niedziela, 17 lipca 2011

Deszczową porą

Jezioro Nikaragua
Strasznie nam ostatnio siadło morale, właściwie po raz pierwszy aż tak bardzo od czasu wyjazdu. Dokładnie za miesiąc wylatujemy z Meksyku do Nowego Jorku (pobytu w tym mieście nie traktujemy jako integralnej części naszej podróży, raczej jako krótki przystanek w drodze do domu) i te ostatnie tygodnie właśnie nie zapowiadają się póki co za dobrze. Patrząc na ostatnie dni, może być wręcz paskudnie. Po pierwsze, mamy kompletnie dosyć lejącego się z nieba deszczu, mokrych butów, ciuchów i plecaków oraz nieschnącego, gnijącego prania. To wszystko byłoby jeszcze do zniesienia, gdyby nie uniemożliwiało oglądania miejsc, w których jesteśmy. Niestety, tak się właśnie dzieje. Nic nie widać, żadna wycieczka nie ma sensu, bo pada etc. Gdy dotrzemy do rejonów, w których są ruiny cywilizacji Majów, będzie może trochę lepiej - kamienie zawsze wyglądają dobrze w deszczu - ale to dopiero na pograniczu Hondurasu z Gwatemalą. Na razie jesteśmy w Nikaragui, która jest niewątpliwie ciekawym krajem, ludzie są sympatyczni, a wyspa Ometepe, na której spędziłyśmy dwa dni, na pewno jest piękna. Szkoda tylko, że dwa tworzące ją wulkany mogłyśmy podziwiać wyłącznie na zdjęciach w internecie. W rzeczywistości widziałyśmy niewiele, wyspa była cały czas zasnuta chmurami. Nasza rada dla przyszłych turystów – za żadne skarby świata nie przyjeżdżajcie do Ameryki Środkowej w trakcie pory deszczowej. W wielu miejscach na świecie oznacza ona silne burze nadchodzące popołudniami po słonecznych przedpołudniach, nocne deszcze czy dzień opadów, po którym następuje kilka słonecznych. Tu jednak leje dosłownie non stop. Da się podróżować w trakcie pory deszczowej po Azji, nijak jednak po Ameryce Środkowej. Szkoda pieniędzy na bilet. 

Wyspa Ometepe

Makieta wyspy, która składa się właściwie wyłącznie z dwóch stożków

Prom pod wezwaniem Che Guevary
Gustaw i tancerki ozdobą festynu, niestety nie dane nam będzie doświadczyć tego widowiska
Nowa jakość - nasz kurek od prysznica
Drugim powodem spadku naszego morale było niemiłe spotkanie w San José (dawno temu napisałyśmy o Wientanie w Laosie, że nie ma nic do zaoferowania turystom. Odwołujemy. W porównaniu z San José, Wientan jest Paryżem. Jedynym plusem kostarykańskiej stolicy są jej mieszkańcy, dużo milsi niż ich krajanie z turystycznych plażowisk). W naszym nieźle wyglądającym i mającym niezłe internetowe oceny hostelu, dosłownie zjadły nas pluskwy. Tym, którzy nigdy nie mieli z nimi do czynienia (dzięki Bogu!), możemy jedynie powiedzieć, że ugryzienie pluskwy jest najbardziej swędzącą rzeczą na świecie, z którą żadne, najgorsze nawet, stado komarów nie może się równać. A my zostałyśmy dosłownie przez nie zmasakrowane. Twarz J wygląda jakby cierpiała ona na połączenie ospy z różyczką, obydwie mamy setki ukąszeń od stóp do głów – naszych zdjęć raczej przez jakiś czas nie ujrzycie. Pluskwy są częstym problemem w tanich hostelach, niemniej jakimś cudem udało się nam dotychczas ich uniknąć (no, może raz jakaś nas ugryzła, ale chyba była w łóżku w pojedynkę). Cierpimy strasznie i każdy nowy hostel witamy podejrzliwie. Przy okazji, szukając w internecie wszystkiego, co napisano o pluskwach dowiedziałyśmy się, ku naszemu ogromnemu zdumieniu, że są one wręcz powszechnym problemem w Wielkiej Brytanii. Fora internetowe aż huczą od dyskusji osób wynajmujących mieszkania na wyspach, walczących z pluskwami zalegającymi w ich łóżkach.

Trzecim powodem są kłopoty transportowe. Chcemy uciec jak najdalej na północ, licząc na poprawę pogody (co może okazać się złudne). Przez Panamę i Kostarykę podróżuje się niemalże jak przez Niemcy. Autobusy jeżdżą według rozkładu, są punktualne i właściwie z każdego miejsca można dostać się w dowolny punkt kraju. Po przekroczeniu granicy z Nikaraguą wkroczyłyśmy w inny świat. Nikaragua jest krajem nieporównywalnie, drastycznie wręcz biedniejszym od swoich południowo – wschodnich sąsiadów. Widać to po ludziach, wioskach, sklepach. Także po jakości transportu. Królują tu tzw. chicken busy, stare autobusy szkolne z USA, służące w Ameryce Środkowej za podstawowy środek transportu. Jeżdżą z prędkością 20 km na godzinę, zatrzymują się co 100 metrów, a pokonanie 200-kilometrowego odcinka zajmuje im prawie cały dzień. Nikaragua, która powitała turystów niedawno, nie wypracowała sobie jeszcze usług nakierowanych na bogatych cudzoziemców, jak np. busików dowożących białasów dokąd tylko chcą za cenę co najmniej 10-krotnie przebijającą cenę zwykłego autobusu. W tej sytuacji nie ma mowy o jakimkolwiek szybkim przemieszczaniu się w stronę Gwatemali i Meksyku. W dodatku, zmuszone będziemy odwiedzić dwa miasta, które na liście najniebezpieczniejszych miast obydwu Ameryk zajmują wysokie pozycje – Managuę i Tegucigalpę. W tej drugiej zapewne będziemy też musiały nocować. Zapewne włos nam z głowy nie spadnie, ale jednak wolałybyśmy uniknąć tych wizyt. Nieustraszeni zazwyczaj autorzy przewodników Lonely Planet piszą - „nie jedź tam, jeśli nie musisz”. My niestety musimy, innej drogi nie ma.

W tym wszystkim udało nam się objechać na rowerze kawałek wyspy Ometepe i zobaczyć Granadę. Ta pierwsza jest fenomenem. Opisywana jest jako wyspa wulkaniczna, choć de facto są to raczej dwa wulkany połączone malutkim paskiem lądu. Na ich zboczach toczy się życie kilkunastu malutkich wiosek. Przyroda jest oszałamiająca, na wulkany można się wspinać (jeśli ktoś lubi taplać się w błocie, może spróbować nawet teraz. Niewielu chyba jednak jest odważnych, ponieważ poznane Szwajcarki nie mogły zebrać grupy chętnych przekraczającej 2 osoby). Granada natomiast to pierwsze kolonialne miasto w Ameryce Środkowej na drodze z Panamy. Ładne, choć niezachwycające. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za 3 – 4 dni powinnyśmy dotrzeć do pierwszych na tej trasie ruin cywilizacji Majów i liczymy, że to nas wreszcie zachwyci, nawet jeśli woda będzie nam chlupać w butach. 

Ruiny szpitala w Granadzie, nie ustaliłyśmy czy wybudowano już nowy :-)






Czy Rydzyk kupił jakiś zagraniczny format?  Hasło "Katolicki głos w Twoim domu" brzmi znajomo.

2 komentarze:

  1. Mam wielką prośbę do Justyny o zmianę tła na blogu El mundo ibero. Mam oczopląs :(. (Piszę tutaj, bo na tamtym blogu nie da się dodać komentarza :(). Przy okazji: pozdrawiam obie Autorki :).
    brehia

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, posty są teraz na czarnym tle, opcja dodawania komentarzy też jest już aktywna. Pozdrowienia!
    J.

    OdpowiedzUsuń