niedziela, 24 lipca 2011

Nieudany Rehab :-(



Nasz blog jest dziennikiem naszej podróży i z zasady nie komentujemy bieżących wydarzeń, ale dzisiejszy dzień jest szczególny. Głęboko poruszona śmiercią Amy, wznoszę dziś toast za jej pamięć i słucham jej niezwykłego głosu. Wypijmy dziś za dziewczynę, która już za życia stała się legendą i niestety nie dała sobie z tym rady.

P.

sobota, 23 lipca 2011

Z Nikaragui do honduraskiego Copan



Nasz krótki pobyt w Nikaragui zakończył się bardzo zabawną (z perspektywy czasu) sytuacją, którą można krótko podsumować stwierdzeniem, że znajomość hiszpańskiego nie jest kluczem do dogadania się z kimkolwiek w Ameryce Łacińskiej. W Granadzie, udało nam się w końcu dotrzeć do przedstawiciela Tica Bus (weekendy są tu święte, nikt nie pracuje poza ulicznymi sprzedawcami i restauracjami) - firmy, która oferuje transport autokarowy na trasie z Panama City do Meksyku. Nie jest to żaden luksus, ale mimo wszystko, jakość autobusów Tica jest lepsza niż lokalnych chicken busów. Dowiedziałyśmy się tam, że z León możemy wydostać się bezpośrednio do Hondurasu. W dodatku, jeśli zechcemy spędzić w autobusie kilkanaście godzin, możemy uniknąć noclegu w Tegucigalpie i przenocować w San Pedro Sula (trochę w stylu „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, bo San Pedro Sula jest siedzibą większości honduraskich gangów i miastem z najwyższym odsetkiem morderstw w kraju, niemniej położone jest dużo bliżej Copán i granicy z Gwatemalą). Kupiłyśmy więc bilety. Koleś napisał nam na karteczce, gdzie mamy złapać autobus, który przez León będzie tylko przejeżdżał. Instrukcja brzmiała:7 hrs, Shell San Benito, 100 mts sur (metrów na południe) hotel Sherly Barby Club. Gdy dotarłyśmy do León, nie zdziwiło nas szczególnie, że hotelu Sherly nie ma na żadnych mapach ani w przewodnikach, ponieważ jego nazwa zdecydowanie wskazywała na lokalny burdel. Aby o świcie nie ryzykować tym, że stojąc w złym miejscu, przegapimy autobus, zapytałyśmy o lokalizację przystanku ludzi z naszego hostelu. León jest małym miasteczkiem, trudno więc wyobrazić sobie, żeby nie wiedzieli oni, gdzie może być stacja benzynowa Shell, położona w pobliżu hotelu o tak specyficznej nazwie. Naszym pytaniem wywołałyśmy jednak totalny popłoch. Naradzano się długo, w końcu, po paru telefonach, dowiedziałyśmy się, że autobus przejeżdżać będzie o 6-ej przez Bahía (zatoka) w stronę Hondurasu. Próbowałyśmy wysondować, czy jest to to samo miejsce czy dwa kompletnie różne. Usłyszałyśmy, że w sumie jakby to samo, ale… trochę inne. Zrezygnowane, złapałyśmy o świcie taksówkę, podając wszystkie namiary - kierowca wiedział na szczęście, dokąd chcemy jechać. Co się okazało? Bahía była zwykłą zatoczką dla autobusów, położoną pomiędzy oddaloną o kilkadziesiąt metrów stacją benzynową „Uno” (która kiedyś nazywała się „Shell”) i wspomnianym hotelem, który znajduje się dobry kilometr dalej i nazywa się... „Charlie Barbeque”.

Czasu zostało nam mało, stanęłyśmy więc przed koniecznością dokonania pewnych wyborów. Zrezygnowałyśmy całkowicie z odwiedzenia Salwadoru, a przez Honduras dosłownie przemknęłyśmy. Tego akurat nam żal, ponieważ wszystkie znaki na niebie i ziemi (czyli widoki zza szyby autobusu) wskazują na to, że Honduras mógłby okazać się najciekawszym krajem ze wszystkich dotychczas odwiedzonych w Ameryce Środkowej. Zostawimy go jednak na inną podróż (może Belize - Honduras - Salwador?). W trakcie obecnej, po spędzeniu nocy w San Pedro Sula, uciekłyśmy do malutkiego i niesłychanie uroczego miasteczka Copán Ruinas, położonego zaledwie 10 km od granicy z Gwatemalą. To właśnie tutaj mieszczą się pierwsze na naszej trasie ruiny jednego z głównych miast imperium Majów – Copán. Przed nami Tikal w Gwatemali i kilka miejsc na Jukatanie. Po ich odwiedzeniu z pewnością napiszemy, które (naszym zdaniem) jest najciekawsze i najbardziej imponujące.

Ruiny otoczone są przez dżunglę, która sprawiła nam dwie niespodzianki. Pierwszą, bardzo przyjemną, były duże stada bajecznie kolorowych papug ara latających pomiędzy drzewami. Wśród nich było jedno „maleństwo” (z którego dziobem jednak nikt nie chciałby mieć do czynienia), zmieniające właśnie pisklęcy puch na kolorowe pióra. Maluch nie umiał jeszcze latać, co wzbudzało rozczulenie i rozbudzenie instynktów opiekuńczych u każdej przechodzącej kobiety (pani sprawdzająca bilety przy wejściu, na widok papugi, która po nieudanej próbie lotu wylądowała na ziemi, aby następnie wdrapać się na parkan, krzyknęła: „uważaj, bo spadniesz:-). Papugi nas zachwycają, nawet P, która nie należy do szczególnych wielbicielek ptaków. Druga niespodzianka miała charakter nauczki, jaką las deszczowy dał P, która doskonale powinna wiedzieć, żeby raczej nie łapać się za nieznane rośliny, ponieważ mogą kłuć lub nawet truć. Na widok spadających z drzewa, dziwacznych owoców, przypominających ogromne łupiny orzecha, chwyciła jeden z nich tylko po to, aby przez następne kilkanaście minut wyciągać z dłoni pęsetą dziesiątki miniaturowych igieł (ilustracja, ku przestrodze, poniżej :-).

Dorosła papuga
Opierzające się maleństwo po wdrapaniu się na parkan
Z wyglądu niewinna łupina...
\
i jej wnętrze.
A na koniec kilka zdjęć ruin z Copán, które słyną przede wszystkim z niezwykle bogatych rzeźb:






niedziela, 17 lipca 2011

Deszczową porą

Jezioro Nikaragua
Strasznie nam ostatnio siadło morale, właściwie po raz pierwszy aż tak bardzo od czasu wyjazdu. Dokładnie za miesiąc wylatujemy z Meksyku do Nowego Jorku (pobytu w tym mieście nie traktujemy jako integralnej części naszej podróży, raczej jako krótki przystanek w drodze do domu) i te ostatnie tygodnie właśnie nie zapowiadają się póki co za dobrze. Patrząc na ostatnie dni, może być wręcz paskudnie. Po pierwsze, mamy kompletnie dosyć lejącego się z nieba deszczu, mokrych butów, ciuchów i plecaków oraz nieschnącego, gnijącego prania. To wszystko byłoby jeszcze do zniesienia, gdyby nie uniemożliwiało oglądania miejsc, w których jesteśmy. Niestety, tak się właśnie dzieje. Nic nie widać, żadna wycieczka nie ma sensu, bo pada etc. Gdy dotrzemy do rejonów, w których są ruiny cywilizacji Majów, będzie może trochę lepiej - kamienie zawsze wyglądają dobrze w deszczu - ale to dopiero na pograniczu Hondurasu z Gwatemalą. Na razie jesteśmy w Nikaragui, która jest niewątpliwie ciekawym krajem, ludzie są sympatyczni, a wyspa Ometepe, na której spędziłyśmy dwa dni, na pewno jest piękna. Szkoda tylko, że dwa tworzące ją wulkany mogłyśmy podziwiać wyłącznie na zdjęciach w internecie. W rzeczywistości widziałyśmy niewiele, wyspa była cały czas zasnuta chmurami. Nasza rada dla przyszłych turystów – za żadne skarby świata nie przyjeżdżajcie do Ameryki Środkowej w trakcie pory deszczowej. W wielu miejscach na świecie oznacza ona silne burze nadchodzące popołudniami po słonecznych przedpołudniach, nocne deszcze czy dzień opadów, po którym następuje kilka słonecznych. Tu jednak leje dosłownie non stop. Da się podróżować w trakcie pory deszczowej po Azji, nijak jednak po Ameryce Środkowej. Szkoda pieniędzy na bilet. 

Wyspa Ometepe

Makieta wyspy, która składa się właściwie wyłącznie z dwóch stożków

Prom pod wezwaniem Che Guevary
Gustaw i tancerki ozdobą festynu, niestety nie dane nam będzie doświadczyć tego widowiska
Nowa jakość - nasz kurek od prysznica
Drugim powodem spadku naszego morale było niemiłe spotkanie w San José (dawno temu napisałyśmy o Wientanie w Laosie, że nie ma nic do zaoferowania turystom. Odwołujemy. W porównaniu z San José, Wientan jest Paryżem. Jedynym plusem kostarykańskiej stolicy są jej mieszkańcy, dużo milsi niż ich krajanie z turystycznych plażowisk). W naszym nieźle wyglądającym i mającym niezłe internetowe oceny hostelu, dosłownie zjadły nas pluskwy. Tym, którzy nigdy nie mieli z nimi do czynienia (dzięki Bogu!), możemy jedynie powiedzieć, że ugryzienie pluskwy jest najbardziej swędzącą rzeczą na świecie, z którą żadne, najgorsze nawet, stado komarów nie może się równać. A my zostałyśmy dosłownie przez nie zmasakrowane. Twarz J wygląda jakby cierpiała ona na połączenie ospy z różyczką, obydwie mamy setki ukąszeń od stóp do głów – naszych zdjęć raczej przez jakiś czas nie ujrzycie. Pluskwy są częstym problemem w tanich hostelach, niemniej jakimś cudem udało się nam dotychczas ich uniknąć (no, może raz jakaś nas ugryzła, ale chyba była w łóżku w pojedynkę). Cierpimy strasznie i każdy nowy hostel witamy podejrzliwie. Przy okazji, szukając w internecie wszystkiego, co napisano o pluskwach dowiedziałyśmy się, ku naszemu ogromnemu zdumieniu, że są one wręcz powszechnym problemem w Wielkiej Brytanii. Fora internetowe aż huczą od dyskusji osób wynajmujących mieszkania na wyspach, walczących z pluskwami zalegającymi w ich łóżkach.

Trzecim powodem są kłopoty transportowe. Chcemy uciec jak najdalej na północ, licząc na poprawę pogody (co może okazać się złudne). Przez Panamę i Kostarykę podróżuje się niemalże jak przez Niemcy. Autobusy jeżdżą według rozkładu, są punktualne i właściwie z każdego miejsca można dostać się w dowolny punkt kraju. Po przekroczeniu granicy z Nikaraguą wkroczyłyśmy w inny świat. Nikaragua jest krajem nieporównywalnie, drastycznie wręcz biedniejszym od swoich południowo – wschodnich sąsiadów. Widać to po ludziach, wioskach, sklepach. Także po jakości transportu. Królują tu tzw. chicken busy, stare autobusy szkolne z USA, służące w Ameryce Środkowej za podstawowy środek transportu. Jeżdżą z prędkością 20 km na godzinę, zatrzymują się co 100 metrów, a pokonanie 200-kilometrowego odcinka zajmuje im prawie cały dzień. Nikaragua, która powitała turystów niedawno, nie wypracowała sobie jeszcze usług nakierowanych na bogatych cudzoziemców, jak np. busików dowożących białasów dokąd tylko chcą za cenę co najmniej 10-krotnie przebijającą cenę zwykłego autobusu. W tej sytuacji nie ma mowy o jakimkolwiek szybkim przemieszczaniu się w stronę Gwatemali i Meksyku. W dodatku, zmuszone będziemy odwiedzić dwa miasta, które na liście najniebezpieczniejszych miast obydwu Ameryk zajmują wysokie pozycje – Managuę i Tegucigalpę. W tej drugiej zapewne będziemy też musiały nocować. Zapewne włos nam z głowy nie spadnie, ale jednak wolałybyśmy uniknąć tych wizyt. Nieustraszeni zazwyczaj autorzy przewodników Lonely Planet piszą - „nie jedź tam, jeśli nie musisz”. My niestety musimy, innej drogi nie ma.

W tym wszystkim udało nam się objechać na rowerze kawałek wyspy Ometepe i zobaczyć Granadę. Ta pierwsza jest fenomenem. Opisywana jest jako wyspa wulkaniczna, choć de facto są to raczej dwa wulkany połączone malutkim paskiem lądu. Na ich zboczach toczy się życie kilkunastu malutkich wiosek. Przyroda jest oszałamiająca, na wulkany można się wspinać (jeśli ktoś lubi taplać się w błocie, może spróbować nawet teraz. Niewielu chyba jednak jest odważnych, ponieważ poznane Szwajcarki nie mogły zebrać grupy chętnych przekraczającej 2 osoby). Granada natomiast to pierwsze kolonialne miasto w Ameryce Środkowej na drodze z Panamy. Ładne, choć niezachwycające. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za 3 – 4 dni powinnyśmy dotrzeć do pierwszych na tej trasie ruin cywilizacji Majów i liczymy, że to nas wreszcie zachwyci, nawet jeśli woda będzie nam chlupać w butach. 

Ruiny szpitala w Granadzie, nie ustaliłyśmy czy wybudowano już nowy :-)






Czy Rydzyk kupił jakiś zagraniczny format?  Hasło "Katolicki głos w Twoim domu" brzmi znajomo.

środa, 13 lipca 2011

Na żółwiowisku


Miałyśmy określone plany, odnośnie tego, co chcemy zrobić i zobaczyć w Kostaryce. Wypełnione zostały w 33% i… więcej nie będzie. Wulkan Arenal omijamy szerokim łukiem, ponieważ zapewne i tak byśmy go nie zobaczyły - jest pochmurno i codziennie pada. W zamian jedziemy do stóp dwóch innych wulkanów w Nikaragui, które zapewne też skryte będą w chmurach. Taki klimat. Poza tym zaliczyłyśmy wpadkę - w sprawie nurkowania P dała ciała na całej linii. Żyła w przekonaniu, że Kostaryka jest nurkowym rajem. Okazało się jednak, że na wybrzeżu karaibskim, rafa jest bardzo płytka – znajduje się na głębokości od 1,5 do 3 metrów. Nurkowanie tam nie ma sensu. Podobno lepiej jest na wybrzeżu Pacyfiku, ale i tak o żadnym ajwaj nie ma mowy (P: pocieszam się tym, że z dyskusji na forach internetowych wygląda, że nie ja jedna żyłam w błędzie). W sumie jest to dosyć szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ w 35-stopniowym upale, P dorobiła się obustronnego zapalenia uszu. Antybiotyk, wata, silny ból i wizyta w klinice w wiosce, w której mieszka z 500 osób. Oby mieszkańcy małych miasteczek w Polsce mieli takie przychodnie! W dodatku, wizyta i zastrzyk okazały się darmowe – ewenement w skali światowej. Rozumiemy powody, dla których państwo finansuje darmową służbę zdrowia dla mieszkańców, ale dla turystów?

W Kostaryce podoba nam się średnio (o czym poniżej) i raczej opuścimy ją bez żalu. Odnosi się to jednak do kontaktów z ludźmi i naszej percepcji popularnych, turystyczno - plażowych miasteczek i stolicy. Poza tym trzeba przyznać, że Kostaryka to absolutnie przyrodniczy raj. W ciągu trzech dni widziałyśmy większą liczbę dzikich zwierząt, niż podczas całej naszej podróży. W dodatku, większość z nich niejako przypadkiem – w trakcie spaceru lub podróży łodzią. Wisienką na torcie tej przyrodniczej orgii była realizacja jednego z naszych planów. Wybrałyśmy się w długą i męczącą podróż do Tortuguero – malutkiej wioski nad Morzem Karaibskim, dostępnej jedynie drogą wodną. Słowo to oznacza tyle, co „miejsce żółwi”, a zatem - w naszym przekładzie – jest to „żółwiowisko”. Między czerwcem i wrześniem można tam zobaczyć niepowtarzalny spektakl. Ogromne żółwice morskie wychodzą nocą na plażę, aby złożyć jaja. Szanse na zobaczenie żółwia są trudne do oszacowania i jechałyśmy do Tortuguero martwiąc się, czy dane nam będzie zobaczyć fascynujący proces składania jaj. Nie chciałyśmy jednak żywić potem pretensji do samych siebie o to, że nie spróbowałyśmy, rezygnując z wyprawy. Na szczęście, żółwie zielone, bo o nich mowa, ze swojej szansy skorzystały. W czasie nocnej wycieczki, widziałyśmy żółwicę składającą jaja, które następnie pieczołowite zakopywała. Chwilę wcześniej, obserwowałyśmy (z bardzo daleka i po ciemku) jedną wracającą już do wody po zakończonym procesie rozmnażania. Wrażenia są magiczne i trudne do opisania. W ciągu około godziny, żółwica składa setkę jaj i można wtedy do niej podejść. Zakopuje je przez następne 45 minut, a potem zaczyna pełzać w stronę morza. Wraca po dwóch tygodniach i składa kolejne sto jaj. Po 60 dniach, wykluwają się małe, które najpierw muszą wydostać się spod ok. 60-centymetrowej warstwy piasku, a następnie dotrzeć do morza. Po drodze trzeba jeszcze uciec drapieżnikom. Zaledwie jeden żółwik na tysiąc dożywa dorosłości, tak więc z jaj złożonych przez „naszą” żółwicę, statystycznie żaden nie dorośnie, a i nieliczne dotrą do morza. Nie dziwi zatem, że żółwie zielone są gatunkiem zagrożonym. Nie mamy niestety żadnych zdjęć, ponieważ fotografowanie tych zwierząt jest surowo wzbronione. Na plaży nie wolno również używać żadnych źródeł światła, nawet podświetlać tarczy zegarka. Światło nie przeszkadza samej samicy składającej jaja, ale może odstraszyć te wychodzące z morza i wracające do wody. Cały proces podglądania żółwi jest dobrze zorganizowany. Koszt jest odgórnie ustalony i wynosi 20$ (z czego 5$ przekazywane jest na ochronę tych zwierząt, co potwierdza specjalna naklejka, która rozdają przewodnicy – mamy nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy kupienie biletu bez niej). Następnie grupom (max 12 osób) przyznawane są godzina wejścia i sektory plaży. W sumie jest ich 5, z czego 2 na terenie parku narodowego (wejście płatne dodatkowo 10$). Wyprawy odbywają się w dwóch dwugodzinnych turach - o 20-tej i 22-iej. Po tym, jak grupy dotrą do plaży, zatrzymują się, a przewodnicy komunikują się z przebywającymi na niej tropicielami, którzy wskazują im, gdzie są zwierzęta. Dzięki temu systemowi, turyści nie szwendają się po piasku, odstraszając przybywające żółwie i zagrażając jajom.

Ślady żółwicy na plaży w Tortuguero

***

Wracając jednak do Kostaryki - czemu nas rozczarowała? Przejazd w to miejsce z Panamy, pod pewnymi względami, kojarzył nam się z opuszczaniem Kambodży i wjazdem do Tajlandii. Wyjeżdżamy z ciekawszego kraju, pełnego miłych, radosnych i wyluzowanych ludzi i wjeżdżamy do miejsca dużo mniej interesującego turystycznie, którego mieszkańcy są zblazowani, niezbyt wylewni, a niektórzy wręcz aroganccy (operując dużym poziomem uogólnienia, rzecz jasna). Kostarykańczycy, podobnie jak Tajowie, od lat żyją z masowej turystyki i tak jak oni, są tym napływem turystów znudzeni i zepsuci. Widać to głównie w codziennych kontaktach, gdy pytanie o godzinę odjazdu autobusu czy produkt w sklepie spotyka się z odpowiedzią „sprawdź sobie w rozkładzie jazdy/ gdzieś na półce” etc. Irytujące to i męczące. Nie oczekujemy, że będziemy dopieszczane z tego powodu, że jesteśmy turystkami, ale zdecydowanie milej obcuje się z ludźmi, którzy się uśmiechają. Poza tym karaibskie wybrzeże Kostaryki jest bardzo rozczarowujące. Miasteczka są nieciekawe i zapyziałe, a plaże paskudne i brudne. Byłyśmy już w Puerto Viejo i Cahuita i oba te miejsca nas nie uwiodły (szczególnie po wizycie w Bocas del Toro). San José to odrębna kategoria, ale też i nie liczyłyśmy na wiele, przyjeżdżając do tego miasta. Kostaryka w porze deszczowej to miejsce dla wielbicieli zwierząt, roślin i raczej nie ma do zaoferowania dużo więcej. Mogłybyśmy spędzić tu więcej czasu, zobaczyć centrum kraju, wybrzeże Pacyfiku i spróbować przekonać się, że to jednak fajne miejsce etc, ale chyba wolimy sprawdzić, co słychać w Nikaragui

Plaża w Puerto Viejo z daleka....
i z bliska - tak niestety zaśmiecone są tu wszystkie plaże.
Jedno trzeba przyznać, flora i fauna tego kraju są absolutnie wspaniałe, poniżej zdjęcia z naszych foto – polowań (większość wykonana została podczas kilkugodzinnego rejsu przez kanały na trasie Puerto Limón – Tortuguero, część w parku narodowym Punta Cahuita).

Szop w trakcie spaceru po plaży
Mały Wyjec
Spider monkey - po polsku podobno Ateles
Te dwie kulki na drzewie wyglądały z daleka jak narośla lub gniazda i już miałyśmy je ominąć, gdy naszą uwagę przykuły pazurki...
trójpalczastego leniwca
Kapucynka
Warzęcha różowa - słabo widać, ale ptaki te mają długi, płaski, półkoliście zakończony dziób 
Coś dla wielbicieli insektów
Tukan tęczodzioby
Krokodyl
A na koniec P w trakcie naszych przyrodniczych wycieczek, zaopatrzona w tablice do rozpoznawania lokalnej fauny

niedziela, 10 lipca 2011

Republiki bananowe

Plantacja bananów Chiquita
Przejazd z Panamy do Kostaryki miał być szybki, łatwy i przyjemny. Okazał się jednak drogą przez piekło. Na Bocas del Toro można nawet kupić bilet na tzw. shuttle, czyli busik, który bez przesiadek i postojów, wozi turystów między panamskim archipelagiem a Puerto Viejo w Kostaryce. Kosztuje on 25-28 USD, podczas gdy samodzielnie zorganizowana podróż ok. 7-9 USD. Zrezygnowałyśmy więc z niego i do dziś jesteśmy wdzięczne własnej oszczędności.

Na łódce z Bocas spotkałyśmy kolesia – bajeranta. Poznałyśmy go wcześniej w Almirante, namawiał nas na skorzystanie z „jego” taksówki wodnej, co zresztą zrobiłyśmy, ponieważ była najtańsza. Bardzo się ucieszył na nasz widok i - chcąc zrobić nam przyjemność, pokazując, że pamięta skąd jesteśmy - wykrzyknął, błyskając złotym zębem: „Belize!”. Szybko zorientował się jednak, że na mieszkanki Belize nijak nie wyglądamy (absolutna większość Belizeńczyków jest czarna jak smoła, pozostała mniejszość mocno czekoladowa). Próbował więc dalej, stanęło na Bolonii. Całkiem nieźle. Spotkanie z nim miało jedna nie tylko wydźwięk towarzyski. Gdy dowiedział się, dokąd się wybieramy, poinformował nas, że granica jest zamknięta. Tu krótka dygresja – Panamczycy to niesłychanie mili, sympatyczni i pomocni ludzie. Zawsze chcą pomóc turyście, czasami niestety nawet wtedy, gdy nie wiedzą jak :-). Stąd milion nieporozumień, niewynikających ani ze złej woli, ani z chęci naciągnięcia gringo, tylko ze zwykłej niewiedzy, połączonej z chęcią przekazania jakiejkolwiek informacji. W dniu, w którym opuszczałyśmy Panamę, zetknęłyśmy się z dziesiątkami takich zachowań i naprawdę każdy chciał dobrze, poza taksówkarzami, którzy są w stanie wcisnąć każde kłamstwo, aby tylko turysta zapłacił majątek za kurs, którego nie potrzebuje. Wracając jednak do naszego bajerującego Panamczyka. Gdy J zaczęła wypytywać go o tę zamkniętą granicę, wyjaśniło się, że samo przejście graniczne działa, ale nie da się do niego dojechać (powtórka z Peru, zaledwie w maju przechodziłyśmy przez ten sam scenariusz). Dlaczego? Bo trwają protesty. Jakie? Nie wiadomo, ale drogi są zablokowane. Wszystkie? Chyba tak. Na całej długości? Nie, tylko most, trzeba przejść na piechotę i potem jeszcze kawałek. Jak długi? Aaaaa, tego to nikt nie wie.

Po wyjściu z portu, opędziłyśmy się od cwaniaków, twierdzących, że tylko z nimi możemy dojechać do Changuinoli (za 5 USD od osoby). Autobusy, które ich zdaniem nie jeździły, za jedyne 1,45 USD dowiozły nas dokładnie w to samo miejsce, gdzie docierają busy naganiaczy - blokady są bardzo demokratyczne i dotykają wszystkich. Przed Changuinolą znajdował się rzeczony most, zablokowany przez protestujących. Autobus stanął i oznajmiono, że to koniec trasy. Kierowca zapewnił nas, że po drugiej stronie będą czekać autobusy. Nie czekały. Byli za to taksówkarze, którzy opowiadali nam, że albo skorzystamy z ich usług, albo w ogóle nie dojedziemy do granicy. Była nas szóstka - dwie Niemki, para Amerykanów i my. Postawiliśmy się taksówkarzom i z blisko 20-kilogramowymi plecakami ruszyliśmy w 35-stopniowym upale przed siebie. Po drodze pytałyśmy każdego napotkanego mieszkańca Changuinoli o protesty, blokady i autobusy do granicy. Raz słyszeliśmy, że cała droga jest zablokowana, innym razem, że tylko jej kawałek. Autobusy do granicy jeżdżą. Autobusy nie jeżdżą. Powinnyśmy wziąć taksówkę lub nie powinnyśmy jej brać, bo i tak blokada nas zatrzyma (druga rada okazała się prawidłowa). Do dworca jest pół godziny, godzina lub trzy godziny drogi. Do granicy jest dzień drogi albo jedyne kilka godzin. Uściślając – samochodem jest godzina, autobusem kilka godzin. Przewodnik Lonely Planet mówił, że samochodem 15 minut, autobusem 30 minut drogi. Jak się później okazało, LP było najbliższe prawdy. Na razie jednak dotarliśmy do kolejnej blokady, gdzie dowiedzieliśmy się, że do dworca jest co najmniej pół godziny na piechotę. Nikt z nas nie miał na to siły. Mały spacerek w tym upale i przy tym obciążeniu urastał do nadludzkiego wysiłku. Zatrzymała się przy nas przejeżdżająca na rowerze Europejka, która potwierdziła, że do granicy nie dotrzemy. Zrezygnowani i wycieńczeni upałem usiedliśmy pod sklepem. Niemki kupiły sobie lody, nam nie chciało się nawet wejść do środka. Filtrując te sprzeczne informacje, dochodziliśmy powoli do wniosku, że musimy wracać do David (ok. 5-6 h drogi) i stamtąd możemy Interamericaną przedostać się do San José. Perspektywa, która każdego z nas wprawiała w rozpacz. Jako jedyne osoby posługujące się hiszpańskim, zostałyśmy wydelegowane, aby pogadać z protestującymi, licząc na to, że okażą trochę wyrozumiałości dla spoconych białasów. Chcieliśmy uzyskać rzetelną informację o sytuacji w mieście. Czekając na audiencję, usłyszałyśmy „Towarzysze, minęła dwunasta, Spełniliśmy nasz obowiązek - kończymy protest”. Potwierdziłyśmy tę informację jeszcze u kilku panów, których koszulki i czapeczki świadczyły o tym, że są organizatorami strajku. Rzeczywiście blokada się kończyła, trzeba było jeszcze tylko usunąć z drogi drewno i żelastwo blokujące przejazd. Za chwilę ruszył transport, a my, po 10 minutach, byliśmy na dworcu. Tam okazało się, że autobusy do granicy jeżdżą i jeździły cały czas, ponieważ manifestacje nie obejmowały tej części miasta. Uszczęśliwieni, napojeni zimną colą i najedzeni chipsami (jedyny lunch dostępny na dworcu w Chianguinola), ruszyliśmy do granicy, przekonani, że to koniec naszych problemów.

Na miejscu kłębił się już dziki tłum ludzi. Panamczycy wymyślili coś, na co nie wpadły służby graniczne w żadnym innym miejscu na świecie – wjeżdżających i wyjeżdżających z kraju obsługuje się w tym samym okienku, w którym siedzi jeden urzędnik. Ten z kolei częściej rozmawia przez telefon, je lunch i wychodzi do toalety, niż stempluje paszporty. Wokół kręci się 25 innych pracowników, ale żaden nie ulży cierpieniu kolegi i podróżnych. Kolejka ciągnie się przez most, nad którym nie ma żadnej osłony, czyli wszyscy stoją w słońcu. Temperatura w cieniu wynosi z 35 stopni. Panamczycy i Kostarykańczycy klną, kupują kapelusze w okolicznych sklepach i pomimo tego są bliscy omdlenia. Białasy już się nie odzywają, bo brak im sił. W dodatku, gdy wymęczeni turyści docierają wreszcie do okienka, wspomniany urzędnik robi sceny i wymaga od wjeżdżających do Panamy biletów wyjazdowych, których 90% nie ma (podobnie jak my, lądując w Panama City). Zaraz za granicą stoi jednak budka lokalnego towarzystwa przewozowego, w której można kupić przejazd do San José, którego nikt nigdy nie wykorzysta. Urzędnik na pewno jednak dostanie swoją dolę i o to w tym wszystkim chodzi. Odsyłani ludzie ustawiają się w kolejnej kolejce, tym razem po bilety. Potem wracają na granicę. Armagedon. Gdy po blisko dwóch godzinach, mając pierwsze oznaki udaru słonecznego, dostałyśmy upragniony stempel wyjazdowy z Panamy, przekroczyłyśmy most, spodziewając się kolejnych scen, czekania i kłótni o bilety wyjazdowe z Kostaryki, których oczywiście nie mamy. Dotarłyśmy jednak do znudzonego urzędnika jako trzecie w kolejce (gdzie się podziały te dziesiątku ludzi, którzy stali przed nami?), wypełniłyśmy karteczkę wjazdową, dostałyśmy stempel, urzędnik nie otworzył do nas ust i... tyle. Wszystko to trwało 10 minut, a półtorej godziny później byłyśmy już w Puerto Viejo.

Po godzinie stania dotarłyśmy pod zbawienny daszek
Po opuszczeniu Panamy, w drodze do Kostaryki
To, co nie dawało nam jednak spokoju to kwestia protestów. Czego dotyczyły? Pytałyśmy o to po drodze. Podobnie jak z informacją o autobusach, tu również uzyskałyśmy sprzeczne dane. P udało się jednak zdobyć gazetkę strajkową, a resztę wyczytałyśmy w internecie. Pogranicze Panamy i Kostaryki to jedna wielka plantacja bananów, w dodatku tych najsłynniejszych – Chiquita. W każdej rodzinie jest przynajmniej jedna osoba pracująca w przemyśle bananowym. W malutkim Almirante jest równie niewielki port, do którego zawijają jednak gigantyczne kontenerowce, na które dzień i noc ładowane są kontenery z żółto - niebieskim znaczkiem. Potężny biznes oznacza równie silne związki zawodowe. W skrócie, rok temu, związkowcy zorganizowali protesty i blokady przeciwko zmianom ograniczającym prawa związkowe i pracownicze. Jak to w krajach latynoskich bywa, protesty takie mogą skończyć się po godzinie, gdy wszyscy idą na imprezę, albo przerodzić się w krwawą jatkę. Tak właśnie stało się w Panamie rok temu. W starciach z policją zginęło 6 osób, rannych zostało 141. Kwestionowane zmiany w prawie nie weszły w życie, ale rodziny ofiar nigdy nie otrzymały żadnej rekompensaty za śmierć bliskich. Obecne żądania protestujących dotyczą właśnie odszkodowań za śmierć związkowców rok temu.

piątek, 8 lipca 2011

Na plaży fajnie jest ;-)


Po rozczarowującym początku podróży po Panamie (z David udałyśmy się jeszcze do Boquete, o którym mówi się, że jest perełką, podczas gdy de facto nie jest niczym innym, jak gigantycznym i mało interesującym osiedlem amerykańskich emerytów), w końcu dotarłyśmy do miejsca, które naprawdę nam się podoba. Z jednej strony trudno się dziwić, ponieważ karaibskie wybrzeże, na którym obecnie się znajdujemy, większość ludzi uznałaby zapewne za raj na ziemi. Z drugiej strony jednak, jako że marne z nas plażowiczki, jesteśmy bardzo wybredne jeśli chodzi o widoki (J ma w głowie dokładny obraz swojej „plaży idealnej”) i nie tak łatwo nas zachwycić. Pierwszego dnia zachowywałyśmy się wręcz jak dwie marudy, którym przeszkadza kąt padania promieni słonecznych. Szczególnie, że słońce świeci jak wściekłe (przy dużej wilgotności powietrza), a nasza tolerancja na nie jest bardzo niska. Drugiego dnia doszłyśmy do porozumienia z miejscową aurą (może dlatego, że mocno się zachmurzyło na cały dzień), a trzeciego odbyłyśmy wspaniałą wycieczkę, która na dobre przekonała nas do panamskiego archipelagu Bocas del Toro, bo o nim właśnie mowa. 




Bocas jest jedną z największych atrakcji turystycznych Panamy. W odróżnieniu od sąsiedniej Kostaryki jednak, kraj ten nie jest jeszcze skolonizowany przez amerykańskich turystów (z wyjątkiem Boquete) i dzięki temu w jedynym miasteczku na wyspach nie ma ani McDonald’sa, ani wielkich hoteli. Jest tu za to dużo karaibsko – antylskiego uroku i luzu. Są też okoliczne wyspy, w większości niezamieszkałe, rafa koralowa, delfiny, małpy, kolibry, rozgwiazdy, płaszczki i motyle większe od dłoni. O plażach nie wspominając. Te ostatnie jednak położone są albo na bezludnych wyspach, albo daleko od miasteczka. To minus, który staje się plusem, gdy pomyśli się o tym, że powstrzymuje masowy napływ turystów. J, która na plaży wytrzymuje max pół godziny i to jedynie pod warunkiem, że może siedzieć w morzu, rozpoczęła w Panamie poszukiwanie swojej plaży idealnej. Na liście pretendentek niezmiennie przoduje malutka plaża w zapomnianym miasteczku na Bali, choć łacha piasku na malutkiej Cayo Zapatillas no 1 spełniała absolutnie wszystkie wymogi poza brakiem palm, schodzących do samej wody (tych akurat dostatek na Boca del Drago). Poszukiwania zatem wciąż trwają. P, która zrezygnowała z nurkowania, ponieważ wody są tu mało przejrzyste, a wycieczka na okoliczne wyspy ze snorkellingiem dla nas dwóch kosztowała tyle, co dwa nurki, jest natomiast uszczęśliwiona dzisiejszym widokiem delfinów i bardzo ładnym snorklowaniem na najdziwniejszej rafie, jaką widziała – piękny kolorowy koral otoczony jest trawiastą, podwodną łąką. Przed P nowe zadanie życiowe – zaopatrzyć się w aparat do zdjęć podwodnych i nauczyć się je robić. Ale to już plany na następne podróże :-)







Zostałybyśmy tu dłużej, ale zaczynamy liczyć czas. Chcemy pojeździć trochę po w Gwatemali i zobaczyć kawałek Meksyku (wylatujemy z Cancun). Jutro jedziemy więc do Kostaryki, którą potraktujemy trochę po macoszemu, jako że jest droga i bardzo turystyczna. Mamy trzy potencjalne punkty na liście – nurkowanie dla P, żółwice składające jaja i wulkan Arenal. Ile z tego wszystkiego uda nam się zrealizować, dowiemy się wkrótce i doniesiemy na blogu :-)