niedziela, 31 października 2010

Japonia - różności

Gdy wróciłyśmy do Tokio z Kioto, manager naszego hostelu poinformował nas, ze nasz pokój jest zajęty. Nogi się pod nami ugięły, ponieważ poza tym, że byłyśmy zmęczone nocną jazdą, to lało tak potwornie, że każde 3 minuty na zewnątrz oznaczały kompletnie przemoczone ubranie. Szybko okazało się, że to dopiero początek jego przemowy.  Zamiast malutkiego pokoju oferuje nam tzw. pokoje gościnne, czyli mieszkanie, które hostel wynajmuje na dłuższy okres.  Dostałyśmy klucze do dwupokojowego mieszkania z kuchnią i łazienką. Jakieś 5 m kwadratowych zamieniłyśmy na ok.40 i to za cenę malutkiego pokoju. Byłyśmy przeszczęśliwe. Do wieczora, kiedy to podczas oglądania na youtubie najśmieszniejszych fragmentów programu "Mam talent", przez środek naszego living roomu :-) przemaszerował wielki, tłusty, tropikalny karaluch (nie jakaś 2-centymetrowa popierdułka, tylko porządny azjatycki bydlak-karaczan.) W tym momencie muszę (P) przyznać się do pewnej słabości, która bardzo mi utrudnia podróżowanie.  Mianowicie cierpię na fobię "karaluchową", tak silną, że lata podroży i spotkań ze wszystkimi możliwymi formami tego świństwa nie były w stanie mnie uodpornić. Wpadłam więc w histerię, a J rzuciła się, żeby zatłuc gada.  Zrobiła to koncertowo, nie miał z nią szans, choć był szybki. I teraz dumna jak paw (zasłużenie) torturuje mnie opowieściami o tym jak karaluch chrzęścił pod jej crocsem z Hello Kitty, ile razy go walnęła zanim padł, że przepołowiła go po czwartym uderzeniu oraz że umierając, puścił biały sok . A ja słucham i mówię jej jak bardzo jest dzielna:) Im dalej w Azję Południowo - Wschodnią takie sytuacje będą częste, ale wtedy już nie będziemy Wam o tym pisać, obiecujemy.  Wielki, tłusty karaczan w sterylnym Tokio to jest jednak coś - prędzej spodziewałybyśmy się, że na rogu ulicy pojawi się grupa transformersów. 

***

A propos rogów ulic. Nasza dzielnica, jest chyba najbardziej żulerską częścią Tokio.  Parę stacji metra dalej panowie w garniturach od Armaniego i panie z obowiązkową torebką Vuittona, przechadzają się po eleganckich ulicach, a u nas królują żuliki. Średnia wieku ok. 70 - tki. Podstawowe zajęcie - siedzenie na ulicy i żłopanie piwa i sake. Zaczynają rano, nawet bardzo rano, kończą różnie - np. ok. 16 połowa już leży i śpi na ulicach.  Potem wstają i idą do domu, ale o 22 wszyscy leżą już grzecznie w łóżkach. Część z nich oddaje się także hazardowi. Na jednej z bocznych uliczek jest niby - bar, czyli dziura w ścianie z zamontowanym telewizorem, na którym non-stop wyświetlane są wyścigi plus serwowane jest sake.  Jak nie ścigają się samochody, to konie; jak nie konie, to łodzie motorowe - nie ważne co, ważne, żeby można było obstawić. Czasami, panowie (panie też są, choć stanowią mniejszość) biorą się za łby. Spory takie zwykle jednak kończą się polubownie. Poza tym lokalne żuliki są całkiem przyjazne, uprzejme i miłe, przede wszystkim - w przeciwieństwie do żulików polskich -  nie robią najmniejszego nawet hałasu. Czasami sikają na ulicy lub w spodnie, a potem chodzą tak udekorowani, ale poza tym są to zapewne najspokojniejsze żuliki jakie kiedykolwiek spotkałyśmy. Nie przeszkadzają też policjantom z kobanu, czyli mini posterunku na rogu, pod którego oknem siedzą najczęściej. Ilekroć przechodzimy koło naszych hazardzistów, zastanawiamy się czy obstawiają skąd jesteśmy. 
***

Nara, dawna stolica Japonii, to miejsce z ogromną historią i tysiącem świątyń. Jednak wszystkie one stają się mało ważne, ponieważ główną atrakcją Nary są jelonki. W centrum miasta, na trawnikach i w parkach mieszka ponad tysiąc tych zwierząt. Japończycy uważają je za posłańców bogów i ważny element tradycji. Mają status najważniejszego dobra narodowego. Jelonki łażą gdzie chcą, potrafią sparaliżować ruch w mieści, ale nikt nigdy na nie nie zatrąbi, ponieważ są u siebie, a cała reszta to tylko goście. Powiedzmy sobie szczerze, świątynie świątyniami, ale widok małego Bambi, skubiącego trawę i jego mamy zjadającej nieuważnemu turyście mapę lub zeszyt, warty jest podróży do Nary (ok. 60 km od Kioto). W mieście można kupić specjalne ciasteczka dla jelonków (oczywiście nie wolno ich karmić niczym innym i chyba większość osób stosuje się do tego zakazu). Próba nakarmienia bestii ciasteczkami kończy się zazwyczaj tym, że wyrywają ciasteczka z rąk, a człowiek ucieka, próbując ratować swoją torbę, spodnie i resztę dobytku. A jednak dotyk ich aksamitnych nosków, gdy biorą z rąk ciasteczka, jest niezapomniany.  






         
***


Tutejsza estetyka jest absolutnie niezwykła. Myślę (J) i jest to refleksja czysto subiektywna, że pewne narody, w tym Japończycy, (tak jak wskazałabym np. na Francuzów i Szwedów) mają większe wyczucie smaku niż pozostałe i kształtują rzeczywistość wokół siebie w szczególnie estetyczny sposób. Przykładem mogą być chociażby japońskie ogrody - niby tak podobne do chińskich, te same stawiki, kamienie, mostki, a jednak zupełnie inne poczucie "lekkości" i finezji w odbiorze.
Z drugiej strony jednak, młodzieżowa pop-kultura wizualna jest absolutnym zaprzeczeniem minimalizmu. Na ulicach Tokio wciąż króluje styl kawai (czyli "na słodko"),w którym dorośli już dawno zwietrzyli potencjał biznesowy. Jak podaje "Planete Japon" (pismo francuskojęzycznych expatów), wybrano nawet 3 tzw. "Ambasadorki Kawai", które mają promować style ubierania "Harajuku", "Gotycka Lolita" i "Fantazję Mundurka Szkolnego" za granicą (lolity rodem z Paryża doczekały się już nawet specjalnego butiku.) Swoją drogą, całkiem znaczną część turystów w japońskiej stolicy stanowią cudzoziemscy cosplayerzy (w naszym hostelu przebywała różowowłosa Angielka, identyfikująca się z Hello Kitty).   


Japońskie nastolatki uwielbiają breloczki, maskotki i krzywią nogi, kierując czubki stóp do środka, co uchodzi za niebywale słodkie.
Styl ten przejęli niemal wszyscy - 90% plakatów służb państwowych (policja, straż pożarna, metro) ukazuje małe zwierzątka nakazujące np. właściwy kierunek ewakuacji na wypadek trzęsienia ziemi.







***

Tym co może spotkać turystę w Japonii jest "przesłuchanie"  przez dzieci. Bez obaw, w przeciwieństwie do chińskiej milicji, to jest bardzo miłe. Japończycy potrafią wykorzystać czas przeznaczony na naukę - podczas wycieczek szkolnych, dzieci (zwłaszcza z miejscowości położonych z dala od głównych atrakcji turystycznych) dostają zadanie przeprowadzenia krótkiej rozmowy w języku angielskim z wybranym turystą. Dzięki temu przełamują nieśmiałość, a rozradowany turysta może liczyć na gratyfikację w postaci ... cukierka :)
***

Na koniec parę słów o bardzo zabawnej atrakcji, którą dziś odkryłyśmy. Pod Pałacem Cesarskim w Tokio, w niedzielę zamykany jest szereg ulic, na których wytyczony jest pas ruchu dla rowerów. Rowery można wypożyczyć za darmo, co jest rzadkością w Tokio. Wystarczy wypełnić krótki formularz i można odebrać rower - my wybrałyśmy czerwony tandem.  Na początku było trochę trudno, ale szybko udało nam się opanować maszynę.  Zabawy co niemiara.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz