piątek, 11 lutego 2011

Pod wulkanem ;-)

Całkowicie nieświadomie zafundowałyśmy sobie przygodę, której nie zapomnimy do końca życia. Nie zdecydowałybyśmy się na nią, gdybyśmy były świadome okoliczności.  A wszystko przez dziecięcą wręcz fascynację P wulkanami.  Indonezja, jak wiadomo, ma ich pod dostatkiem – blisko 200 czynnych.  Pierwszym, który chciałyśmy zobaczyć z bliska był słynny Krakatau, znajdujący się na oceanie pomiędzy Sumatrą i Jawą (jego wybuch pod koniec XIX wieku zasypał popiołem australijskie Perth).  Okazało się to jednak niemożliwe ze względu na porę deszczową.  Brak turystów oznacza brak wycieczek, a samodzielne zorganizowanie transportu oraz wynajęcie łodzi kosztowałoby nas 500 usd bez gwarancji wypłynięcia w wypadku złej pogody.  Następna teoretyczna okazja trafiła się w Yogyakarcie, leżącej u stóp wulkanu Merapi.  Merapi wybuchł potężnie parę miesięcy temu, zasypując pyłem wulkanicznym wiele wiosek u swoich podnóży.  Mimo że widziałyśmy jego sylwetkę, majaczącą w oddali, jak również ruiny domów wykopywanych (dosłownie) spod grubych na kilka metrów popiołów, nie można do niego podjechać.  Po drugim fiasku, trzecim podejściem miała być jedna z największych atrakcji turystycznych Indonezji – wulkan Bromo.  Jest on słynny, ponieważ oferuje wspaniałe widoki oraz możliwość wejścia na obrzeże krateru.  W Yogya dowiedziałyśmy się jednak, że wybuch Merapi rozgniewał także Bromo, który dymi od końca listopada.  "Co to dla nas oznacza?" – spytałyśmy w agencji, organizującej transport. Tyle tylko, że nie można na niego wejść, ale jak najbardziej da się go obserwować z okolicznego wzgórza.  P widziała już dymiący wulkan w Gwatemali, z krateru którego wydobywała się strużka, podobna do dymu z papierosa. Widowiskowe i na pewno nie niebezpieczne.  Zapadła decyzja - jedziemy.  Gdy wczesnym wieczorem, w towarzystwie pary Belgijek i dwójki Holendrów, dojechałyśmy do miasteczka oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów od Bromo, nic nie zapowiadało tego, co nas czeka.  Zmieniliśmy tylko kierowcę i nasz mini bus na bardziej rozklekotany i brudny.  Wkrótce miałyśmy się dowiedzieć dlaczego.  Jechaliśmy w całkowitych ciemnościach, mocno wspinając się w górę.  Mijaliśmy wioski, które wyglądały na wymarłe.  Zamknięte na głucho domy, czasami jakieś światło w oknach jedynego zamieszkałego budynku.  Droga słabo przejezdna, bus ledwo dawał sobie radę.  W pewnym momencie, przejeżdżając przez lepiej oświetlony fragment drogi, zrozumiałyśmy dlaczego.  Wszystko wokół było zasypane grubą warstwą popiołu.  Droga, domy, pola – wszystko pokryte czarnym śniegiem.  Z każdym kilometrem było go więcej.  Na tle ciemnego nieba widoczna natomiast była potężna chmura pyłu.  Zrobiło nam się bardzo nieswojo.  Prawdziwy strach opanował nas jednak, gdy dojechałyśmy do hotelu - schroniska.  Gdy wysiadłyśmy z busa, usłyszałyśmy coś, co przypominało odgłos startującego samolotu albo serię grzmotów, następujących jeden po drugim.  Mocno spanikowane zapytałyśmy „co to?”.  Zaskoczony chłopak z hotelu odparł, zadowolony: „Wulkan.  Dziś możecie zobaczyć jak pluje ogniem, jest w trakcie erupcji”.  Chwilę później przekonałyśmy się, co to oznacza.  Schronisko, do którego nas przywieziono, położone było na skraju kaldery. Dosłownie naprzeciwko nas, w pewnym oddaleniu, czarne niebo rozświetliły czerwone fajerwerki lawy wyrzucanej z krateru.  Grzmoty się wzmogły.  Wulkan wydawał się na wyciągnięcie reki, choć byliśmy od niego oddaleni o 3 km.  Powiedzmy jednak szczerze, w przypadku potężnego wybuchu, 3 km to jak milimetr.  Byłyśmy autentycznie przerażone i zszokowane, podobnie jak pozostali cudzoziemcy.  Była 22, od miasta dzieliło nas kilkadziesiąt kilometrów i nikt nie planował tam jechać.  Oczywiście gdybyśmy zadeklarowały, że zapłacimy sto dolarów za natychmiastowe zwiezienie nas na dół, znalazłby się pewnie chętny.  Podobno, w trakcie listopadowej silnej erupcji, która miała miejsce w środku nocy, połowa obecnych w hotelu gości, zażądała natychmiastowego transportu w bezpieczne miejsce, niezależnie od kosztów. Nas trochę uspokoił stoicki spokój miejscowych.  Gdy tylko Bromo zaczynał pluć lawą, natychmiast zbiegali się i patrzyli w zachwycie na to widowisko (my też, tylko kolana nam się trzęsły), ale poza tym zachowywali się jakby nic się nie działo.  Gdy Holender z naszej grupy zapytał „przeżyjemy tę noc?”, roześmiali się serdecznie i odpowiedzieli „nie wiemy”.  Rozbroili nas.  Z Belgijkami postanowiłyśmy, że mimo wszystko zjemy kolację.  Mogła być to nasza ostatnia wieczerza, więc nie oszczędzałyśmy i wzięłyśmy najlepsze dania z menu.  Wulkan wydawał przeciągłe pomruki i pluł lawą, wszystko się trzęsło, a z głośników w restauracji leciała piosenka „I wanna live forever”.  Belgijka nie wytrzymała i gdy po raz kolejny zadrżały wszystkie szyby w oknach, stwierdziła „głupi ten Bon Jovi”.  Groza wzmogła się jeszcze, gdy okazało się, że w naszym pokoju (najbliżej przepaści) trzęsie się dosłownie wszystko, gdy tylko Bromo mocniej huknie.  Chyba nigdy nie byłyśmy bardziej przerażone.  Pomimo tego zasnęłyśmy, tylko J budziła się przy kilku groźniejszych pomrukach wulkanu.  O 3.30 zadzwonił budzik i wyruszyłyśmy oglądać wschód słońca.  Gdy tylko lekko się rozjaśniło, Bromo przestał pluć lawą (to były widoki nocne, bardziej spektakularne w ciemnościach) natomiast ze zdwojoną siłą zaczął wyrzucać popiół.  Sam wulkan okazał się być bardzo mizernych rozmiarów, w porównaniu z zamieszaniem, jakie robił.  W międzyczasie udało nam się jednak dowiedzieć, że obok Merapi, Bromo jest jednym z potężniejszych wulkanów Jawy i wybucha średnio co pięć lat.  Jest naprawdę groźny.  W świetle dnia nabrałyśmy animuszu i nawet bardzo gwałtowne erupcje nie wywoływały takiego przerażenia, jakiego dane było nam doświadczyć w nocy.  Strach powoli się ulotnił i zaczynałyśmy rozumieć, że miejscowi przywykli do tych grzmotów, popiołu i od czasu do czasu – fajerwerków z lawy.  Dla nich był to niemalże element codzienności.  Gdy parę godzin później, wracaliśmy do stosunkowo bezpiecznego miasta poniżej, minęliśmy działające przedszkole oraz matki ważące swoje maluchy w przenośnym punkcie pielęgniarskim.  Widziałyśmy też zasypane popiołem domy oraz poletka cebuli i kapusty, rosnących na wulkanicznym pyle, wśród których krzątali się ludzie.  Inni zamiatali pył z obejść swoich domostw - prawdziwie syzyfowa praca, biorąc pod uwagę, że Bromo dymi od listopada i najprawdopodobniej nie prędko zamierza przestać.  Panorama wiosek, zasypanych popiołem była niezwykłym widokiem. Nie mogło opuścić mnie (J) wrażenie literackiego deja vu – jadąc przez ciemne (pył odcina dopływ światła słonecznego) wioski z grafitowymi poletkami i wymarłymi drzewami, miałam wrażenie jakbym znalazła się w mieście umarłych rodem z powieści „Pedro Páramo” J.Rulfo.  Apokalipsa, inaczej nie da się tego określić.




Widok wulkanu w trakcie erupcji (niewielkiej jak na wulkanie możliwości) jest nieporównywalny z żadnym innym doświadczeniem.  Mieszanka strachu, zachwytu i podziwu dla sił natury.  Bałyśmy się bardzo, ale z perspektywy bezpiecznego Bali – wydaje się, że warto było.  Choć teraz możemy się przyznać, że oryginalnie planowałyśmy zostać pod wulkanem dwa dni, ale widząc i słysząc co się dzieje, uciekłyśmy przy pierwszej sposobności, czyli nazajutrz.  Wystarczyło nam to, co widziałyśmy - takiej dawki adrenaliny nie dostarczyło nam jeszcze nic w trakcie tej podróży (ani na długo przed nią).  


 

 
na skarpie po lewej stronie widać wioskę, gdzie spałyśmy

4 komentarze:

  1. Fantastyczne! ten wulkan! Jestescie dzielne. Wiecej zdjęć, także tych zasypanych wiosek.

    OdpowiedzUsuń
  2. Niesamowite...chyba bym nie zasnęła..

    OdpowiedzUsuń
  3. Trudne pytanie. Małe miasto, ostatni punkt z regularnym transportem publicznym, dużo poniżej wulkanu nazywa się Probolinggo. Potem droga pnie się w górę przez wiele małych wiosek aż do skraju kaldery. Znalazłam coś co przypomina ten nasz hotel i opisane jest jako miejsce znajdujące się w Cemorolawang, Probolinggo. Na pewno jednak jeśli zapytasz o miejsce najbliżej Bromo to tam trafisz.
    P

    OdpowiedzUsuń