadek, zawsze czysto (tylko raz Irmina w pokoju znalazła karalucha, nas to ominęło), prawie zawsze centralnie położone.  Standard trochę niższy niż w Chinach, ale nadal bardzo porządny. 

Jedzenie – zupa Pho 0,75 - 1,5 USD; sajgonki – 1-1,5 USD; ryż z warzywami/mięsem – 2 – 3 USD; piwo – 0,75 – 1,5 USD; miska muszli sercówek – 3 USD; kawa 0,5 USD. 

Transport – bilet „open bus” z Hanoi do Sajgonu – 32 USD; bilet z Sajgonu do Phnom Penh – 10 USD; przejazdy taksówkami w miastach – powinno być ok. 1 USD za krótką trasę w centrum, ale powszechne są oszustwa dzięki podkręconym licznikom.  Za identyczną trasę do konsulatu Tajlandii w Sajgonie raz zapłaciłyśmy 1 USD, potem natomiast 5 USD i to po dłuższej kłótni z oszukującym nas taksówkarzem.  Firmą z tradycjami, zajmującą się m.in. organizowaniem przejazdów autokarowych jest Sinh Tourist, znana wcześniej jako Sinh Cafe. Liczba copycatów – oszustów, podszywających się pod ich nazwę, zmusiła ich w końcu do jej zmiany.

Nurkowanie – 60 USD – dwa nurkowania z łodzi, lunch wliczony w cenę; snorklowanie – 20 USD.   Najlepszą firmą organizującą wyjazdy na nurkowanie i snorklowaniew Wietnamie jest Rainbow Divers (uwaga na copycatów!)


1 komentarz:

  1. Wow! Jakie super świetne zdjęcia :) PYsznie i smakowicie to wygląda :)

    OdpowiedzUsuń