wtorek, 24 maja 2011

Lima, wybory i blokada granicy


Znak ten oznajmia, że dane miejsce jest bezpieczne w przypadku trzęsienia ziemi. Idea wspaniała, tylko wykonanie szwankuje. Znaleźć go można w 90% budynków w Peru - starych, nowych, sklepach, knajpach etc. Gdyby była to prawda, Peru byłoby najlepiej przygotowanym na trzęsienia ziemi krajem świata, a takim z pewnością nie jest. Trzęsienie ziemi w 2007 roku zniszczyło doszczętnie Pisco i kilka okolicznych miejscowości, które do dziś walczą ze skutkami katastrofy.

Południowoamerykańskie miasta mają zazwyczaj piękną, kolonialną starówkę, jednak, poza nią, reszta jest najczęściej slumsowata, brudna, paskudna i niebezpieczna. Abstrahując od kwestii bezpieczeństwa (które w Ameryce Południowej są najczęściej dużo poważniejsze niż w krajach Azji,) większość miast kontynentu nie odbiega „urodą” od urbanizacji azjatyckich. Nawet w przypadku Buenos Aires, przedmieścia tego imponującego miasta są absolutnie straszne – rozpadające się, nieotynkowane budynki, brud, śmieci etc. Jeśli tak wygląda boskie Buenos, a w Santiago jest już tylko gorzej, to czego można by się spodziewać  po Limie? Szczególnie, jeśli znający ją kolega pisze, że w tym mieście trudno się zakochać? Spodziewałyśmy się więc Juliaki (najbrzydsze peruwiańskie miasto jakie widziałyśmy), powiększonej do rozmiarów ośmiomilionowej metropolii. Błąd. Lima ma paskudne części, ale ogromna część miasta w najgorszym razie przypomina rejony dojazdowe do Warszawy (dla Warszawiaków – np. okolice Puławskiej na trasie Piaseczno – Ursynów). Poza tymi niezbyt imponującymi (choć  i nie najbardziej szpetnymi) miejscami, znaleźć można historyczne centrum, które nie składa się wyłącznie z obowiązkowej Plaza de Armas, ale również z plątaniny uroczych uliczek przy których stoją przepiękne budynki i kościoły. Nad oceanem ciągną się natomiast dzielnice dla „miłych ludzi”. W swojej autobiograficznej powieści, Doris Lessing wspominała lata spędzone w Afryce, gdzie cała rodzina klepała biedę i w związku z tym nie bywała na kolonialnych salonach. Matka późniejszej Noblistki, cierpiąc z powodu braku londyńskiego życia towarzyskiego, cały czas namawiała swoje dzieci aby przyjaźniły się z dziećmi "miłych ludzi”, z którymi ona sama pragnęła się spotykać – gubernatorstwem, miejscowymi, oczywiście białymi, bogaczami etc. Nad oceanem w Limie, w dzielnicach Miraflores i San Isidro mieszkają zdecydowanie „mili ludzie” - miejscowa klasa wyższa średnia. To, natomiast, przekłada się na poziom życia w dzielnicy. Zieleń, promenada nadmorska, boiska, na których dzieciaki grają w piłkę, parki i centra handlowe, miłe uliczki zachęcające do spacerów i ładne domki. Dodatkowo, milion ochroniarzy pilnujący tego błogostanu. Większość hoteli znajduje się w Miraflores, dzielnicy po której można chodzić spokojnie po ulicach po 18.30 (aczkolwiek pierwszego wieczora widziałyśmy tu podejrzanego mężczyznę z bronią, który na pewno nie był strażnikiem), rzecz raczej niezwykła w dużych miastach kontynentu. Dodatkowo, dla wielbicieli literatury dodatkowa gratka – to tutaj toczy się większość powieści Vargasa Llosy. Jest słodko, choć Miraflores ma się do rzeczywistości Peru tak jak wille w Konstancinie do realiów mazurskiej, popegeerowskiej wsi. Ale spędzać tu czas jest zdecydowanie miło, więc siedzimy w Limie piąty dzień i oddajemy się długim spacerom wzdłuż brzegu morza.

Plaza de Armas czyli rynek
 

Wnętrza muzeum w jednym z banków - wstęp darmowy
Dziedziniec konwentu Dominikanów
Biblioteka konwentu
 


Miraflores - chętni mogą nabyć ten pałacyk
Miraflores
Miraflores
Jutro opuszczamy naszą elegancką dzielnicę i wyruszamy na południe, w stronę granicy boliwijskiej. Tam spodziewamy się jednak problemów. Oficjalnie na granicy nic się nie dzieje, ale w rzeczywistości jest ona zablokowana od strony Peru. Samo przejście graniczne jest otwarte, ale od kilku tygodni trwają protesty miejscowej ludności, w wyniku których ponad 20 km odcinek drogi do granicy jest nieprzejezdny. Relacje w internecie są coraz bardziej niepokojące, niektórzy sugerują, że protesty mogą objąć nawet Puno. Przed nami jeszcze z półtora tysiąca kilometrów i kilka dni podróży do granicy, jeśli jednak nic się nie zmieni, może to oznaczać, że do Boliwii nie wjedziemy. Co wtedy? Nie wiemy. Teoretycznie możemy pojechać na około przez Chile, co bardzo nam się nie uśmiecha, ponieważ byłaby to podróż długa, męcząca, droga i - przede wszystkim - zmuszająca nad do powrotu do Ariki, jednego z podlejszych chilijskich miast, w jakich miałyśmy wątpliwą przyjemność być. Alternatywnie, w związku z tym, że zmierzamy w kierunku Brasilia, możemy zjechać do peruwiańskiej Amazonii i przez Puerto Maldonado dotrzeć do Brazylii. Trasa jeszcze dłuższa i trudniejsza niż ta przez Chile. Przede wszystkim, jednak, bardzo chcemy zobaczyć Boliwię, więc jedziemy w stronę Puno, licząc na to, że jakoś uda nam się jednak przedostać przez granicę (alternatywą są łodzie). Nastroje polityczne jednak nie skłaniają do optymizmu. Za dwa tygodnie Peruwiańczycy wybierają w drugiej turze głosowania nowego prezydenta. Kraj ogarnięty jest polityczną gorączką, plakaty dwójki kandydatów zdobią każdy róg ulicy, nad Miraflores latają helikoptery z hasłami wyborczymi, a Plaza de Armas w Arequipie zapełnia się w ciągu minuty ubranymi na pomarańczowo rozpolitykowanymi zwolennikami kandydatki, którzy tańczą, śpiewają i skandują imię faworytki. Pierwsza tura wyłoniła dwójkę kandydatów, wybór pomiędzy którymi można przyrównać do wyboru pomiędzy dżumą i cholerą. Pierwszą turę wyborów wygrał Ollanta Humala - populista, silnie lewicowy, nacjonalistyczny polityk, związany z armią, którego plan zakłada ponoć m.in. nacjonalizację majątku prywatnego. Dobrze dogaduje się Hugo Chavezem i Evo Moralesem, co specjalnie nie dziwi. Jego kontrkandydatką jest Keiko Fujimori, córka Alberto Fujimoriego, odsiadującego 25-letni wyrok byłego prezydenta Peru. Zapisał on jedną z najczarniejszych kart we współczesnej historii kraju, a obecna kandydatka na prezydenta nigdy się od niego nie odcięła. Przeciwnie, gdy opuściła go żona, oskarżając o defraudację środków pomocowych, łamanie praw człowieka i korupcję, Keiko stanęła murem za ojcem i została oficjalnie Pierwszą Damą Peru. Fujimori uciekł przed sprawiedliwością do Japonii (jest z pochodzenia Japończykiem i posiada obywatelstwo tego kraju), ale jak ostatni głupiec wybrał się parę lat później na wakacje do Chile. Były to jego ostatnia podróż, gdyż kraj ten wydał go Peruwiańczykom. Po serii procesów, został skazany na 25 lat więzienia za łamanie praw człowieka i korupcję. Podstawowym pytaniem stawianym Keiko, na które nigdy nie udzieliła wiążącej odpowiedzi jest to, czy jeśli zostanie prezydentem, skorzysta z prawa łaski i wypuści ojca z więzienia. My obstawiamy, że tak. Obecnie ma kilku procentową przewagę na Ollantą. W świetle tego wszystkiego, rozumiemy, że nasze rozterki w trakcie ostatnich wyborów prezydenckich były niczym w porównaniu z tym, co muszą czuć miłujący porządek i demokrację Peruwiańczycy. Współczujemy i będziemy z zapartym tchem obserwować wynik ostatecznej rozgrywki 5 czerwca. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz