niedziela, 13 lutego 2011

Kuta - miasto, które chce zapomnieć

Dobre duchy opiekuńcze czuwały nad nami, gdy podróżując po Tajlandii, ominęłyśmy szeroki łukiem Phuket, a zamiast na Phi Phi, zamieszkałyśmy na pustej plaży pod Ao Nang.  Opuściły nas jednak chyba, gdy dotarłyśmy na Bali i - po nocy spędzonej w hotelu na tyłach dworca autobusowego w Denpasar (który wydawał nam się wówczas paskudnym miejscem) - wsiadłyśmy w busa do Kuty. 

Kuta to przedsionek piekieł. Koszmarny, parny upał, sprawiający, że koszula zaczyna się kleić do ciała kilka sekund po opuszczeniu hotelu. Wysokie ceny, tandetne suweniry – te same, które można znaleźć na Khao San Road w Bangkoku, oferowane przez wyjątkowo natrętnych sprzedawców i naganiaczy. Do tego wszystkiego dziki tłum turystów – głównie emerytów, zamieszkujących eleganckie hotele przy plaży; głośnych, ekstremalnie otyłych, nastolatków amerykańskich i australijskich; hordy imprezowiczów w identycznych T-shirtach i fałszywych Ray Banach. Cześć młodszych gości to surferzy, którzy przybywają tu, aby skorzystać z wysokich fal. Ku naszemu zaskoczeniu, okazało się jednak, że słynna Kuta Beach, jest smętną, buro-szarą łachą piachu, upstrzoną wszelkiej maści odpadkami. Wprawdzie wybudowano wzdłuż niej piękne, luksusowe hotele, niemniej ich gości raczej nie uprzedza się przed przyjazdem, że „hotel z dostępem do morza” oznaczać tu może nie plażę, a kamienno-betonową skarpę (przy której kąpiel jest zakazana).


Ci, których interesuje turystyka kulturalna, nie znajdą tu nic dla siebie. Nie oszukujmy się, do Kuty przyjeżdża się po słońce i zabawę, a nie po to, by poznawać świat i manifestacje jego różnorodności. Lokalne hotele i knajpki robią zresztą wszystko, aby cudzoziemcy czuli się tu jak u siebie w domu, a nie w egzotycznej Indonezji. Turyści mogą więc zrobić zakupy w sklepie ulubionej międzynarodowej marki, wpaść na kawę do Starbucksa, Planet Hollywood czy Hard Rock Cafe, a następnie zatańczyć topless na specjalnej, gorącej imprezie (oczywiście, nijak się to ma do surowej, indonezyjskiej obyczajowości). Nawet McDonald’s reklamuje się tu sloganem „Tęsknisz za domem?”, któremu towarzyszy zdjęcie gigantycznego hamburgera.


Zapewne podobnie wyglądało to 12-go października 2002 roku. Koło 23.00, surferzy kończyli piwne „biforki” i zjeżdżali się do najpopularniejszych (położonych praktycznie na przeciwko siebie) dyskotek Paddy’s i Sari Club; wystrojone Brytyjki szukały w tłumie nowo poznanych australijskich kolegów, ktoś ciągnął znajomych na drinka, ochroniarze witali stałych bywalców wysiadających z taksówek, a Bintang lał się strumieniami. Jeden z imprezowiczów zabawiał pozostałych gości, wykonując swój popisowy numer - taniec a la AC/DC. Kilka minut później, miejsce to zamieniło się w piekło na ziemi. Zamachowiec–samobójca zdetonował bombę wewnątrz klubu Paddy’s, a gdy spanikowany tłum zaczął wybiegać na ulicę, wybuchły dużo silniejsze ładunki, ukryte w białym vanie, zaparkowanym pod Sari Clubem. W zamachach zginęły 202 osoby, drugie tyle zostało rannych. Siła wybuchów była tak duża, że cały kwartał został praktycznie zrównany z ziemią. Dziś, na skwerze pomiędzy dawnymi klubami, stoi pomnik, zwany Ścianą Pamięci. Wypisano na nim nazwiska zamordowanych ofiar. Turyści robią tu zdjęcie, liczą „swoich” zabitych, po czym odchodzą do barów i dyskotek. A przecież za każdym z tych nazwisk kryje się jakaś historia... Beata Pawlak, podróżująca po Azji polska dziennikarka, od lat zajmująca się tematyką islamu, znalazła się w tej części Jalan Legian, wracając z bankomatu do swojego hotelu. Dwie młodziutkie kuzynki z Wielkiej Brytanii, Laura France i Natalie Perkins, zaczynały właśnie swoja gapjerową podróż dookoła świata – nie minął nawet miesiąc, od kiedy wyruszyły z domu. Ana Cecilia Aviles z Ekwadoru była oddaną wolontariuszką lokalnej organizacji, zajmującej się bezdomnymi psami na Bali. Turyści, sportowcy (w okolicy odbywał się wówczas turniej rugby), biznesmeni, nowożeńcy, przechodnie - o indonezyjskich pracownikach klubów nie wspominając – wszyscy zginęli w sposób okrutny i bezsensowny z rąk terrorystów powiązanych z Al Kaidą. Mimo że przywódcy -”mózgi”, stojący za zamachem (tak to już jakoś jest, że „mózgi” nie ryzykują własnym życiem, wysługując się łatwymi do manipulowania bezmózgami) zostali już osądzeni i zgładzeni; podejrzewa się jednak, że sprawiedliwość nie dosięgnęła wszystkich zamieszanych w tę sprawę.

Zamachy z 2002 nie były, niestety, jedynymi. 3 lata później, bomby wybuchły w okolicy barów przy pobliskiej plaży oraz na Kuta Square – ruchliwej uliczce, obok której mieszkałyśmy - zabijając 20 osób, a raniąc ponad 100. A jednak, gdy przyjedzie się tu, nie można odczuć jakiejkolwiek atmosfery zagrożenia. Mimo że jesteśmy poza sezonem, ulice miasteczka dosłownie zalane są ludźmi. Sari Club zniknął wprawdzie z rozrywkowej mapy miasta (na jego miejscu jest teraz parking), ale Paddy’s otworzył ponownie swe podwoje w pobliżu oryginalnej lokalizacji. Kuta chce się bawić i zapomnieć o czarnych chwilach z swej historii. Aby uczcić pamięć ofiar wydarzeń z 2002 roku, stawiając pomnik, na ulicy oznaczono także wielką gwiazdą z kostki brukowej miejsce, w który stał samochód–pułapka. Z jej środka strzelał w niebo promień światła. Dziś, miejsce to zostało prawie w całości zalane asfaltem – nikt zresztą nie patrzy w jego stronę, ogłuszony muzyką, dobiegającą z dżipów, na których półnagie hostessy tańczą, zachęcając do odwiedzin nowo powstałej dyskoteki. Może to i lepiej. Ludzka potrzeba zabawy, doświadczania szczęścia i zapominania tego, co złe, okazała się uczuciem tak silnym, tak głęboko zakorzenionym w ludzkiej duszy, że terrorystom nie udało się osiągnąć swojego celu, którym było zastraszenie turystów napływających z całego świata oraz zdestabilizowanie sytuacji na wyspie. Nie znosimy Kuty i jej tłumów, niemniej, w tym szczególnym kontekście, bardzo nas to jednak cieszy.

Tablica z nazwiskami ofiar
Miejsce wybuchu: w budynku po prawej znajdował się Paddy's, po lewej w głębi stał Sari Club (vis-a-vis widocznej na środku Ściany Pamięci).
Ślad po gwieździe wskazującej miejsce ekspolozji vana, w głębi teren, gdzie znajdował się Sari Club

6 komentarzy:

  1. Wstrzasajacy ten Wasz wpis.J.P.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak malo slow a tak wiele tresci. Dziekuje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam was ponownie! Wchodząc dzisiaj na Wasz blog stwierdziłam, ze mój wpis nie został na nim umieszczony. Pewnie to z mojej winy. Ponawiam więc życzenia wytrwania i podziwu za odwagę wędrowania w tamtych obszarach i czekam z niecierpliwością na chociaż krótko zarysowane migawki z życia dzieci w odwiedzanych przez Was krajów.
    Pozdrawiam DW

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękujemy za miłe słowa! Obiecujemy też, że będziemy jeszcze pisać o dzieciach :) Pozdrawiamy!
    JiP

    OdpowiedzUsuń
  5. dziękuję Wam za ten wpis. Nadrabiam właśnie zaległości w lekturze Waszego bloga. Trzymajcie się ciepło. Marta P.

    OdpowiedzUsuń
  6. Marta

    myslalysmy o Tobie bedac w Kucie. Pozdrawiamy

    JiP

    OdpowiedzUsuń