wtorek, 14 czerwca 2011

Strajki, miasta, dinozaury i tortury z Guantanamo


Zdziwiony dinozaur :-)
Peruwiańczycy zafundowali nam obowiązkowy powrót do Chile, blokując granicę z Boliwią. W Boliwii nie jest jednak lepiej. Chcąc wyjechać z Sucre, usłyszałyśmy na dworcu, że albo zrobimy to jutro, albo w ogóle, ponieważ pojutrze zaczyna się strajk. Przeciwko przyznaniu licencji nowym przewoźnikom, strajkować będą wszyscy kierowcy i pracownicy firm transportowych. Chcą oni utrzymania status quo, nadmiar konkurencji im szkodzi. Patrząc na jakość boliwijskich autobusów, jesteśmy przeciwnego zdania, ale niewiele mamy tu do powiedzenia. Uciekłyśmy więc z Sucre ostatnim autokarem wraz z tłumem turystów, którzy wykupili miejsca w najgorszych gratach. Sucre jest w sumie najlepszym miejscem w Boliwii, w którym można by utknąć, ale znając temperament miejscowych, nikt nie wierzy, że strajk potrwa tylko dzień – dwa, jak obecnie zapowiadają. Dotarłyśmy do Santa Cruz i natychmiast lokalna telewizja poinformowała nas, że również tu kierowcy grożą strajkiem. Tym razem chodzi o nakaz wycofania z komercyjnego obiegu pojazdów starszych niż 12-letnie. W Boliwii oznaczałoby to, że na ulicach postałyby chyba tylko prywatne dżipy miejscowej elity. Jak twierdzą specjaliści, nowe przepisy mogłoby dotyczyć nawet 95% obecnie funkcjonujących wehikułów, z których najstarsze wyprodukowano w latach 70-tych. Kierowcy będą więc protestować. Podobne strajki szykują się w Cochabamba i innych miastach. W La Paz protest już się odbył – łamistrajki, czyli ci kierowcy colectivos, którzy jednak ruszyli na trasy, byli wyciągani z wozów i publicznie karani rózgą. Za chwilę stanie cała Boliwia. Na jutro mamy jednak bilety kolejowe do granicy brazylijskiej. Kolej w Boliwii jest niemalże XIX-wieczna, państwowa i żadna konkurencja jej nie grozi, szczególnie, że po istniejących torach i tak już długo nie pojeździ. Istniej więc szansa, że pociąg jutro wyjedzie. Oby. Utknąć w Santa Cruz byłoby karą, na jaką nie zasłużyłyśmy.

***

Turyści jadący do Rio de Janeiro wydają pieniądze na wycieczkę, która zabierze ich do faveli. Teraz się z tego śmiejemy, ale gdy blisko 3 lata temu byłyśmy w tym mieście, same się na taki tour wybrałyśmy. Niepotrzebnie. Architektonicznie, La Paz to jedna wielka favela. W dodatku zwiedza się ją za darmo (nie licząc kosztów dostania się do samego miasta :-). Aż trudno uwierzyć, że tyle ceglanych, nieotynkowanych domków może się zmieścić na stromych wzgórzach miasta. Brzydko, brudno, smog i bieda, a jednak miasto to ma jakiś swój przewrotny urok. Jedyną atrakcją La Paz jest mocno turystyczny targ czarownic, na którym można zakupić różne czarodziejskie mikstury oraz zasuszone płody lam, przynoszące podobno szczęście. Gdy opuściłyśmy La Paz, każde kolejne miasto wydawało nam się gorsze. Uyuni, Potosí czy bardzo tropikalne i „brazylijskie” w klimacie Santa Cruz – żadne nie zachęcało do spacerów ani spędzenia w nim więcej czasu niż było to konieczne. Gdy wjechałyśmy do Sucre, poczułyśmy się, jakbyśmy przeniosły się do innego świata. W jakiś cudowny sposób, konstytucyjna stolica Boliwii (obecnie siedzibę ma tu tylko władza sądownicza, co zresztą widać gołym okiem - adwokatów jest w Sucre więcej niż kurzu na ulicach) zachowała kolonialny charakter, starą architekturę, urocze placyki i miłe uliczki. Co więcej, daje możliwość zobaczenia ciekawostki, jaką są świetnie zachowane odciski łap… dinozaurów. Na obrzeżach miasta działa francuska cementownia. W trakcie wykopywania kolejnej porcji piachu, pracownicy fabryki odkryli odciśnięte ślady stóp tych gadów. Cały czas nie możemy uwierzyć, że na widok czegoś, co przypomina gigantyczny ślad kurzej łapy, zamiast kopać dalej, robotnicy zawołali naukowców. Jesteśmy pełne podziwu dla ich intuicji. Samo Parque Cretácico oferuje raczej rozrywkę dla dzieci (naturalnej wielkości modele dinozaurów i potępieńcze odgłosy, wydobywające się z głośników), ale jako że każda z nas zachowała w sobie całkiem sporo z dziecka – świetnie się w nim bawiłyśmy.

La Paz w dzień...
i w nocy
Płody lam
Sucre
 


Ślady dinozaurów
 

***
Peru i Boliwia skonfrontowały nas też z pewnym problemem, tym razem natury komunikacyjnej i nie chodziło bynajmniej o kłopoty językowe, a raczej kulturowe. Dla przykładu podajemy dwa dialogi, ale w rzeczywistości podobne sytuacje miały miejsce dosłownie codziennie:

1) Jedziemy luksusowym autobusem w Peru, stewardesa roznosi napoje
Stewardesa: Kawa?
J: Poproszę.
S: Z cukrem i mlekiem?
J: Tak, poproszę z cukrem i mlekiem.
S: (nalewając kawę)Nie ma mleka.

2) W turystycznym barze w Boliwii chciałyśmy napić się piwa
J: Czy jest zimne piwo?
Kelner: Zaraz spytam.
Wraca po chwili z zaplecza.
K: Tak jest „Salta” i „Paceña”.
J: To świetnie, poproszę 2 zimne „Paceñe”.
K: (wraca po chwil z pustymi rękoma) Nie ma zimnej „Paceñi”, mogę przynieść ”Saltę” z lodówki.
J: Niech będą zatem 2 zimne „Salty”.
K: (zagląda do lodówki) Eee… jest tylko jedna zimna.
J: To poproszę tę jedną zimną.
Kelner podaje jedno piwo i odchodzi. Po chwili wraca skonsternowany.
K: To nie chcesz dwóch?
J: Mówiłeś przecież, że jest tylko jedna?
K: No tak, ale mógłbym włożyć jeszcze jedną do lodówki…

Koniec końców, jak powiedział, tak zrobił i… zapomniał o sprawie, zajmując się intensywnie gonieniem po zapleczu jednej z koleżanek (w sensie dosłownym). Napitek trafił na nasz stół godzinę później i… po trzech interwencjach w kuchni. W międzyczasie, pewna zniechęcona para turystów opuściła lokal, nie doczekawszy się najmniejszej oznaki zainteresowania ze strony personelu. Jak zresztą dziesiątki innych w różnych knajpach na terenie obydwu krajów, ponieważ standardem jest, że to klient musi podejść do baru i upomnieć się o kartę, a następnie przyjęcie i zrealizowanie zamówienia, a nie na odwrót.

***

Co ciekawe, zarówno Boliwijczycy, jak i Peruwiańczycy, dość przyjaźnie odnoszą się do Hiszpanów, co nie zawsze jest normą wśród Latynosów. Skąd o tym wiemy? J, która mówi po hiszpańsku z madryckim akcentem (mieszkała kiedyś w tym mieście), jest tu brana przez wszystkich za przedstawicielkę właśnie tej nacji. Paradoksalnie, w lokalsach budzi to jakąś "panhispanistyczną" solidarność, co przekłada się na... korzyści majątkowe. Łapiąc taksówkę, J płaci połowę ceny, którą wynegocjowałaby P. Ta ostatnia i tak jest jednak o 50% niższa od tej, która podana zostanie gringos, mówiącym z angielskim akcentem (niezależnie od tego, czy pochodzą z Wlk. Brytanii, USA czy Kanady). Ta sama reguła obowiązuje w małych sklepikach :-)   

***

Tak jak kłopoty komunikacyjne w kontaktach z mieszkańcami Peru i Boliwii są dla nas tajemnicą, kolejny kulturowy fenomen rozgryzłyśmy dość szybko ;-) Dla mieszkańców tych krajów, rozrywka i relaks oznaczają obowiązkowo muzykę lub telewizję wyjące na pełen regulator (jak wiadomo, cisza oznacza śmierć). Dotyczy to sklepów, knajp i, przede wszystkim, autobusów. W obydwu krajach, ze względu na ich rozmiary (prawie 3,5 – 4 razy większe od Polski), górzystość i fatalną jakość dróg (w Boliwii nieporównywalnie gorszą niż w Peru) w autobusach spędza się ogromną ilość czasu. A to oznacza nieustające godziny hałasu na poziomie decybeli, jaki człowiek ledwo jest w stanie znieść (dla nas osobiście ta granica jest znacznie przekroczona). Wyje muzyka, wyją filmy, które dobierane są głownie pod kątem ilości wystrzelonej amunicji i zadanych ciosów. Hałas trwa non stop, a każda firma autobusowa reklamuje się hasłem „Mamy tv i dvd”. Jesteśmy absolutnie przekonane, że gdyby jakiekolwiek towarzystwo przewozowe pochwaliłoby się sloganem „Mamy zepsute telewizory i głośniki”, zrobiłoby furorę wśród turystów, którzy wybieraliby je niezależnie od jakości floty. Tak się jednak nie dzieje. Problem nie jest typowo latynoski. Dotyczy właściwie całego biednego świata. W Azji telewizory wyły od Ułan Bator do Singapuru, ucichły dopiero w Indonezji (martwa cisza panowała w autokarach w Japonii; w autobusach w Indiach, które zostały wypuszczone na rynek chyba jeszcze przed wynalezieniem radia, słychać było za to potworny, aczkolwiek ludzki gwar ;-). W Ameryce Południowej entertainment ucichł dopiero w gorszych autobusach w Boliwii. Zanim jednak tak się stało, doprowadzał nas do rozpaczy. 10 h potwornego hałasu, z przewagą andyjskiej cumbi (gatunek ten nijak ma się do swego kolumbijskiego pierwowzoru. W wariancie lokalnym polega najczęściej na lamencie wyrażanym przez śpiewający głos kobiecy „Miiiiiłości moja, czemu odszedłeś, gdy miał być ślub?” i towarzyszącym mu pokrzykiwaniom głosu męskiego, które są, zapewne, jakąś fantazją na temat rapu „No właśnie!”, „Powiedz to!”, tudzież koncertem życzeń „Dla naszych przyjaciół z Puno, Arequipy i Urubamby!”. Czasem mężczyzna może jeszcze zagrozić „Kupię sobie piwko”, a wszystko to w niezmiennym, galopującym rytmie i przy podkładzie muzycznym obejmującym skalą cztery nuty). Nienawidzimy tej muzyki jak mało czego i nie jesteśmy w tej antypatii odosobnione. Przy pomocy heavy metalu, torturowano ponoć więźniów w Guantanamo. Rozumiemy działanie tego mechanizmu aż za dobrze. Co więcej, wiemy, że dopóki nie wrócimy do Europy, w tej kwestii nic nie zmieni się na lepsze. Rozliczne modele zatyczek do uszu, w które się zaopatrzyłyśmy, obniżają jedynie poziom hałasu do bardziej akceptowalnego.

To nasze pożegnanie z Boliwią. Jutro wjeżdżamy do Brazylii, gdzie spędzimy 10 dni u taty J, odpoczywając i zbierając siły przed ostatnim, środkowoamerykańskim odcinkiem naszej podróży. Na pewno jednak pokażemy Wam na zdjęciach architektoniczne kuriozum, jakim jest Brasilia i podzielimy się paroma brazylijskimi wrażeniami. W najbliższą sobotę J wybiera się z tatą na feijoadę (narodowe danie Brazylijczyków), więc jeśli odważy się zjeść świńskie uszy i inne „galanterie” w fasolce (wegetariańska złośliwość P, aczkolwiek ten opis nie jest bardzo daleki od prawdy), to doniesiemy również o jej wrażeniach kulinarnych. 

Tiwanaku to ruiny preinkaskiej cywilizacji znad jeziora Titikaka, najważniejsze i najciekawsze stanowisko archeologiczne Boliwii.
 

Jakkolwiek teorie Thora Heyerdhala o zasiedleniu Polinezji przez południowoamerykańskich Indian nie znalazły uznania wśród naukowców, podobieństwo posągów z Tiwanaku do Moai z Wyspy Wielkanocnej jest uderzające


2 komentarze:

  1. Hej, dziewczyny, biorąc pod uwagę, że Waszej podróży bliżej jest od końca niż początku :) ośmielę się zapytać, czy rozważałyście wydanie Waszego blogu w formie książki? Porównując ten blog z tym, z czym obcuję często w druku :) stwierdzam - jest szansa na bestseller :). Ja w każdym razie kupiłabym na pewno :). Pozdrawiam, brehia

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za słowa zachęty!!! W sumie trochę ciężko nam jeszcze o tym myśleć, bo cały czas w całości pochłania nas przemieszczanie się z miejsca na miejsce (dziś trzasnęłyśmy ponad dobę w pociągu + busie), jutro czeka nas powtórka z rozrywki:-/ ale po powrocie pewnie zastanowimy się nad tym :)
    Pozdrawiamy z brazylijskiego Campo Grande!

    OdpowiedzUsuń