piątek, 26 listopada 2010

Ale Sajgon!

Cały Wietnam może kochać i czcić Ho Chi Mincha jako ojca narodu, ale Sajgon zapewne na zawsze pozostanie dla wszystkich Sajgonem, niezależnie od tego, jaką nazwę miasto będzie nosiło oficjalnie.  Nazwa Ho Chi Minch City widnieje tylko w oficjalnych, rządowych dokumentach.  Hotele, reklamując się, podają najczęściej adres „HCMC/Sajgon”.  Cała reszta żyje, mieszka, pracuje i podróżuje do Sajgonu.  Zresztą trudno się dziwić. Oficjalna nazwa nie tylko jest długa i niewygodna, ale też samo słowo Sajgon ma tyle konotacji kulturowych, że dobrowolne pozbycie się go byłoby absurdalne.  Najbardziej znane powiedzenie „Ale Sajgon” wywodzi się podobno z opisu ewakuacji miasta w 1975 roku, gdy z dachu amerykańskiego konsulatu helikopter zabierał wybrańców, a reszta biła się o wejście na teren placówki.  Dzisiaj o żadnej ewakuacji nie ma mowy, a Amerykanie przyjeżdżają tu z własnej woli, ale miasto to nadal w pełni zasługuje na swoją sławę synonimu wybitnego bajzlu.  Wszystko to za sprawą ruchu ulicznego.  Sajgon jest nowoczesnym, niezbyt ładnym miastem z tysiącem knajp i barów, z kilkoma pięknymi zabytkami i ruchem ulicznym, który przebija wszystko, co dotychczas widziałyśmy poza Ułan Bator (stolica Mongolii nadal dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o obłęd, który zawładnął większością kierowców w mieście).  

Daleko Sajgonowi do pełnego uroku Hanoi.  Jest dosyć nijaki w porównaniu ze stolicą, w której niemal każdy dom jest perełką.  Tutaj są wprawdzie szerokie bulwary, ale odchodzą od nich małe uliczki, zastawione straganami przypominającymi te rodem z Afryki.  Ludzie nadal są niesłychanie mili i uroczy, ale próbują kantować białasów dużo bardziej niż ich rodacy z północy.  Z drugiej strony, to właśnie w Sajgonie po raz pierwszy zapłaciłyśmy za obiad w knajpce daleko do centrum prawdziwą, rzetelną cenę, identyczną z tą, jaką płacą lokalni.  Dodatkowo, właściciel pogadał z nami o życiu i podróżach.  W sumie podoba nam się w Sajgonie, ale jeśli miałybyśmy spędzić w nim tak dużo czasu jak w Hanoi, pewnie byśmy się męczyły.  Hanoi pokochałyśmy miłością od pierwszego wejrzenia i mimo że doceniamy Sajgon za jego wielkomiejskość, parki, knajpy i życie uliczne, z radością wyjeżdżamy jutro do Kambodży.  Choć mamy duży niedosyt Wietnamu.  Przejechałyśmy go w ciągu 17 dni, pokonując typową trasę z Hanoi do Sajgonu, zatrzymując się w bardzo turystycznych miejscach.  Musimy tu wrócić i zobaczyć resztę kraju.  Kiedyś… 

Na zdjęciach: ewakuacja Sajgonu, źródło: (http://nabnyc.blogspot.com/2010/04/43075-35-years-ago-us-flees-saigon.html); Sajgon opanowany jest przez skutery,na których każdy jeździ w kasku, moda „kaskowa” przebija tą ubraniową, sklepy są wszędzie a ilość modeli i wzorów kasków jest większa niż oferta jeansów, kurtek czy toreb; przed każdym muzeum i w wielu miejscach miasta stoją zdobycze wojenne – to jedna z cenniejszych, amerykański Chinook, każdy, kto widział choć jeden film o wojnie w Wietnamie, wie o co chodzi.  Reszta – drobiazgi. 







Opera
Najbardziej różowy kościół świata :-)
Świątynia hinduistyczna

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz