środa, 2 lutego 2011

Monsunowe wesele na Sumatrze


Po przeszło tygodniu na Sumatrze wiemy, że wyspa ma do zaoferowania jedne z najpiękniejszych tropikalnych krajobrazów, wspaniałych i przyjaznych ludzi, paskudne miasta, jakich nie ma nawet w Indiach oraz najgorsze drogi i transport poza Czarną Afryką.  Do Bandarlampung dotarłyśmy po 33 h spędzonych w rozklekotanym autobusie, który przez półtorej doby pokonał niewiele ponad 1000 km.  Gdy wymęczone dotarłyśmy do polecanego przez przewodnik LP hotelu (wcale nie taniego), przywitała nas tam banda potężnych karaczanów, dzięki którym, po raz pierwszy w tej podróży, mieszkamy teraz w stosunkowo luksusowym miejscu (z basenem!!), do którego uciekłyśmy w nocy z zakaraluszonego przybytku.  Po 33 h w autokarze zasłużyłyśmy na spokojny sen, bez niechcianego towarzystwa ;-)

Padang, który opuściłyśmy przedwczoraj, podobnie jak inne miasta Sumatry, nie zachwyca niczym, choć są po temu powody.  Miasto zostało najpierw zniszczone przez tsunami w 2004 roku, a następnie, we wrześniu 2009, potężne trzęsienie ziemi zrównało je praktycznie z ziemią.  Błyskawicznie podniosło się ono na nogi i po półtora roku większość budynków jest nowiutka, choć nadal wiele z nich nosi ślady tragedii.  



Pobyt w Padang byłby kolejnym bezbarwnym przystankiem na trasie, gdyby nie Ani - młodziutka recepcjonistka z hotelu, w którym się zatrzymałyśmy. Wpisując nasze dane do książki meldunkowej, przyglądała nam się bacznie, trajkocąc cały czas radośnie jak katarynka, po czym zapytała „chcecie iść ze mną dziś na wesele?  Mój kuzyn się żeni”.  Oczywiście, chciałyśmy.  Gdy powiedziałyśmy parze Holendrów, że idziemy wieczorem na lokalne wesele, aż pozielenieli z zazdrości.  Jak później oznajmiła nam Ani: „chciałam ich zabrać, bo byli pierwszymi gośćmi tego dnia, którzy przyjechali do hotelu, ale ta dziewczyna była dla mnie bardzo niemiła”.  No i Holenderka dostała za swoje :-). Malutka Ani sama w sobie była ewenementem na skalę światową – na hasło „Polandia”, zareagowała następującymi skojarzeniami „Żydzi”, „Lista Shindlera”, „Pianista”, „gotyckie zabytki.” Jak się okazało, jej brat fascynuje się filmami historycznymi o II Wojnie Światowej i judaicą, a swą pasją zaraził młodszą siostrę.  Poza tym, Anie znała geografię Europy i reszty świata na poziomie bardzo zawansowanym (lepiej, zapewne, niż 90% polskich maturzystów zna geografię Azji), uczyła się ze słuchu kilku języków obcych oraz w małym palcu miała europejską kinematografię. 

Zanim w strugach deszczu dotarłyśmy na wspomniane wesele, udzieliłyśmy większej liczby wywiadów niż Angelina Jolie w ciągu miesiąca.  Miejscowi studenci otrzymali zadanie, aby przeprowadzić 10 – minutowy wywiad, po angielsku, z cudzoziemcem goszczącym w mieście.  Niestety, obcokrajowców było w sumie z 10 w całym Padang, a studentów dziesiątki.  Uciekając przed kolejnymi anglistami in spe, chcącymi zadać nam setne pytanie o to skąd jesteśmy i jakie jest nasze hobby, wpadłyśmy na Brytyjczyka.  Chcąc uszczęśliwić go towarzystwem kilkunastu ślicznych, młodych Indonezyjek zasugerowałyśmy, żeby udzielił im wywiadu.  „To byłby 15-ty dziś” odparł ze śmiechem i uciekł do hotelu.  


Wesele okazało się de facto przyjęciem weselnym, którego główną atrakcję stanowiły dwie białe Europejki w osobach niżej podpisanych.  Sama ceremonia odbyła się rano, ale rodzina i pracujący znajomi przychodzili posilić się przez cały dzień.  Panna młoda, zgodnie z miejscowym obyczajem, „uciekła” już do domu rodzinnego.  Pan młody był nadal obecny, przywitał nas i zaprosił na swoje wesele. Był już w zwyczajnym, codziennym stroju – wymyślne kostiumy (z masywnym, złotym nakryciem głowy panny młodej) zakłada się tylko na pierwszą część uroczystości, a większość krewnych ogląda je tylko na zdjęciach.  W nocy, świeżo upieczony małżonek miał się udać w „pościg” za panną młodą.  Kiedy dochodzi do konsumpcji małżeństwa, nie udało nam się ustalić. 

Nasze przybycie spowodowało początkowo lekkie onieśmielenie weselników.  Wszyscy się nam przyglądali, tylko dzieci dopadły nas natychmiast i nie opuściły aż do naszego wyjścia, tytułując nas „tante” (ciociu).  Dostałyśmy jeść, pić (wodę, żeby nie było wątpliwości), a następnie zaproponowano nam obejrzenie pomieszczeń, w których odbywała się ceremonia.  Dwa pokoje, udekorowane były ręcznie wyszywanymi tkaninami w kolorach złotym i czerwonym, centralnym punktem zaś był rodzaj tronu z wymyślnym baldachimem dla pary młodej, za którym udrapowane były zasłony – jak stwierdziła Ani, „nie wiem jaka filozofia się za tym kryje, ale zawsze musi być ich dziewięć”.  Ona z kolei, ładnie ubrana od stóp do głów, z zakrytymi włosami, sama siebie określiła jako „złą dziewczynkę”, przyznała, że ma w nosie tradycję, a chustę zakłada tylko na uroczystości rodzinne (rzeczywiście, w hotelu włosy miała odkryte). O tradycyjnym ślubie nie myśli, bo najbardziej interesują ją dojrzali mężczyźni z USA, około 40-tki, najlepiej surferzy „surfers are soooo cool” (ocean wokół Padang jest popularnym miejsce wśród wielbicieli tego sportu).  Z drugiej strony jednak, na informację 31-letniej kuzynki, że ta starać się będzie o stypendium doktoranckie w Europie, zareagowała „Może znajdziesz tam męża. Inshallah.” Co zabawne, familia Ani nie tylko jest bardzo ze sobą zżyta i liczna (łatwo się pogubić w konotacjach przy prezentacji), ale na dodatek, występuje tam… gen bliźniaczości. Sama Ani ma siostrę bliźniaczkę i starszych braci bliźniaków, z których jeden sam doczekał się już własnych bliźniąt :-).

Gdy wszyscy przywykli do naszego widoku, uznali, że czas na sesję zdjęciową.  Musiałyśmy zapozować razem i osobno niemalże z każdym obecnym na weselu.  Radości było co niemiara.  Potem zaczęła się sesja pytań i odpowiedzi w stylu „jaka pogoda jest teraz w Polsce”, „czemu wy dwie macie inny kolor włosów i oczu”.  Nie pozostałyśmy dłużne i też wypytałyśmy naszych gospodarzy o miejscowe zwyczaje.  Dzieci obdarowały nas swoimi rysunkami na serwetkach (życząc nam szczęścia w podróży) i weselnymi breloczkami w kształcie serca.  Na drogę, mimo że się broniłyśmy, dostałyśmy torbę weselnych słodyczy, przygotowanych przez pannę młodą. 

Cała ta wizyta była niesamowitym doświadczeniem – rodzina Ani okazała się niezwykle ciepła, gościnna i otwarta. Powiedzieli nam, że następnym razem gdy przybędziemy do Padang, koniecznie musimy u nich zamieszkać :-). Ciekawostka jest fakt, że – tak jak większość mieszkańców tych stron – należą oni do malajskiej etnii Minangkabau, która posługuje się własnym dialektem oraz żyje w systemie matrylinearnym (podstawą klanu są kobiety, dziedziczenie następuje w linii żeńskiej, a do rodziny należą dzieci córek seniorki rodu, ale już nie jej synów).  Wspomniana dominacja kobiet nie kłóci się jednak z wyznawanym przez Minangkabau islamem. 

Od lewej: seniorka rodu, pan młody, Ani, J
 


Torty weselne są takie same na całym świecie :-)
 

J i jej fanclub; ośmiolatka po raz pierwszy widziała na żywo białego

6 komentarzy:

  1. Świetna przygoda i ciekawie opisana. Żadne zabytki Świata nie zastąpią obcowania z lokalsami i ich kulturą i zwyczajami. Życzę Wam jak najwięcej takich spotkań!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny tort :)
    A jak wygląda tam sprawa prezentów? Wręcza się?
    Arek

    OdpowiedzUsuń
  3. Miejscowi dają pieniądze w kopercie. My o tym nie wiedziałyśmy plus Ani stwierdziła, że mamy nic nie dawać. Kazała nam tylko zakryć ramiona, szczególnie tatuaże :-) Dałyśmy garść polskich monet na szczęście, w sumie było tego z 3,5 zł :-), ale zostało przyjęte z największym uznaniem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla takich momentów warto się tłuc 33 h autobusem :)Ciężka sprawa to podróżowanie po Indonezji, słyszałam już od kilku osób, że trochę rozczarwujące. Mam nadzieję, że znajdziecie jednak coś, co Was zachwyci!
    asiaya

    OdpowiedzUsuń
  5. To wesele to fajne przezycie. Postarajcie się ustalić ilość rodzajów i stopni pokrewieństwa. Etnografowie twierdzą, że w Azji południowej ilość nazw określających krewnych różnego rodzajów i stopni wynosi kilkaset. SPrawdźcie czy tak jest teraz. Może coś być na rzeczy, bo przecież za jednym Wietnamczykiem przyjeżdża do nas 40 i wszyscy to krewni tego pierwszego. My myślimy, że oni nas nabierają, ale może tak być naprawdę??? Poszukajcie odpowiedzi u takiej Ani.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie wiemy jak to wygląda w Indonezji, ale wydaje nam się, że w Wietnamie "rodzinna" nomenklatura jest raczej uboższa niż gdzie indziej. Wszystkich członków rodziny w tym samym wieku tytułuje się "bracie" / "siostro" (za książką "Terre des oublis": dotyczy to też małżonków), do starszych zwraca się per "wuju"/"ciotko", nawet jeśli nimi de facto nie są. Spróbujemy się jeszcze czegos dowiedzieć na ten temat.

    OdpowiedzUsuń