poniedziałek, 4 lipca 2011

Na granicy kontynentów



W Panama City poczułyśmy się trochę jak w jednym z mniej interesujących miast USA - jakiejś Atlancie, czy innym Houston. Las drapaczy chmur i centrów handlowych, zwanych tu mallami (a nie centros comerciales, czego należało by się spodziewać we wciąż hiszpańskojęzycznej Panamie). Gdyby nie przepiękne, ale maleńkie Stare Miasto, trudno by było uwierzyć, że znalazłyśmy się w miejscu, gdzie Europejczycy (czytaj: Hiszpanie) założyli jedną z pierwszych osad w Nowym Świecie. Do tego wszystkiego dochodzą tysiące dżipów na ulicach i wszechobecne reklamy, zachęcające po angielsku i rosyjsku do kupna apartamentów (najmniejsze liczą ok. 200 metrów i mają… dwa pokoje, ceny za metr – warszawskie). Są tu także tysiące supermarketów, w których można kupić najbardziej „plastikową”, wysoko przetworzoną żywność, z jaką miałyśmy do czynienia w trakcie całej naszej podróży. Podjęłyśmy już próbę serową, szynkową, parówkową i parę innych – wszystko okazało się niejadalne. Aktualnie odżywiamy się zupami Campbell’s, co pewnie spodobałoby się Andy'emu Worholowi :-).





Panama Viejo
Do tej pory, zajmującej się zawodowo tą tematyką P, Panama kojarzyła się głównie z rajem podatkowym i to takim, który nie ulega presji np. Unii Europejskiej. Jeśli ktoś chciałby wyprać tu potężne sumy, nie musiałby obawiać się zbytnio ani Interpolu, ani innych służb. J przychodziły jeszcze na myśl charakterystyczne kapelusze i film „Krawiec z Panamy”, podczas gdy najbardziej znanym symbolem kraju jest oczywiście Kanał Panamski. Pojechałyśmy, zobaczyłyśmy, zrobiłyśmy kilka zdjęć i zgodnie stwierdziłyśmy, że gdyby nie był to Kanał PANAMSKI właśnie, najpewniej nawet nie chciało by nam się ruszyć z hostelu. Jest to raczej rozrywka dla inżynierów - specjalistów. Będąc w Brazylii w 2008r., pojechałyśmy oglądać tamę Itaipu, która była największą na świecie, dopóki Chińczycy nie wybudowali swojej. Cóż, była duża i… to w sumie wszystko, co da się o niej powiedzieć. O Kanale Panamskim także można napisać, że jest spory, a jego śluzy dają sobie radę nawet z największymi liniowcami świata (choć z niektórymi statkami handlowymi już nie, stąd projekt rozbudowy Kanału za obłędną kwotę). Jeśli zrobimy zdjęcie jakiegoś fajnego, tropikalnego zwierzaka, z pewnością będziemy dużo bardziej entuzjastyczne

Panamczycy są niesłychanie mili i pozytywnie nastawieni do życia, mimo że po raz pierwszy od wyjazdu z Indonezji, znów jesteśmy zmuszone wysłuchiwać gwizdów, cmokań, okrzyków o jednoznacznej treści. Wszystko to niegroźne, ale na dłuższą metę może być trochę meczące. Przy okazji przypomniała nam się śmieszna anegdotka językowa z Chile. W przeciwieństwie do J, ja (P) posługuję się bardzo podstawowym, ale zazwyczaj komunikatywnym hiszpańskim. Gdy w Valparaiso stałam na wzgórzu, robiąc zdjęcia zatoki, podszedł do mnie jeden z chilijskich amantów (ci, w przeciwieństwie do panamskich, nie gwiżdżą i nie cmokają), który próbując spojrzeć mi głęboko w oczy zasłonięte aparatem, rzekł melancholijnie: „Jaka piękna…”. Po hiszpańsku słowo „widok” (vista) jest rodzaju żeńskiego, więc sądząc, że o panoramę właśnie chodzi, przytaknęłam ochoczo. On zachęcony moim przyzwoleniem, kontynuował swoje zachwyty i w końcu przeszedł do bardziej bezpośrednich propozycji. Na szczęście, w międzyczasie, J porzuciła robienie zdjęć i przyszła z odsieczą, opieprzając mnie równo za zachęcanie namolnego faceta do dalszych awansów. A ja naprawdę sądziłam, ze zachwycamy się widokiem zatoki… :-)

Kanał Panamski
Panamczycy nie oczekują jakiejkolwiek reakcji na swoje zaczepki, zazwyczaj tylko gwiżdżą i pokrzykują sobie radośnie. Poza lokalnymi macho, większość jest jednak niesłychanie sympatyczna, choć czasami ponownie natrafiamy na pewne kłopoty komunikacyjne. (Wtręt J: ja uważam, że macho P też są sympatyczni - abstrahując od seksistowskiego tła samego zjawiska, ich okrzyki nie mają w ich mniemaniu obrazić nas, a wręcz przeciwnie, sprawić, żebyśmy poczuły się docenione). Gdy na dworcu zapytałyśmy o możliwość dostania się autobusem do śluz na kanale, co najmniej trzy osoby porzuciły swoje zajęcia, żeby się nami zająć i każda udzieliła nam równie błędnej i zupełnie nieprzydatnej informacji, z których najbardziej rozczuliła nas ta, że za ok. 100 dolarów na łebka możemy wykupić sobie rejs po kanale na luksusowej łodzi. Dla zainteresowanych – za 0,75 dolara dojeżdża się do punktu widokowego Miraflores, położonego około 10 km od centrum miasta (wejście kosztuje 5 USD).

Opuściłyśmy Panama City bez żalu i dotarłyśmy do miasta David, położonego 50 km od granicy z Kostaryką. Na razie chcemy jednak zostać jeszcze trochę w Panamie, choć pogoda nie sprzyja. Nie mamy złudzeń - podobnie jak w przypadku Indonezji, jesteśmy w Ameryce Środkowej w środku pory deszczowej i będzie lało, czy się nam to podoba czy nie. Tropikalnej ulewy nie da się porównać z niczym, czego możemy się spodziewać w Europie. Ulice zmieniają się w rzeki, ziemia się osuwa, pojazdy przestają jeździć etc. Na pewno nie da się w takich warunkach trekingować po dżungli (raz już zdarzyło się to nam w Amazonii, więc wiemy o czym mówimy), ani tym bardziej pływać w morzu. Głównymi natomiast atrakcjami całego regionu są plaże i fantastyczna, tropikalna przyroda. Trzeba przyznać, ze obecnie w pełnym rozkwicie. Cudownie patrzy się na pokryte tropikalnym lasem wzgórza, dużo gorzej na nie wspina. Na razie nie do końca wiemy więc, co dalej ze sobą poczniemy. Póki co, pojedziemy zapewne na północ Panamy, a potem do Kostaryki. Jeśli jednak deszcz nas wykończy, przejedziemy szybko na wyżyny Gwatemali, a stamtąd do Meksyku, choć, znając życie, najpewniej tak się nie stanie. Zalana tropikalnym deszczem Sumatra stała się w końcu jednym z najciekawszych wspomnień z całej naszej podróży po Azji.

Dziś rano wybrałyśmy się także na wycieczkę do Caldery - gorących źródeł, położonych 20 km od David. Widoki po drodze były ładne, choć same „studnie” okazały się wielkim rozczarowaniem – na terenie prywatnej posesji można było zanurzyć się mniej więcej do kolan w dwóch kamiennych basenikach i zapewne skorzystałybyśmy z tej oferty, gdyby nie fakt, że a) woda miała w nich temperaturę wrzątku, b) płynąca nieopodal rzeka wezbrała po deszczach i nijak nie można było się w niej schłodzić po gorącej kąpieli c) temperatura powietrza wynosiła blisko 35 stopni, przy wilgotności sięgającej 80%. Tropikalnego upału pory deszczowej, podobnie jak ulew, nie da się porównać absolutnie z niczym. Wrażenie jest takie, jakbyśmy przez 24 godziny na dobę nie wychodziły z sauny. Mamy wielką nadzieję, że nasze organizmy przyzwyczają się trochę do warunków pogodowych, inaczej zwiedzanie może być wyzwaniem ponad nasze siły.

"Bóg dał pogodę, o bryzie nie powiedział nic"

Krowy i kowboje są nieodłącznym elementem panamskiego krajobrazu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz