wtorek, 26 października 2010

Tokio - varia


Zagadka na dziś - dlaczego każdy cudzoziemiec w Japonii kocha „7/11”( sieć małych sklepów spożywczych, czynnych – jak sama nazwa wskazuje - przynajmniej od siódmej rano do jedenastej w nocy, występująca powszechnie w Europie, Am. Płn., ogromnej części Azji, Australii i jeszcze kilku rejonach - nie wiedzieć czemu nie zawitali jeszcze do Polski, byliby dużo lepszym jakościowo konkurentem „Żabki”)? Sklepiki te, zwane conbini są tak ważne dla cudzoziemca w Japonii nie dlatego, że sprzedaje się tu kanapki z serem (jeśli ktoś nie może już patrzyć na ryż), lecz dlatego, że są one jednym z dwóch miejsc w całym Kraju Kwitnącej Wiśni, w których stoją bankomaty obsługujące zagraniczne karty debetowe, kredytowe i wszelkie inne.  Drugim miejscem jest japońska poczta, która - jak wszystkie inne poczty- jest czynna krótko i nigdy w weekendy.  Pozostałe miliony bankomatów rozmieszczonych dosłownie na każdym rogu, nie przyjmują zagranicznych kart.  A trzeba pamiętać, że żywy pieniądz jest właściwie jedynym środkiem płatniczym w kraju, w którym wszystko jest już elektroniczne i zautomatyzowane.  Sklepy, hotele, kasy na dworcach – wszystkie przyjmują jedynie gotówkę.  Powoli zaczyna się to zmieniać i w niektórych miejscach karty zaczynają być akceptowane, ale nadal w bardzo nielicznych, a za taką transakcję pobierana jest dodatkowo prowizja. Jeśli cudzoziemiec ostanie się w weekend bez gotówki, jego jedyną opcją jest „7/11” oraz bardzo nieliczne (dosłownie kilka w całym Tokio) bankomaty Citibanku. 
Conbini to zresztą wielofunkcyjne instytucje – w konkurencyjnym „Lawsonie”, na przykład, opłaciłyśmy bilety autokarowe do Kioto.

***

Na szykownym Roppongi między butikami „Louis Vuittona” i „Armaniego” widziałyśmy sklep z alkoholem - widok nierzadki w Japonii.  W sklepie tym jednak, obok szeregu alkoholi z całego świata, w tym wódki Belweder i Żubrówki, stał też… spirytus rektyfikowany 97% z dwujęzycznym napisem „importowana polska wódka”.  Boimy się trochę a gardła (i głowy) tych Japończyków, którzy postanowią spróbować tej delicji. 



***

Japończycy są mili, uprzejmi, pomocni, przyjacielscy i ogólnie uroczy.  Ktoś mógłby nawet pomyśleć, że muszą być nudnawi w tej swojej poprawności.  Nic bardziej mylnego - Japończycy mają w sobie sporą dozę szaleństwa i bardzo dużo fantazji. Na pewno też potrafią się bawić jak nikt inny.

Jak już pisałyśmy, duża część młodzieży ubiera się niezwykle kolorowo, choć do szkoły wszyscy chodzą w mundurkach.  Po powrocie odbijają to sobie w dwójnasób, ale prawdziwe szaleństwo ogarnia Tokijczyków w niedzielę i nie dotyczy to tylko i wyłącznie młodzieży. 

Niedziele celebruje się tu na różne sposoby.  O ile w Kioto, kobiety ubrane na co dzień w tradycyjne kimona nie należą do rzadkości, tak w Tokio można je spotkać głównie w niedzielę.  Przechadzają się po ulicach, robią zakupy.  Tylko wtedy też udało nam się zobaczyć mężczyzn w tradycyjnych strojach.  Na co dzień, noszą oni dwa rodzaje ubrań – garnitury pozbawione jakichkolwiek oznak niesubordynacji lub kombinezony robocze ze specjalnymi butami tabi i ręczniczkami na głowie.  W niedzielę, niektórzy z nich przywdziewają skarpetki z rozdzielonym dużym palcem, klapki na koturnach, kimona i szereg ściśle określonych dodatków – wśród nich także coś na kształt małej saszetki z materiału.  Wygląda to bardzo ciekawie.  



To ta stateczna część społeczeństwa.  Młode dziewczynki, cosplayerki (dla zainteresowanych: http://en.wikipedia.org/wiki/Cosplay) spotykają się co niedziela w tym samym miejscu, na mostku w Harajuku.  Ich stroje, zainspirowane głównie komiksami, są tak szalone i kolorowe, że nie da się tego opisać.  Proponujemy wrzucić w googla „cospalyers”, a znajdziecie setki fantastycznych zdjęć.  My cosplayerek widziałyśmy bardzo dużo, ale zdjęcia mamy bardzo byle jakie, a to dlatego, że dziewczynki nie chcą być fotografowane. A może chcą, ale wolą się najpierw trochę pokrygować.  Gromadzą się w tym samym miejscu od lat.  Ba, ich starsze siostry stały tam 10 lat temu. One same spędzają godziny na przygotowaniach, malują się, przebierają, przychodzą w niedzielę na mostek i… obrażają się gdy ktoś chce je sfotografować.  Powstaje pytanie – po co tam przychodzą?  To, że przebieranie się spełnia jakieś ich potrzeby jest jasne, ale jest ono także połączone z chęcią upublicznienia swojego wizerunku.  I to nie w trakcie spaceru po mieście, tylko wielogodzinnego wystawania w miejscu, które od lat stanowi jedną z turystycznych atrakcji Tokio.  Jeśli nie chcą zdjęć, dlaczego choć raz nie spotkają się gdzie indziej we własnym sosie (przecież zorganizowanie takiego zlotu w dobie internetu to pestka)?  




Zdecydowanie zdjęć nie unikali natomiast Elvisi oraz bohaterowie Grease i to oni właśnie byli najśmieszniejsi i najciekawsi.  W sumie też najbardziej zakręceni.  Cosplayerki mają po 15 lat, Elvisi i Olivie Newton – John 35 – 50.  Spędzają trochę mniej czasu na przebieraniu się, ale nie można ich nazwać zaniedbanymi :). Szczególnie męskie fryzury oraz kobiece spódnice są wyjątkowe.  W niedziele zbierają się przy wejściu do parku Yoyogi, koło Harajuku.  Najpierw długo trwają przygotowania, picie piwa, ustawianie sprzętu, przebieranki i poprawianie fryzury (grzebień obowiązkowo noszony w tylnej kieszeni spodni).  W końcu zaczynają się tańce.  Tancerze udają, że nie zwracają uwagi na otaczający ich tłum, ale oczywiście robią przedstawienie dla ludzi zgromadzonych wokół.  Elvisi tańczą tylko w męskim towarzystwie (innych Elvisów), bohaterowie Grease w parach, choć kobiety są zdecydowanie bardziej wystylizowane.  Obydwie grupy pląsają w rytm japońskich przebojów, nie słychać za to w parku Yoyogi hitów prawdziwego króla rock and rolla.  Wszystko to razem jest dosyć zabawne i można długo siedzieć i obserwować ich występy.  Chciałyśmy wkleić filmiki, ale okazało się to niemożliwe (zapewne ze względu na za słabe łącze internetowe).  Wrzucamy zatem parę zdjęć. 





Powyższe przedstawienia można oglądać przed bramą parku, a w środku już czekają koleje grupki freaków.  Dla nas, wielbicielek zwierzątek wszelkich poza robalami i gołębiami, ten odpał jest akurat w pełni zrozumiały, ale dla wielu ludzi może być szokujący.  Chodzi bowiem o Japończyków i ich pieski. Zwykle są one miniaturowe - yorki, pinczerki i inne maleństwa.  Ma to sens, przy miejscowych mieszkaniach, gdzie duży pies mógłby zająć półtora pokoju.  Zabawne jest to, że każdy z tych malutkich sierściuszków jest tak wypieszczony, tak wycackany, że niejedna elegantka chodzi do fryzjera rzadziej niż on.  Poza fryzjerem mają setki kreacji (najdziwniejszy był strój królika). Na czubach główek lub w uszkach mają poprzyklejane kwiatki, ozdoby, kokardki. W przeciwieństwie do normalnych psów, nie lubią chodzić.  Gdy jechałyśmy do Kamakury, do wagonu wsiadły dwie kobiety z dużym wózkiem przykrytym kocykiem.  Zerwałyśmy się, żeby ustąpić miejsca młodej mamusi, która to z kolei rzuciła się na nas i zaczęła nas z powrotem usadzać na siedzeniach, mówiąc do nas dużo po japońsku.  Nastąpiło zamieszanie, które zostało wyjaśnione dopiero gdy „młoda mamuśka” odsłoniła wózek.  Siedział w nim na poduszce… piesek.  Słodki, pięknie ubrany, prosto od fryzjera.  Był tak śmieszny, że machałyśmy do niego jak idiotki przez oddzielającą go od nas osłonkę.  A potem zaczęłyśmy obserwować zwyczaje spacerowe japońskich psów.  Duże chodzą.  Małe są wożone.  Zawsze.  Z wózka schodzą na siusiu i natychmiast do niego wracają.  Niektóre są też noszone w chustach na piersiach, takich, które są w Europie promowane jako naturalny sposób noszenia niemowlęcia.  Ale w parku Yoyogi widziałyśmy scenę, która przebiła pozostałe. Pieski (dwa w wózku, reszta w nosidle), zostały przywiezione na „spacer”, a następnie ich pani robiła im zdjęcia na tle krzaków róż.  Pan ustawiał wózek odpowiednio do światła, przesuwał pod ładniejszy krzak róż a pani pstrykała fotki.  Staramy się to pokazać poniżej, choć zdjęcia robione z ukrycia są byle jakiej jakości. 



1 komentarz: