niedziela, 17 kwietnia 2011

Natrętna "bylejakość"

Spotkanie z Chile było bolesne. Z wymuskanego Bariloche dotarłyśmy do Puerto Montt - miasta tak brzydkiego i nieciekawego, że nawet gdyby nie padało tu 24h na dobę i nie zacinał grad, nie można by znaleźć w nim jednego miłego miejsca. Kręcąc się w okolicach dworca i szukając hotelu, nie odniosłyśmy bynajmniej wrażenia, że oto przekroczyłyśmy właśnie granicę dwóch najbardziej rozwiniętych krajów Ameryki Południowej. Wyglądało to raczej jakbyśmy przeniosły się do Polski lat 80-tych - podobna estetyka brudnych bazarów i budek z hot-dogami. Mijane hotele sprawiały wrażenie, że zajmują się głównie wynajmowaniem pokoi na godziny. Ten, do którego w końcu zapukałyśmy, nie wyglądał wcale lepiej, ale figurował w naszym bardzo starym przewodniku LP. Założyłyśmy więc, że jeśli nie zmienił profilu w ciągu ostatnich 8 lat, może uda się nam spędzić w nim spokojnie jedną noc. Założenie było słuszne, choć sam hotel był najgorszym przybytkiem w jakim spałyśmy od czasów podróży po Sumatrze.

Pomnik zakochanych na promenadzie w Puerto Montt, równie piękny jak całe miasto
Nasz pokój w Puerto Montt i ...
Santiago, dla porównania
Gdy następnego dnia wieczorem stawiłyśmy się na dworcu, okazało się, że naszego autobusu nie ma i nie będzie. Przedstawiciel firmy opowiadał nam coś o jakimś wypadku, co tylko jeszcze bardziej nas zdenerwowało, ponieważ podejrzewałyśmy, że kurs został odwołany z powodu zbyt małej liczby sprzedanych biletów. Po odczekaniu 2,5 godziny w przejmującym zimnie, wsiadłyśmy do innego pojazdu zmierzającego w kierunku Santiago. Już w stolicy, przeczytałyśmy wiadomości o wypadku autokaru firmy Pullman, w którym zginęło 14 osób, a 22 zostały ranne. To był właśnie ten nasz...

Na wiele dni przed dotarciem do Santiago, wyszukałyśmy w internecie adresy i telefony placówek medycznych, wykonujących szczepienia przeciwko chorobom tropikalnym. P skończył się w kwietniu 10-letni okres ochrony przez żółtą febrą i musiała wziąć nową szczepionkę (w Warszawie, na 8 miesięcy przed końcem ważności starej szczepionki nikt nie chciał jej zaszczepić, argumentując, że to jeszcze za wcześnie). Przygotowałyśmy się jednak i liczyłyśmy na to, że uda nam się załatwić sprawę szybko i bezboleśnie. Aby nie jeździć w ciemno, zaczęłyśmy od dzwonienia. Nikt nigdzie nie odbierał telefonu. Poszłyśmy zatem do dużej kliniki w centrum. Na dźwięk nazwy „żółta febra” mężczyzna w recepcji spojrzał na nas jakbyśmy zapytały czy sprzedaje tu heroinę i zaproponował, że może zaszczepić P przeciwko meningokokom. Pojechałyśmy do najbardziej polecanej placówki Hospital Salvador. Tam odczekałyśmy 40 minut, wpatrując się w panią, która radośnie konwersowała przez telefon. Gdy łaskawie skończyła, poinformowała nas, że wprawdzie dotarłyśmy do tzw. międzynarodowego punku szczepień i rzeczywiście robi się tu szczepienia przeciwko chorobom tropikalnym, ale akurat nie na żółtą febrę. Dała nam adresu pięciu innych placówek. Najbliższą był szpital Uniwersytetu Katolickiego w Santiago. Gdy dotarłszy tam, zadałyśmy nasze standardowe pytanie, wywołałyśmy duże poruszenie. Nie dlatego jednak, że tak bardzo chciano nam pomóc. Każda z osób w laboratorium dołożyła wszelkich starań, aby się nas jak najszybciej pozbyć (brak skierowania lekarskiego). W końcu wylądowałyśmy za drzwiami z adresem kolejnej placówki w garści. Tym razem na dalekich przedmieściach. Gdy tam dotarłyśmy, zmęczone i złe, okazało się, że klinika jest malutka i prywatna. Ten ostatni przymiotnik – prywatna – okazał się kluczowy. Za równowartość ok. 60 usd (cena zbliżona do warszawskiej), P została zaszczepiona przez miłą pielęgniarkę, która upewniała się czy aby na pewno ukłucie nie boli i w nagrodę wręczyła pacjentce cukierka. J też dostała jednego za wsparcie moralne. Szczęśliwe, że udało nam się załatwić najważniejszą rzecz, ale też wykończone fizycznie i psychicznie, dotarłyśmy do hotelu, gdzie zaległyśmy na długo. J do dziś (a minęły dwa dni) nie dała się wyciągnąć na zwiedzanie miasta poza centrum. P spaceruje więc sama, choć tak się akurat składa, że z naszej dwójki to właśnie ona była już kiedyś w Santiago. Miasto nie przypadło jednak J do gustu (zwłaszcza rozliczne kliniki uniwersyteckie) i na razie je bojkotuje. Może się jeszcze przełamie. Jutro jedziemy na jeden dzień do Valparaiso, ale wracamy jeszcze do Santiago, zanim ruszymy dalej na północ. 

Santiago charakteryzuje niesłychanie chaotyczna zabudowa - główny plac miasta
Dwie przecznice dalej bloki rodem z Gocławia...
 Bieda domki i bazar

Ogromna część miasta to blokowisko w kolorze szaro - burym

Naziści w Argentynie

Wspominałyśmy w poprzednich wpisach, że podróżując po Argentynie, na każdym kroku spotyka się nawiązania do kultury niemieckiej. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że bardzo często nie chodzi bynajmniej o starą emigrację z tego kraju, a o tę całkiem niedawną, powojenną. Większość z nazistów, którzy znaleźli schronienie w Argentynie i państwach ościennych już nie żyje, choć tylko nieliczni doczekali sprawiedliwości i dokonali żywota w europejskich lub izraelskich więzieniach. Większość z tych, którym udało się zbiec do Ameryki Południowej, zmarła w spokoju, we własnym domu lub jak np. osławiony doktor Mengele – w trakcie kąpieli w morzu w Brazylii. Faktem jednak jest, że w Argentynie niemieckich nazistów było (i nadal jest) więcej niż gdziekolwiek indziej. Obserwując wszystkie te wille nazwane Alpenrose i kapliczki poświęcone Nuestra Señora de Schönstatt, postanowiłyśmy sprawdzić, dlaczego to właśnie Argentyna stała się takim Eldorado dla niemieckich nazistów. Emigrowali oni przecież również do Chile, Urugwaju i Paragwaju, ale to właśnie tu największa ich liczba odnalazła nową ojczyznę i z pewnością stało się tak nie tylko dlatego, że północna Patagonia przypomina alpejskie łąki południowych Niemiec. 

W 1946 roku do władzy doszedł Juan Perón. Przeszedł on do historii jako pogromca oligarchii, a wraz z Evitą prezentowali poglądy uważane dziś za socjalistyczne. Jego romans z niemieckim nazizmem wydaje się zatem niewiarygodny. A jednak. Perón był wojskowym i w trakcie wojny pełnił funkcję attaché wojskowego we Włoszech. Mussolini i jego kult wodza zainspirowały go i nigdy się już od tej fascynacji nie uwolnił, choć w żadnym wypadku nie można powiedzieć, żeby Argentyna Peróna miała inklinacje faszystowskie. Po zakończeniu II wojny światowej, argentyński prezydent z radością odpowiedział jednak na prośby dotyczące przyjęcia na terytorium swojego kraju (który nie był stroną międzynarodowych ani bilateralnych traktatów o ekstradycji) ukrywających się i poszukiwanych nazistów. Co ciekawe, zapytania płynęły ze strony Watykanu, bez pomocy którego zapewne żaden wysoki rangą funkcjonariusz III Rzeszy nie opuściłby Europy. Perón otworzył jednak granice Argentyny dla zbiegów nie tyle z miłości do nazizmu ani, tym bardziej, do Watykanu (był mocno skonfliktowany z Kościołem Katolickim). Po pierwsze, wielu uciekinierów przywoziło ze sobą potężne fortuny. Przede wszystkim jednak, Perón liczył na wiedzę techniczną wojskowych. Wierzył, że tajemnice produkcji broni, służącej potędze III Rzeczy, mogą zostać wykorzystane przy tworzeniu potężnej armii argentyńskiej. Dzięki temu, w Argentynie zamieszkała niezliczona rzesza drobnych, anonimowych Niemców, którzy woleli jednak wyjechać z Europy oraz znacząca grupa najwyższych rangą przedstawicieli Hitlera. Mieszkali tu główny wykonawca Holocaustu Adolf Eichmann, Doktor Śmierć Josef Mengele, sekretarz Hitlera Martin Bormann, szef Gestapo w Lyonie Klaus Barbie, komendant Treblinki Franz Strang, Ante Pavelic – przywódca faszystowskiej Chorwacji i dziesiątki innych. Wszyscy oni dotarli do Argentyny, zostali w niej lub wyruszyli do jednego z okolicznych krajów. Z grupy najważniejszych, właściwie tylko dwaj doczekali się procesów. W jednej z najbardziej brawurowych akcji wywiadu, Mossad wywiózł Eichmanna do Izraela (jak to możliwe, ze taka akcja nie odczekała się hollywoodzkiego filmu?), gdzie ten został osądzony i skazany na śmierć. Rząd Argentyny nie miał jednak w tym żadnego udziału. Dopiero w latach 90-tych, pod wpływem nacisków płynących z Europy, Argentyna wydała Włochom Ernesta Priebke, który w trakcie wojny dokonał rzezi włoskich partyzantów, a następnie mieszkał sobie spokojnie w… Bariloche. Estetyka miasteczka jest mocno alpejska, a w okolicy można się zapewne nawet dogadać po niemiecku w wiosce, która (dla niepoznaki? ;-) nosi miano „Kolonii szwajcarskiej”. Do tego trzeba dodać wszechobecną Szwabachę na szyldach, o której już pisałyśmy. Argentyna nigdy nie poniosła żadnych konsekwencji polityki Peróna i do dziś niechętnie udziela informacji na temat germańskiej imigracji po 1945 roku, choć ostatnio przyznała się do udzielenia schronienia nie tysiącom, a dziesiątkom tysięcy uciekinierów z powojennej Europy.

Powiedzmy to wprost, Perón otworzył granice Argentyny, a następnie tolerował obecność nazistów na terytorium swojego kraju. Nie pomagał im jednak bezpośrednio w ucieczce. Tutaj pierwsze skrzypce grał Watykan, klasztory w Europie ukrywające uciekinierów (Eichmann mieszkał u Franciszkanów i zakonników w Bawarii) oraz biskupi. Kluczowym nazwiskiem związanym z pomocą byłym nazistom był Alois Hudal, biskup Grazu, ale nawet on, bez pomocy innych, nie dałby rady wyekspediować dziesiątek tysięcy Niemców do Ameryki Południowej. Przedstawiciele Kościoła Katolickiego w Argentynie współpracowali przy wystawianiu fałszywych dokumentów i ułatwianiu startu przybyłym w nowym kraju. Klasztory i niektórzy przedstawiciele Caritasu pomagali w ukrywaniu nazistów w Europie i wystawianiu im nowych, fałszywych dokumentów. Kilku z tych, którzy nie uciekli za Atlantyk, znalazło schronienie w samym Watykanie, wśród nich Otto Wachter, gubernator dystryktu krakowskiego w Generalnej Guberni, odpowiedzialny za powstanie a następnie likwidację getta w Krakowie. Udając mnicha w murach Watykanu, uniknął procesu w Norymberdze, a wszystko to podobno dzięki wstawiennictwu Hudala. Trudno jednak uwierzyć, że jeden biskup, w potężnej organizacji jaką jest Kościół Katolicki, mógł zarządzać tak potężną siatką organizacyjną. Argentyna ma wiele na sumieniu, a politycznym fascynacjom Peróna wielu nazistów zawdzięcza życie, jednak bez wsparcia Watykanu zapewne żaden z nich nie wydostałby się z Europy, a sympatie prezydenta Argentyny nie miałyby wpływu na bieg historii. 



Estetyka szyldu sklepu z czekoladkami bliższa jest pograniczu Austrii i Niemiec niż dalekiej Patagonii

wtorek, 12 kwietnia 2011

Ruta 40




Podróż Ruta 40 okazała się łatwiejsza i przyjemniejsza niż się spodziewałyśmy. Przede wszystkim, nieprawdą jest, że cała droga jest szutrowa. Rzeczywiście, na odcinku z El Chaltén do Perito Moreno, asfaltu jest niewiele, a gdy już się pojawi, jego jakość woła o pomstę do nieba. Na odcinku do Bariloche, natomiast, droga jest asfaltowa, z wyjątkiem ok. 80 km początkowego odcinka. Na całej jej długości trwają teraz intensywne prace i najprawdopodobniej, za parę lat, ok. 1500 km z El Calafate do Bariloche będzie można pokonać w jeden dzień (a nie w dwa i pół, jak to ma miejsce obecnie). Kolejną nieprawdą jest informacja, że wzdłuż drogi ciągną się Andy i lodowce. Te oddalone są o jakieś 80 km na zachód i mimo że czasami błyśnie gdzieniegdzie w słońcu ośnieżony szczyt, jednak przez większość drogi, z autokaru widać to samo Wielkie Nic, co zawsze. (Może tylko trochę bardziej pofałdowane i jeszcze „pustsze” niż zazwyczaj). Na odcinku 600 km z El Chaltén do Perito Moreno znajdują się ze 3-4 samotne estancias (wielkie gospodarstwa poświęcone hodowli owiec)i jedna miejscowość – Bajo Caracoles (w wolnym tłumaczeniu: Nizina Ślimaków, cokolwiek by to miało oznaczać) – pięć chałup i piach, który zawiewa wiatr. Pustka.





Bajo Caracoles


Wiatry rzeczywiście są silne, ale drzew w południowej Patagonii się nie uświadczy

Bez mate argentyński kierowca nie pojedzie
Po przejechaniu setek kilometrów takiego pustkowia, wjechałyśmy do Bariloche, skrzyżowania alpejskiego kurortu z Octoberfestowym miasteczkiem, w którym językiem urzędowym jest jednak hebrajski:-). Przedziwne miejsce, ukochane przez Argentyńczyków latem i zimą, naszego serca nie zdobyło. Alpejski chatki, hiszpańskie szyldy pisane szwabachą i psy bernardyny z obowiązkową beczułką na szyi – tandeta i mocno germański klimat. Jakkolwiek nie mamy nic przeciwko germańskości w Niemczech (czytaj: P nie ma, jest nawet admiratorką Heimatu, J woli na temat wdzięku lederhosen i ogrodowych krasnali nie wypowiadać się wcale), a imigracja niemiecka dotarła do Argentyny na wiele lat przed 1945 rokiem, nam jakoś cały czas w głowach siedzi argentyńska historia Eichmana czy Priebke - ale o tym już w następnym poście. 


Dwugłowe orły nie są typowym latynoskim ornamentem a strudel - typowym argentyńskim przysmakiem

Główna ulica Bariloche

piątek, 8 kwietnia 2011

Dłonie sprzed 9 tysięcy lat

Jednym z czynników, które miały wpływ na naszą decyzję o podróży wyboistą Ruta 40, były zdjęcia prehistorycznych malowideł naskalnych, które zobaczyłyśmy w El Calafate. Kształty dłoni odbite w kilku żywych kolorach można kupić w sklepach z pamiątkami, reprodukowane na pocztówkach, koszulkach i ręcznikach. Malowidła znajdują się w Cueva de las Manos (Jaskini Dłoni), na trasie Ruta 40. Nasz obowiązkowy postój w Perito Moreno okazał się swoistym błogosławieństwem - jaskinia znajduje się, bowiem, 120 km od miasteczka. Nie byłyśmy pewne czy uda nam się tam dostać, choć wiedząc, że jaskinia jest jedyną atrakcją turystyczną w okolicy, w dodatku wpisaną na listę UNESCO, słusznie zakładałyśmy, że jakiś transport będzie jednak dostępny (aczkolwiek, jak się okazało, w postaci jednej jedynej agencji).

Malowidła dłoni ludzkich, postaci guanaco, łap strusi i symboli księżyca pochodzą sprzed 9 tysięcy lat. Co ciekawe, ówcześni mieszańcy Patagonii, będący nomadami, barwniki niezbędne do wykonania malowideł sprowadzali z ogromnego obszaru ciągnącego się od Andów po wybrzeże Atlantyku. W jaskiniach, na zboczu imponującego kanionu, spędzali zimy. Dłonie odwzorowane zostały techniką sprajowania - na rękę przyłożoną do skały, artysta wypluwał farbę trzymaną w ustach. Rysunki zwierząt zostały wykonane piórami ptaków, sierścią lub kośćmi guanaco – podstawowego pożywienia ludów pierwotnych Patagonii. Malowidła wykonano w miejscach, w których naturalne dachy skalne chroniły je przed deszczem, wiatrem i słońcem. Przetrwały 9 tysięcy lat w fantastycznym stanie i zostały odkryte dopiero w 1941 roku. W 1999 zostały wpisane na listę UNESCO, jednakże pozostały nieznane szerokiej publiczności aż do 2005. W 2010, oszalały kolekcjoner próbował zabrać ze sobą kawałek skały z malowidłem dłoni. Dlatego też, obecnie ogląda się rysunki w asyście przewodniczki i ochroniarza, natomiast skały oddzielone są od zwiedzających metalową siatką.

Cueva de las Manos wywarła na nas naprawdę wielkie wrażenie. Nie tylko dlatego, że odciski dłoni przodków, sprzed ponad 9 tysięcy lat, wydały nam się niewiarygodnie autentyczną i ponadczasową próbą komunikacji, ale także dlatego, że mamy świadomość, że bez geniuszu nomadów, odciskających swe dłonie w patagońskim wąwozie, nie byłoby Leonarda da Vinci, Rembrandta czy Warhola.

Piękny wąwóz przy jaskini




Obława na guanaco
Bob Budowniczy - aby podejść do jaskini trzeba założyć kask

czwartek, 7 kwietnia 2011

Nieortodoksyjni święci

Tym, co rzuca się w oczy, podczas podróżowania przez Argentynę, to mnogość przydrożnych kapliczek. Zwłaszcza kierowcy tirów są tu szczególnie religijni i przesądni. Co ciekawe, obok powszechnie znanych świętych oraz postaci Matki Boskiej, wielu z nich czci tak zwanych „świętych ludowych”. Są to najczęściej nieuznawane przez Kościół, niemniej obdarzane powszechnym kultem postaci, którym przypisuje się umiejętność czynienia cudów. Oczywiście, życie duchowe Ameryki Południowej obfituje także w inne ciekawe zjawiska (szczególnie w rejonie Karaibów, choć oczywiście nie tylko) - pojawiają się w nim np. figury łączące elementy kultu quasi maryjnego z wierzeniami pogańskimi (Santa Muerte w Meksyku) czy tzw. „kult w kulcie”, czyli oddawanie czci pierwotnym bóstwom afrykańskim pod postacią świętych katolickich (np. św. Barbara w kubańskiej santería). Ruchy te mogą przybierać charakter masowy (jak choćby synkretyczny kult María Lionza w Wenezueli) lub cechować się wysokim stopniem wtajemniczenia jak brazylijskie candomblé (co nie przeszkadza mu być największym konkurentem chrześcijaństwa w tym kraju – tak jak w wypadku santería, wielu wiernych praktykuje zresztą obie religie). Wymieniać można by w nieskończoność. W Argentynie, prym wśród wyznawców wiodą Difunta Correa i Gauchito Gil. De facto, to właśnie tej dwójce poświęcone jest 90% przydrożnych kapliczek. Według legendy, pierwsza nieortodoksyjna święta z Argentyny nazywała się naprawdę Deolinda lub Dalinda Correa (słowo „difunta” oznacza po hiszpańsku tyle, co „zmarła, nieboszczka”) i żyła w XIX wieku. Po tym, jak jej mąż włączony został do oddziału partyzantów, z dzieckiem na ręku, ruszyła jego śladem. Niestety, z powodu braku prowiantu i wody, zmarła na pustkowiu. Gdy znaleziono jej zwłoki, okazało się jednak, że niemowlę uczepione piersi matki wciąż żyje. Wydarzenie to uznano za cud, a samą Deolindę Correę zaczęto czcić jako wstawienniczkę w osobistych sprawach. Wdzięczni za boską interwencję wierni, stawiają na jej cześć kapliczki, do których ludność zanosi kwiaty i butelki z wodą, aby ukoić wieczne pragnienie zmarłej.




Wersji legendy o Gauchito Gil (naprawdę nazywał się on ponoć Antonio Mamerto Gil Núñez) jest więcej. Według jednej z nich, gaucho wdał się w romans z pewną kobietą, która wpadła również w oko szefowi lokalnej policji. W obawie przed zemstą braci wybranki i komisarza, zaciągnął się do oddziałów Partii Autonomistycznej, której symbolem była czerwień. Wprawdzie Gil szybko z niej zdezerterował, niemniej dla upamiętnienia tych wydarzeń, jego kapliczki malowane są nadal na ten właśnie kolor. Po złapaniu, uciekinier został zgładzony przez poderżnięcie gardła. Przed śmiercią zdążył powiedzieć jednak swemu katu, by ten modlił się w jego imieniu o zdrowie syna. Po powrocie do domu, mężczyzna rzeczywiście zastał dziecko umierające, jednak modlitwy do Gila pozwoliły je uratować. Od tego czasu, wierni zwracają się do gaucho z własnymi kłopotami, przynosząc mu w zamian bynajmniej nie wodę, tylko papierosy i mocniejsze trunki. Jak widać, Gauchito Gil to bardzo „nieświęty święty”, ale doskonale wpisuje się w południowoamerykańską religijność. Charakterystyczny jest dla niej kult świętych „skutecznych”, takich jak np. San Expedito (św. Ekspedyt, przy okazji - nieoficjalny patron katolickich hakerów ;-), czczony jako wystawiennik w osobistych sprawach wiernych. Bezgrzeszni asceci, wiodący żywot poświęcony rozmyślaniom o Bogu w oderwaniu od ludzi i spraw doczesnych, nie cieszą się tu wielką estymą.



Oczywiście w każdym zakątku Ameryki Południowej spotkać można także innych, „mniejszościowych” świętych. Jednym z nich jest związany z Salezjanami Ceferino Namuncurá. Urodzony w 1886 w Río Negro, zmarł na gruźlicę w Rzymie w wieku zaledwie 18 lat, dokonawszy uprzednio wielu cudów, które dotychczas nie doczekały się potwierdzenia ze strony Watykanu. Jak zapewniał jednak napis na jego kapliczce pod El Calafate, Ceferino „leczy chorych, żeni kawalerów, rozwiązuje problemy pieniężne i daje nadzieję duszom biednych”. Co ciekawe, my wśród złożonych mu w ofierze kwiatów, wypatrzyłyśmy także kilka dziecięcych smoczków. 


 
Interesujące zestawienie latynoskich „świętych” sporządził nasz przyjaciel, Michał. Zapraszamy do lektury (i pozdrawiamy autora):


Los Glaciares



Niespodziewanie, w ósmym miesiącu podróży, dotarłyśmy do najpiękniejszego miejsca, jakie kiedykolwiek widziałyśmy. Zachwycałyśmy się już niejednym krajobrazem, budowlą czy miastem, jednak Park Narodowy Los Glaciares, późną jesienią, przebija swoją urodą wszelkie dotychczasowe widoki. Wprawdzie dwie główne gwiazdy parku - Cerro Torre i Fitz Roy - albo w ogóle nie odsłoniły imponującego oblicza (Torre) albo ukazywały je rzadko i niechętnie (Fitz Roy), a jesienna pora dała nam się we znaki przenikliwym zimnem w nocy, zacinającym deszczem (choć tylko przez pół dnia) oraz wiatrami, jakich istnienia nawet sobie nie wyobrażałyśmy. Mimo to, spędziłyśmy w górach każdą minutę aż do zachodu słońca i wiemy, że chcemy tu wrócić jeszcze nie raz. Niech zdjęcia mówią same za siebie:



Laguna Torre, gęste chmury w tle skrywają Cerro Torre
 

Rzadki widok - Fitz Roy prawie widoczny


Co ciekawe, każdy turysta, wjeżdżając do El Chaltén, obowiązkowo musi zatrzymać się w siedzibie strażników Parku Narodowego. Gdy wyproszono nas z autobusu i kazano pomaszerować do drewnianej chatki na skraju miasteczka, byłyśmy pewne, że znowu trzeba będzie wyłożyć po 100 pesos na głowę, tytułem dowolnie zdefiniowanej opłaty. Ku naszemu zdziwieniu, zamiast tego, strażnicy podzielili nas na grupy językowe (do wyboru hiszpański i angielski) oraz wygłosili edukacyjno – moralizująca pogadankę o tym, że nie wolno śmiecić, palić w lesie ognia (w tym papierosów), zanieczyszczać wody, straszyć zwierząt etc. Dostaliśmy też mapki z opisem tras oraz instrukcjami, jak należy zachować się w parku, z których najbardziej przypadła nam do gustu następująca rada: „bądź jak kot”. Chodziło o… toaletowe zwyczaje kotów.

Inną rzeczą, która przykuła naszą uwagę w El Chaltén, była ciekawostka natury kulturowo-językowej. W południowej Patagonii, żyjącej niemalże wyłącznie z turystyki, oprócz hiszpańskiego, pojawiają się wprawdzie napisy i informacje po angielsku (na co nie należy jednak liczyć gdziekolwiek indziej). Jednakże dopiero tutaj zaobserwowałyśmy, że w powszechnym użyciu (przynajmniej w piśmie ;-)jest także trzeci język. Myliłby się ten, kto sądziłby, ze jest to portugalski, francuski, niemiecki czy chiński. Chodzi bowiem o… hebrajski. Młodzi Izraelczycy - zazwyczaj prosto po odbyciu służby wojskowej - podróżują w dużych grupach przed podjęciem studiów. W naszym hostelu było ich znacznie więcej niż wszystkich pozostałych turystów razem wziętych. Postrzegamy to jako swoisty chichot historii, ponieważ to właśnie Argentyna i Chile miały (i nadal do pewnego stopnia mają) znaczną liczbę mieszkańców, którzy z Europy uciekli bynajmniej nie przed wojną i głodem, tylko przed powojenną sprawiedliwością. Mamy nadzieję, że widząc najazd izraelskiej młodzieży czują się z tym choć trochę źle. Tylko po co te napisy, skoro wszyscy oni mówią świetnie po angielsku? 


niedziela, 3 kwietnia 2011

Lodowy cud



Co sprawia, że turyści z różnych krajów świata przemierzają długość całego - niemałego przecież - państwa, aby dotrzeć do El Calafate? Część z nich wabi surowy charakter patagońskiego krajobrazu, innych mit słynnej drogi Ruta 40; całą resztę, jednak, przyciąga jak magnez lodowiec Perito Moreno. Stanowi on część lądolodu patagońskiego i trzecią rezerwę wody pitnej na świecie. Jego powierzchnia wynosi około 40 km kwadratowych, co odpowiada mniej więcej terenowi, na którym leży Buenos Aires. To, co widać na powierzchni, czyli 60-metrowe ściany, to tylko skromna część lodowca. Jego wysokość pod wodą sięga, bowiem, kolejnych 150 m. Tym, co wyróżnia Perito Moreno spośród innych formacji naturalnych tego typu, jest fakt, że nie jest on lodowcem górskim, jak np. nowozelandzki Fox Glacier czy znane nam, Europejczykom, lodowce alpejskie. Wbrew pozorom, nie unosi się on także na wodzie, lecz stoi na lądzie, a otaczające go jezioro powstało jako wynik topienia się lodu. Ten ostatni proces odbywa się niemalże na oczach widzów – każdego dnia, lodowiec przesuwa się średnio o 2 m (szczególnie w części centralnej). Po około 500 latach, lód ze szczytu dociera do dolnej krawędzi, gdzie z wielkim hukiem pęka, a bryły różnej wielkości wpadają do wody, ku radości turystów, podziwiających to zjawisko ze specjalnych punktów widokowych. Perito Moreno można także oglądać z pokładu statku (rejs trwa 1h i dociera po południowa ścianę) lub nawet zupełnie z bliska, jeśli zdecydujemy się na mini trekking po bocznej części lodowca (oczywiście pod okiem wyszkolonych przewodników i w odpowiednim sprzęcie). Ci, którzy nad adrenalinę przekładają mocne trunki, za 25-35 pesos mogą skusić się na szklaneczkę whisky z 500-letnim lodem – najprawdopodobniej jedyny taki przypadek, gdy lód jest starszy od najlepszej nawet szkockiej.

Na koniec warto powiedzieć słowo o człowieku, któremu lodowiec zawdzięcza swą nazwę. Francisco Moreno był argentyńskim eksploratorem, urodzonym w 1852, który poświęcił znaczną część swego życia na badanie południa kraju, a następnie współpracy z rządem przy ustalaniu jego granic. Jako wielki patriota, odkrywanym formacjom przyrodniczym nadawał nazwy, takie jak ”Lago Argentino” (Jezioro Argentyńskie), co odegrało później niemałą rolę w czasie konfliktów granicznych z Chile. Efekty działań Pana Moreno widać zresztą gołym okiem, gdy spojrzy się na mapę Patagonii, porównując część należącą do Chile do argentyńskiej. Na ziemi podarowanej przez Państwo, odkrywca założył także pierwszy w Ameryce Łacińskiej Park Narodowy (trzeci na świecie). Pana Moreno tytułowano zwyczajowo pełnym szacunku określeniem „Perito” (hiszp. ekspert, znawca), co utrwaliło się w nazwie lodowca. Co ciekawe, sam badacz do tej części Patagonii nigdy nie dotarł, nie widział też cudu natury, który rozsławił jego nazwisko na całym świecie.







***

Siedząc w El Calafate, patagońskim odpowiedniku Zakopanego, przez dwa dni łamałyśmy sobie głowę, w jaki sposób wydostać się z tego końca świata. Ze względu na koszty i jakość usług, oferowanych przez przewoźników, odpadła od razu opcja przemieszczenia się samolotem. Pozostała nam droga lądowa, a możliwości miałyśmy trzy. Pierwsza zakładała przejechanie do Chile, skąd droga na północ wcale nie jest łatwiejsza niż z Argentyny. Właściwie nie ma jej wcale. Drogi kończą się w chilijskiej części Patagonii szybko, a następnie, przez ponad tysiąc kilometrów, terytorium tego kraju składa się z lodowców i głęboko wrzynających się w zlodowaciały ląd fiordów. Pinochet wpadł swego czasu na obłąkańczy pomysł wybudowania drogi przez Patagonię, ale pomimo utopienia w tym projekcie setek milionów dolarów i poświęcenia kilkunastu żyć ludzkich, słynna Carretera Austral dotarła jedynie do Coyhaique – miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc. Jedynym transportem łączącym chilijską Patagonię z resztą kraju (poza samolotami) są statki towarowe, zabierające również pasażerów. Kosztują więcej niż samolot, choć podobno widoki są tego warte. P była już jednak w chilijskiej Patagonii, która jej zdaniem nie oferuje niczego ponad to, co widzimy tutaj, dlatego zrezygnowałyśmy z tej opcji. Możliwy jest też powrót tą samą trasą, którą tu dojechałyśmy. Oznacza to ponowne dotarcie do atlantyckiego wybrzeża Argentyny i poruszanie się wygodnymi i punktualnymi autobusami po głównej trasie komunikacyjnej kraju, prowadzącej do Buenos Aires, czyli Ruta 3. Alternatywą dla tej mało pociągającej opcji (28 godzin w autobusie na trasie z El Calafate do Bariloche), jest legendarna w Argentynie Ruta 40. Połowa pamiątek i turystycznych gadżetów w południowej Patagonii nosi jej znak. Każdy o niej mówi, ale niewielu ją przejechało.  Cała Ruta 40 ciągnie się, dosłownie, przez całą długość Argentyny i jest jedną z trzech najdłuższych dróg na świecie (obok słynnej Route 66 w Stanach i Stuart Highway w Australii). W większości szutrowy szlak stanowi wyzwanie dla kierowców i samochodów, jednakże widoki, jakie oferuje, są ponoć nieporównywalne z niczym innym. Droga ciągnie się u podnóża Andów i w przeciwieństwie do reszty Patagonii (gdzie jak okiem sięgnąć ciągnie się ”stiep, stiep i susliki”, jak mawiał o Mongolii poznany na Syberii Saszka), biegnie wzdłuż gór, jezior i lodowców. Aby nie było za pięknie, transport publiczny wzdłuż Ruta 40 jest rzadki i niewygodny - stąd nasze rozterki. Popytałyśmy, policzyłyśmy, zaplanowałyśmy i decyzja zapadła – jedziemy do Bariloche „czterdziestką”. Za stare i za „wygodne” jednak jesteśmy, żeby siedzieć w zwykłym autobusie dwie doby (w eleganckim coche cama – autokar z szerokimi, rozkładanymi prawie do poziomu fotelami – jesteśmy w stanie spędzić maksymalnie dobę), takich jednak tu nie uświadczysz, więc jedziemy z przystankami. Najpierw krótki odcinek do El Chaltén, lokalnej mekki trekkerów, wspinaczy i wszelkiej maści miłośników gór (jeśli widzieliście „Krzyk Kamienia” Herzoga, pokazano tam właśnie to miejsce z potężnymi iglicami Cerro Torre i Fitz Roy). Po dwóch dniach jedziemy do miejscowości Perito Moreno (niemającej nic wspólnego z lodowcem, poza nazwiskiem badacza, rzecz jasna). Tam na następny autobus czekamy trzy dni (wyruszają one na trasę co drugi dzień), żeby pokonać nim ostatni odcinek drogi do Bariloche. Czy było warto, doniesiemy stamtąd. Po drodze nie liczymy niestety na internet. El Chaltén jest miejscem popularnym latem, teraz jednak otwarty jest tam jeden hostel. Miasto Perito Moreno położone jest tak daleko od jakichkolwiek głównych szlaków, że nie jest tłumnie odwiedzane żadną porą roku. Właściciel jedynego działającego hotelu próbował nas przez telefon przekonać, że nie mamy innego wyjścia jak zapłacić 65 USD za pokój. Jest to typowe oszustwo, ponieważ przez agencję w El Calafate, za 17 USD od osoby można zarezerwować miejsce w dormie, w tym samym przybytku. Niestety, ze względu na patagońskie ceny (o czym doniesiemy jeszcze szczegółowo) i praktyki monopolistyczne dużych firm autokarowych w El Chaltén i Perito Moreno (rezerwują one 100% miejsc w salach sypialnych w małych miejscowościach), jesteśmy zmuszone przenieść się na następny tydzień do dormów. Pocieszamy się jednak tym, że ruch na trasie jest tak mały, że być może będą one pustawe. Jedziemy jednak w nadziei na spektakularne widowisko. Wrażenie opiszemy zapewne w Bariloche (które jest Zakopanym do potęgi, choć pewnie bliżej mu do Davos ;-)

Legendarny znak - Ruta 40
W drodze przez Patagonię trafiłyśmy do miejsca, gdzie pewien gaucho opiekował się porzuconymi zwierzakami, pomocnica J zaangażowana została do karmienia koziołka, podczas gdy...
właściciel karmił guanaco
Efekt Bambi - nie można odmówić pomocy komuś o takim spojrzeniu