niedziela, 3 kwietnia 2011

Lodowy cud



Co sprawia, że turyści z różnych krajów świata przemierzają długość całego - niemałego przecież - państwa, aby dotrzeć do El Calafate? Część z nich wabi surowy charakter patagońskiego krajobrazu, innych mit słynnej drogi Ruta 40; całą resztę, jednak, przyciąga jak magnez lodowiec Perito Moreno. Stanowi on część lądolodu patagońskiego i trzecią rezerwę wody pitnej na świecie. Jego powierzchnia wynosi około 40 km kwadratowych, co odpowiada mniej więcej terenowi, na którym leży Buenos Aires. To, co widać na powierzchni, czyli 60-metrowe ściany, to tylko skromna część lodowca. Jego wysokość pod wodą sięga, bowiem, kolejnych 150 m. Tym, co wyróżnia Perito Moreno spośród innych formacji naturalnych tego typu, jest fakt, że nie jest on lodowcem górskim, jak np. nowozelandzki Fox Glacier czy znane nam, Europejczykom, lodowce alpejskie. Wbrew pozorom, nie unosi się on także na wodzie, lecz stoi na lądzie, a otaczające go jezioro powstało jako wynik topienia się lodu. Ten ostatni proces odbywa się niemalże na oczach widzów – każdego dnia, lodowiec przesuwa się średnio o 2 m (szczególnie w części centralnej). Po około 500 latach, lód ze szczytu dociera do dolnej krawędzi, gdzie z wielkim hukiem pęka, a bryły różnej wielkości wpadają do wody, ku radości turystów, podziwiających to zjawisko ze specjalnych punktów widokowych. Perito Moreno można także oglądać z pokładu statku (rejs trwa 1h i dociera po południowa ścianę) lub nawet zupełnie z bliska, jeśli zdecydujemy się na mini trekking po bocznej części lodowca (oczywiście pod okiem wyszkolonych przewodników i w odpowiednim sprzęcie). Ci, którzy nad adrenalinę przekładają mocne trunki, za 25-35 pesos mogą skusić się na szklaneczkę whisky z 500-letnim lodem – najprawdopodobniej jedyny taki przypadek, gdy lód jest starszy od najlepszej nawet szkockiej.

Na koniec warto powiedzieć słowo o człowieku, któremu lodowiec zawdzięcza swą nazwę. Francisco Moreno był argentyńskim eksploratorem, urodzonym w 1852, który poświęcił znaczną część swego życia na badanie południa kraju, a następnie współpracy z rządem przy ustalaniu jego granic. Jako wielki patriota, odkrywanym formacjom przyrodniczym nadawał nazwy, takie jak ”Lago Argentino” (Jezioro Argentyńskie), co odegrało później niemałą rolę w czasie konfliktów granicznych z Chile. Efekty działań Pana Moreno widać zresztą gołym okiem, gdy spojrzy się na mapę Patagonii, porównując część należącą do Chile do argentyńskiej. Na ziemi podarowanej przez Państwo, odkrywca założył także pierwszy w Ameryce Łacińskiej Park Narodowy (trzeci na świecie). Pana Moreno tytułowano zwyczajowo pełnym szacunku określeniem „Perito” (hiszp. ekspert, znawca), co utrwaliło się w nazwie lodowca. Co ciekawe, sam badacz do tej części Patagonii nigdy nie dotarł, nie widział też cudu natury, który rozsławił jego nazwisko na całym świecie.







***

Siedząc w El Calafate, patagońskim odpowiedniku Zakopanego, przez dwa dni łamałyśmy sobie głowę, w jaki sposób wydostać się z tego końca świata. Ze względu na koszty i jakość usług, oferowanych przez przewoźników, odpadła od razu opcja przemieszczenia się samolotem. Pozostała nam droga lądowa, a możliwości miałyśmy trzy. Pierwsza zakładała przejechanie do Chile, skąd droga na północ wcale nie jest łatwiejsza niż z Argentyny. Właściwie nie ma jej wcale. Drogi kończą się w chilijskiej części Patagonii szybko, a następnie, przez ponad tysiąc kilometrów, terytorium tego kraju składa się z lodowców i głęboko wrzynających się w zlodowaciały ląd fiordów. Pinochet wpadł swego czasu na obłąkańczy pomysł wybudowania drogi przez Patagonię, ale pomimo utopienia w tym projekcie setek milionów dolarów i poświęcenia kilkunastu żyć ludzkich, słynna Carretera Austral dotarła jedynie do Coyhaique – miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc. Jedynym transportem łączącym chilijską Patagonię z resztą kraju (poza samolotami) są statki towarowe, zabierające również pasażerów. Kosztują więcej niż samolot, choć podobno widoki są tego warte. P była już jednak w chilijskiej Patagonii, która jej zdaniem nie oferuje niczego ponad to, co widzimy tutaj, dlatego zrezygnowałyśmy z tej opcji. Możliwy jest też powrót tą samą trasą, którą tu dojechałyśmy. Oznacza to ponowne dotarcie do atlantyckiego wybrzeża Argentyny i poruszanie się wygodnymi i punktualnymi autobusami po głównej trasie komunikacyjnej kraju, prowadzącej do Buenos Aires, czyli Ruta 3. Alternatywą dla tej mało pociągającej opcji (28 godzin w autobusie na trasie z El Calafate do Bariloche), jest legendarna w Argentynie Ruta 40. Połowa pamiątek i turystycznych gadżetów w południowej Patagonii nosi jej znak. Każdy o niej mówi, ale niewielu ją przejechało.  Cała Ruta 40 ciągnie się, dosłownie, przez całą długość Argentyny i jest jedną z trzech najdłuższych dróg na świecie (obok słynnej Route 66 w Stanach i Stuart Highway w Australii). W większości szutrowy szlak stanowi wyzwanie dla kierowców i samochodów, jednakże widoki, jakie oferuje, są ponoć nieporównywalne z niczym innym. Droga ciągnie się u podnóża Andów i w przeciwieństwie do reszty Patagonii (gdzie jak okiem sięgnąć ciągnie się ”stiep, stiep i susliki”, jak mawiał o Mongolii poznany na Syberii Saszka), biegnie wzdłuż gór, jezior i lodowców. Aby nie było za pięknie, transport publiczny wzdłuż Ruta 40 jest rzadki i niewygodny - stąd nasze rozterki. Popytałyśmy, policzyłyśmy, zaplanowałyśmy i decyzja zapadła – jedziemy do Bariloche „czterdziestką”. Za stare i za „wygodne” jednak jesteśmy, żeby siedzieć w zwykłym autobusie dwie doby (w eleganckim coche cama – autokar z szerokimi, rozkładanymi prawie do poziomu fotelami – jesteśmy w stanie spędzić maksymalnie dobę), takich jednak tu nie uświadczysz, więc jedziemy z przystankami. Najpierw krótki odcinek do El Chaltén, lokalnej mekki trekkerów, wspinaczy i wszelkiej maści miłośników gór (jeśli widzieliście „Krzyk Kamienia” Herzoga, pokazano tam właśnie to miejsce z potężnymi iglicami Cerro Torre i Fitz Roy). Po dwóch dniach jedziemy do miejscowości Perito Moreno (niemającej nic wspólnego z lodowcem, poza nazwiskiem badacza, rzecz jasna). Tam na następny autobus czekamy trzy dni (wyruszają one na trasę co drugi dzień), żeby pokonać nim ostatni odcinek drogi do Bariloche. Czy było warto, doniesiemy stamtąd. Po drodze nie liczymy niestety na internet. El Chaltén jest miejscem popularnym latem, teraz jednak otwarty jest tam jeden hostel. Miasto Perito Moreno położone jest tak daleko od jakichkolwiek głównych szlaków, że nie jest tłumnie odwiedzane żadną porą roku. Właściciel jedynego działającego hotelu próbował nas przez telefon przekonać, że nie mamy innego wyjścia jak zapłacić 65 USD za pokój. Jest to typowe oszustwo, ponieważ przez agencję w El Calafate, za 17 USD od osoby można zarezerwować miejsce w dormie, w tym samym przybytku. Niestety, ze względu na patagońskie ceny (o czym doniesiemy jeszcze szczegółowo) i praktyki monopolistyczne dużych firm autokarowych w El Chaltén i Perito Moreno (rezerwują one 100% miejsc w salach sypialnych w małych miejscowościach), jesteśmy zmuszone przenieść się na następny tydzień do dormów. Pocieszamy się jednak tym, że ruch na trasie jest tak mały, że być może będą one pustawe. Jedziemy jednak w nadziei na spektakularne widowisko. Wrażenie opiszemy zapewne w Bariloche (które jest Zakopanym do potęgi, choć pewnie bliżej mu do Davos ;-)

Legendarny znak - Ruta 40
W drodze przez Patagonię trafiłyśmy do miejsca, gdzie pewien gaucho opiekował się porzuconymi zwierzakami, pomocnica J zaangażowana została do karmienia koziołka, podczas gdy...
właściciel karmił guanaco
Efekt Bambi - nie można odmówić pomocy komuś o takim spojrzeniu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz