czwartek, 7 kwietnia 2011

Los Glaciares



Niespodziewanie, w ósmym miesiącu podróży, dotarłyśmy do najpiękniejszego miejsca, jakie kiedykolwiek widziałyśmy. Zachwycałyśmy się już niejednym krajobrazem, budowlą czy miastem, jednak Park Narodowy Los Glaciares, późną jesienią, przebija swoją urodą wszelkie dotychczasowe widoki. Wprawdzie dwie główne gwiazdy parku - Cerro Torre i Fitz Roy - albo w ogóle nie odsłoniły imponującego oblicza (Torre) albo ukazywały je rzadko i niechętnie (Fitz Roy), a jesienna pora dała nam się we znaki przenikliwym zimnem w nocy, zacinającym deszczem (choć tylko przez pół dnia) oraz wiatrami, jakich istnienia nawet sobie nie wyobrażałyśmy. Mimo to, spędziłyśmy w górach każdą minutę aż do zachodu słońca i wiemy, że chcemy tu wrócić jeszcze nie raz. Niech zdjęcia mówią same za siebie:



Laguna Torre, gęste chmury w tle skrywają Cerro Torre
 

Rzadki widok - Fitz Roy prawie widoczny


Co ciekawe, każdy turysta, wjeżdżając do El Chaltén, obowiązkowo musi zatrzymać się w siedzibie strażników Parku Narodowego. Gdy wyproszono nas z autobusu i kazano pomaszerować do drewnianej chatki na skraju miasteczka, byłyśmy pewne, że znowu trzeba będzie wyłożyć po 100 pesos na głowę, tytułem dowolnie zdefiniowanej opłaty. Ku naszemu zdziwieniu, zamiast tego, strażnicy podzielili nas na grupy językowe (do wyboru hiszpański i angielski) oraz wygłosili edukacyjno – moralizująca pogadankę o tym, że nie wolno śmiecić, palić w lesie ognia (w tym papierosów), zanieczyszczać wody, straszyć zwierząt etc. Dostaliśmy też mapki z opisem tras oraz instrukcjami, jak należy zachować się w parku, z których najbardziej przypadła nam do gustu następująca rada: „bądź jak kot”. Chodziło o… toaletowe zwyczaje kotów.

Inną rzeczą, która przykuła naszą uwagę w El Chaltén, była ciekawostka natury kulturowo-językowej. W południowej Patagonii, żyjącej niemalże wyłącznie z turystyki, oprócz hiszpańskiego, pojawiają się wprawdzie napisy i informacje po angielsku (na co nie należy jednak liczyć gdziekolwiek indziej). Jednakże dopiero tutaj zaobserwowałyśmy, że w powszechnym użyciu (przynajmniej w piśmie ;-)jest także trzeci język. Myliłby się ten, kto sądziłby, ze jest to portugalski, francuski, niemiecki czy chiński. Chodzi bowiem o… hebrajski. Młodzi Izraelczycy - zazwyczaj prosto po odbyciu służby wojskowej - podróżują w dużych grupach przed podjęciem studiów. W naszym hostelu było ich znacznie więcej niż wszystkich pozostałych turystów razem wziętych. Postrzegamy to jako swoisty chichot historii, ponieważ to właśnie Argentyna i Chile miały (i nadal do pewnego stopnia mają) znaczną liczbę mieszkańców, którzy z Europy uciekli bynajmniej nie przed wojną i głodem, tylko przed powojenną sprawiedliwością. Mamy nadzieję, że widząc najazd izraelskiej młodzieży czują się z tym choć trochę źle. Tylko po co te napisy, skoro wszyscy oni mówią świetnie po angielsku? 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz