piątek, 22 października 2010

Tokio - zdjęcia ślubne


Nie wiemy jak wygląda ślub i wesele japońskiej klasy średniej wyższej(?? wnioskując po zadęciu), ale wiemy już jak wygląda przygotowanie do ślubnego zdjęcia.  Wrogowi nie życzymy ;)

W centrum Tokio jest przepiękna świątynia, Meji Jingu. Ma ona szczególne znaczenie dla Tokijczyków, wiele rodzinnych uroczystości uświetnia się wizytą w tym miejscu i okolicznościowymi fotografiami, w tym także ślubnymi. Przygotowania do takiego właśnie zdjęcia dane nam było obserwować. W ciągu ponad 40 minut, które spędziłyśmy koło pary młodej, działo się dużo - szczególnie w kwestii aranżacji damskich strojów, ale fotograf nie nacisnął spustu migawki ani razu.  Nie doczekałyśmy się momentu robienia zdjęć, ale i tak wszystko to było bardzo malownicze.  Panna młoda, w tradycyjnym stroju, jest kompletnie spętana w pasie i bez pomocy nie jest w stanie zrobić kroku. Dodatkowo, w wersji siedzącej i stojącej ma zupełnie inaczej upięte kimono, sam proces upinania trwa około 15 minut.  Pan na kolanach przed jedną z mam, to asystent fotografa o specjalności "układnie kimona". Jako, że pierwszej z nich układał jego fałdy dobre 15 minut, do końca było daleko, a druga dopiero czekała w kolejce - oddaliłyśmy się w końcu.  





Szukając informacji o szintoistycznych zwyczajach weselnych, przeczytałyśmy na jednym z polskich portali ślubnych (to dopiero byłby temat na posta), że japońska para młoda najczęściej udaje się w podróż poślubną na Hawaje.  Ponoć trwa ona 3-5 dni.  Ciekawe czy w krótszym wariancie wliczony jest też czas przelotu :) 
Żartujemy sobie, oczywiście, niecnie, w rzeczywistości wszystko to wyglądało przepięknie i bardzo, bardzo elegancko.

środa, 20 października 2010

Tokio


Tokio nie jest miastem klasycznie pięknym w europejskim znaczeniu tego słowa, tak jak Paryż lub Wenecja.  Nie ma spójnej architektury ani wielu oszałamiających zabytków.  Nie jest również miastem zielonym, za to tak rozległym, że poruszanie się po nim jest nieraz skomplikowane. A jednak jest to jedno z miast najbardziej niezwykłych i fascynujących. Dla mnie (J), zdecydowanie najciekawsze ze wszystkich jakie do tej pory widziałam.  Przede wszystkim jest to metropolia, która żyje.  W Szanghaju, nad rzeką, zarówno na zabudowanym XIX wieczną architekturą Bundzie, jak i w futurystycznym Pudongu, widać głównie turystów.  Nie są to miejsca, w których żyją, mieszkają i pracują Chińczycy.  Tokio jest pełne cudzoziemców, ale żadnej ulicy nie można określić jako czysto turystycznej. 

Oszałamia wielkomiejskością i ferią kolorów po zmroku.  To zapewne najbardziej kolorowo rozświetlone miasto świata.  Jeśli tylko opuści się ścisłe centrum, uliczki stają się małe, zabudowa niska, a starsi panowie potrafią przechadzać się po ulicy w piżamach.  Tam gdzie mieszkamy, w północnej części Asakusy, chodząc po ulicach można odnieść wrażenie, że jest się w małym miasteczku, a nie w jednej z największych metropolii świata.  Zaledwie dwie stacje metra dalej, ulice wyglądają jak z filmów science - fiction.(Dygresja: Ja <J>, mam też dość specyficzne skojarzenia z uliczkami z charakterystyczną, niską zabudową, a wszystko przez serię artystycznych krótkometraży "Tokio!" - w scenie finałowej jednego z filmików, która rozgrywa się  w takim właśnie entourage'u, aspołeczny bohater hikikomori, namówiony przez świeżo poznaną dostawczynię pizzy, decyduje się opuścić swe dobrowolne więzienie, czyli własny pokój. W momencie gdy wychodzą na ulicę wyglądającą kubek w kubek jak nasza, nie ma już na niej żadnych ludzi, a przed kamerą spokojnie przechodzi robot.)









Tokijska ulica to rewia mody, szczególnie młodzieżowej. To, co zakładają na siebie nastoletnie Japonki przyprawiłoby o zawał niejednego tatusia w Europie. Równie wystudiowane są kreacje chłopców. Wśród japońskich nastolatków bardzo popularne są przebieranki tzw. cosplaying.  To nie weekendowa zabawa, ale duża subkultura młodzieżowa, którą opisują socjologowie. Mamy to szczęście, że w Halloween będziemy w Tokio.  Oczekujemy wyjątkowo licznych pokazów kostiumów.  Choć i dziś udało nam się już zobaczyć trzy "gotyckie dynie".  Widocznie ćwiczą przed dniem zero. 






Tokio ma szereg ciekawostek architektonicznych. Postaramy się o nich pisać. Zaczniemy od jednej z najbardziej absurdalnych. Największy japoński browar Asahi wystawił sobie siedzibę nad rzeką, w dzielnicy Asakusa. Siedzibę zaprojektował wybitny francuski designer Philippe Starck.  Starck znudzony tworzeniem kultowych mebli, zegarków, wyciskarek do owoców i wnętrz ekskluzywnych hoteli, okrasił nudnawą siedzibę browaru rzeźbą. Oficjalnie ma ona symbolizować "płonące serce piwa Asahi" oraz "pienistą głowę". W rzeczywistości wygląda groteskowo i nikogo chyba nie zdziwi, że nieoficjalnie zwana jest "kupą Philippe'a Starcka".



Kolejną ciekawostką może stać się najnowsza konstrukcja architektów miasta.  Ta wysoka wieża w budowie to "Tokijskie drzewo". W zamierzeniu autorów oraz wedle według reklamy władz miejskich, ma się ono stać nowym symbolem Tokio. Budowla nie jest jeszcze ukończona, ale raczej nie należy spodziewać się jakiś drastycznych zmian w konstrukcji. Raczej wątpimy czy coś, co przypomina śrubokręt, może zachwycić turystów. 
 

poniedziałek, 18 października 2010

Witamy w Japonii

W Hongkongu byłyśmy właściwie niecały dzień - gdy wrócimy z Japonii odbijemy to sobie.  Jedyne, co zrobiłyśmy, to poszłyśmy na piwo z dwoma dziewczynami poznanymi w pociągu z Szanghaju (Ewa i Magda – pozdrawiamy!).  Zanim jednak udałyśmy się do Soho, chciałyśmy skorzystać z dobrodziejstw ery internetu i zaczekować się na nasz lot do Tokio następnego dnia o świcie.  Już wiedziałyśmy, że będziemy mieć kłopoty z dotarciem na lotnisko odpowiednio wcześnie, ze względu na brak metra o tej porze, tym bardziej zależało nam na zaczekowaniu się.  Na stronie Delty (jeśli się nie mylimy, znajomy ze Stanów uprzedzał nas kiedyś, że to najgorsza, w jego opinii, linia lotnicza) znalazłyśmy jedynie komunikat, że nasz lot jest opóźniony, co może mieć wpływ na naszą podróż i Delta sugeruje nam pewne rozwiązanie.  Wprost genialne - o północy (czyli 8 godzin przez planowanym lotem) możemy wylecieć do Seulu, posiedzieć na tamtejszym lotnisku 11 godzin i w końcu dotrzeć do Tokio.  Machnęłyśmy ręką i poszłyśmy na piwo sprawdzając jeszcze przed wyjściem, że nasz lot jest w rozkładzie lotów lotniska w Hong Kongu.  Gdy wróciłyśmy do hostelu, lotu w rozkładzie już nie było, a strona Delty informowała, że lot jest opóźniony oraz że sprzedano za dużo biletów, więc ochotnicy chętni zrezygnować z lotu są mile widziani. Wszystko to byłoby nawet śmieszne gdyby nie to, że musiałyśmy wstać o 4 rano i nawet pierwszym pociągiem dojeżdżałyśmy na lotnisko na styk.  Nie wróżyło nam to dobrze jeśli sprzedano za dużo biletów, bo wiadomo, że ostatni nie lecą.  Jeśli natomiast ten cholerny samolot miał być opóźniony, to mogłybyśmy pospać dłużej i dojechać bez nerwów. 

Podpierając się na rzęsach, o 4.45 złapałyśmy taksówkę, którą chciałyśmy dojechać tylko do stacji metra, z której odjeżdża pociąg na lotnisko.  Pan taksówkarz zaoferował nam jednak kurs na samo lotnisko w cenie minimalnie wyższej niż bilety na pociąg.  Na lotnisku terminal do check – in poinformował nas ponownie, ze plan lotu uległ zmianie.  Wydrukował jednak karty pokładowe. Poszłyśmy się dowiadywać o co chodzi, kiedy i czy w ogóle polecimy.  Okazało się, że samolot wylatuje o czasie, nie ma żadnego opóźnienia, nie ma żadnej zmiany w planie lotu, wszystko jest w idealnym porządku.  I kto tu oszalał?  Strona Delty?  Strona lotniska w Hong Kongu?  Czy my? 

Od paru godzin jesteśmy w Japonii i nie możemy otrząsnąć się z zachwytu nad tym, że nikt nie próbuje przejechać nas na zielonym świetle gdy przechodzimy przez ulice, że ludzie wokół są mili i uprzejmi, że nikt nas nie popycha, a jeśli komuś zdarzy się na nas wpaść to wylewnie przeprasza.  Po czterech godzinach lotu wylądowałyśmy w innym świecie.  Chętnie usłyszałabym (P) zdanie jakiegoś antropologa orientalisty, który zechciałby wyjaśnić dlaczego Chińczycy i Japończycy są tak różnymi narodami.  Oni by się oburzyli, ale ja - z europejskiej perspektywy - mogę powiedzieć, że mają w sumie wiele wspólnego. Jednak są jak ogień i woda pod względem zachowań społecznych, zwyczajów, wychowania, relacji międzyludzkich. Czy to okropne schamienie Chińczyków wynika jedynie z blisko 60 lat komunizmu? Aż trudno uwierzyć, żeby naród który ma taką historię i tradycję, potrafił zatracić się tak bardzo z powodu - w sumie krótkotrwałej w sensie historycznym - dyktatury komunistycznej.  

Dalsze relacje z Japonii już wkrótce, obiecujemy.  

Chiny - cz. 3

Z pośród słynnych chińskich zabytków widziałyśmy Zakazane Miasto, Mur Chiński i Armię z Terakoty (plus dziesiątki świątyń, pagód, posagów Buddy, pawilonów i ogrodów.) Szczególnie te ostatnie są wyjątkowo godne uwagi, ponieważ są wcieloną harmonią, tworem idealnym, gdzie każdy kamień ma swoje miejsce i ogromne symboliczne znaczenie, a każde drzewo rośnie dokładnie tak jak powinno, aby tworzyć spójną kompozycję z resztą otoczenia.  Chińskie ogrody są wspaniałe, choć podobnie jak cała reszta Chin - lekko nieludzkie.  Nie ma w nich krzty szaleństwa ani fantazji.  Wszystko jest dokładnie, matematycznie wyliczone.  I wypielęgnowane tak, że ogrody Wersalu mogą się schować.  W ogóle Chiny są bardzo czyste.  Nie dotyczy to wprawdzie powietrza ani wody (największa liczba zanieczyszczeń chemicznych na świecie), ale miasta są dopieszczone i wypielęgnowane.  Szczególnie te na pokaz, jak Pekin i Szanghaj.  Jednak i w pozostałych jest czysto, a ulice są sprzątane na okrągło.  Gdy wysiadłyśmy z pociągu w Pekinie, pierwszym chińskim widokiem jaki zobaczyłyśmy, była armia ludzi w kombinezonach roboczych czyszcząca na kolanach plac przed dworcem z błota, gum do żucia i innych zabrudzeń. 




Jak wspomniałyśmy, Pekin jest piękny, a Zakazane Miasto oszałamia rozmiarem, urodą pałaców, ogrodów i przepychem.  Wielki Mur natomiast jest turystyczną atrakcją, trochę w stylu Disneylandu.  Autokary zwożą tysiące ludzi, którzy pomiędzy pokrzykiwaniami sprzedawców jedzenia oraz wszelkiego badziewia (mały mur z plastiku, figurka Mao, t-shirt, czapeczka z czerwoną gwiazdą, etc.) wchodzą na mur, przechodzą po nim 100 metrów, robią sobie pamiątkowe zdjęcie i zbiegają na dół, żeby coś zjeść.  Takich miejsc, w których mur został odbudowany, wokół Pekinu jest kilka.  W pozostałych jest często tylko kupą kamieni, choć w tych odbudowanych rzeczywiście imponuje wielkością i potęgą.  Są też miejsca na tyle odległe od głównych wejść i o podejściu tak stromym, że przejście 200 metrów wymaga nie lada wysiłku, dzięki czemu można być na murze właściwie samym.  W oddali widać miejsca, na które można wjechać kolejką linową, i w których kłębią się tysiące ludzi.  Kilometr dalej i kilkaset metrów wyżej, jest natomiast pusto i nawet na chwilę można zapomnieć, że jest się w Chinach.





Dla P najbardziej przereklamowaną atrakcją Chin jest Armia z Terakoty.  Abstrahując od jej wyjątkowej historii i archeologicznego znaczenia, jest to rzecz wyjątkowo mało imponująca.  Żołnierzy odkopanych i odrestaurowanych jest stosunkowo niewielu, dwa z trzech budynków mieszczą jedynie pole przyszłych wykopalisk, więc można sobie zobaczyć jak wygląda zakopana armia.  Odkopani żołnierze są mali i ogląda się ich z daleka.  Trochę bez sensu, za to daleko i drogo.  Ale to zdanie odosobnione, bo J to uważa, że Terakotowa Armia jest przepiękna, a historia jej powstania niezwykła – najlepsi artyści przez większość swego życia (36 lat) pracowali nad najniezwyklejszym grobowcem wszech czasów, nie wiedząc, że po jego ukończeniu spotka ich w nim również śmierć (by nie zdradzili tajemnic miejsca pochówku cesarza.)


Byłyśmy w okropnych miastach przemysłowych (Datong), w których nawet przy najszczerszych chęciach nie znajdzie się jednej ładnej ulicy, w perełkach jak Pingyao i nowoczesnych miastach z pozostałościami dawnych zabytków jak Xi’an.  Każde z nich było inne, każde na swój sposób ciekawe.  Wklejamy trochę zdjęć - może przynajmniej częściowo oddadzą to, co widziałyśmy.  W kolejności: ręcznie wykute jaskinie z posągami Buddy z V wieku n.e. (Datong); Pingyao, Xi’an.








Kolejnym miastem do którego dotarłyśmy był Szanghaj.  Gdyby ktoś miałby w życiu zobaczyć jedno jedyne miasto poza Europą, powinien to być właśnie Szanghaj.  Miasto przyszłości o nowoczesnej architekturze przebijającej wszystkie inne słynne miast wieżowców takie jak Hongkong czy Tokio oraz nadal imponujących budynkach z czasów świetności handlu opium, które są mieszanką Nowego Jorku z lat 30-tych, architektury francuskiej i angielskiej.  Wszystko to, w zaskakujący sposób, nie tworzy kiczowatej mieszanki tylko wielkie, nowoczesne miasto z pięknym architektonicznie centrum i przyjemnymi przedmieściami (a nie obskurnymi,jak to często bywa).  Dodatkowo, jeśli ktoś kocha zakupy, to powinien poczuć się w Szanghaju jak w raju.  My nie kochamy, więc trochę nam te wszechobecne Prady, Vuittony, Gucci, zarówno prawdziwe jak i podrabiane, drażniły.  Ale można to oczywiście znieść. 




W Szanghaju poszłyśmy na Expo.  Nie miałyśmy tego w planach, ponieważ byłyśmy przekonane, że byłaby to dla nas zbyt droga impreza.  Organizatorzy wymyślili jednak tzw. wejście wieczorne, czyli bilet za ok. 10 euro uprawniający do wstępu na teren Expo po 17- tej.  Szanghaj żyje Expo, a my dzięki niemu właśnie mogłyśmy w Szanghaju odetchnąć.  Miasto jest dosłownie zalane setkami tysięcy wolontariuszy, którzy stoją na niemalże każdym rogu ulicy i mają za zadanie uczynić Szanghaj najbardziej przyjaznym miastem świata.  Duża część wolontariuszy to uczniowie i studenci mówiący jako tako po angielsku.  Nie potrafimy wyrazić, jak wielką czyni to różnicę.  Załatwienie wielu rzeczy niewykonalnych w innych częściach Chin, w Szanghaju stało się dziecinnie łatwe dzięki tym właśnie wolontariuszom. 

Chińczycy szczycą się tym, że szanghajskie Expo jest największym w historii.  To prawda - dziennie odwiedza je pół miliona ludzi.  Jest w tym jednak pewien trik.  Żadne z państw, które wcześniej organizowały światowe Expo, nie zwoziło autokarami setek tysięcy robotników, którzy w nagrodę za dobre wyniki pracy – zamiast pojechać do Pekinu jadą teraz na Expo.  Czy Portugalczycy lub Niemcy mogli podbić licznik wizyt o paręnaście (a może nawet kilkadziesiąt) milionów wręczając przodownikom pracy wejściówki?  Welcome to China.

Na temat Expo mamy podobnie rozbieżne zdania jak na temat terakotowej armii:

P: Jest to kompletnie bez sensu i niczemu nie służy.  Na Expo nie prowadzi się raczej rozmów handlowych, to raczej rodzaj konkursu piękności – kto przygotuje ładniejszy i ciekawszy pawilon.  Kompletna strata pieniędzy, energii i czasu.  Chińczykowi jest wszystko jedno czy odwiedza pawilon polski czy islandzki.  Ważne, żeby filmiki były ładne.  Największy zachwyt wzbudzały pawilony, w których działo się coś ciekawego np. puszczano film w 3-D albo można było się pobawić układaniem zdjęć na ekranie komputera.  Najpiękniejszy z tych, które zobaczyłyśmy – pawilon norweski – był zbyt wyrafinowany dla przeciętnego odbiorcy.  Nieliczni Chińczycy, którzy jednak go postanowili odwiedzić, przechodzili prze niego błyskawicznie nie zatrzymując się właściwie ani na chwilę.  A było przy czym.  A wiecie czemu nieliczni?  Bo pawilon norweski ewidentnie był bojkotowany.  Pojawili się przed nimi zapewne jedynie ci Chińczycy, którzy nie słyszeli o Noblu i nie wiedzą jak bardzo ostatnio Norwedzy zdenerwowali chińską partię komunistyczną. 
J: Mnie idea EXPO dość się podobała, do ubijania konkretnych interesów i nawiązywania kontaktów służą targi i wystawy tematyczne. Zadaniem EXPO jest promowanie kraju jako takiego, narodowy branding, gdzie każde państwo jest swoistą marką, która ma się po takiej wystawie dobrze ludziom kojarzyć, bo to może przełożyć się na różne płaszczyzny życia – turystykę, eksport, etc. Myślę, że również jest to bardzo ważna rzecz. A na zupełnie innej płaszczyźnie, wydaje mi się, że polski pawilon był na prawdę dobry.

Na koniec ciekawostka.  Chińczycy, na swoich ponad tysiąckilometrowych trasach z miasta A do miasta B, wymyślili autobusy sypialne (nie są jedyni na świecie, Chilijczycy i Argentyńczycy tez mają autobusy sypialne, tylko trochę inne).  W autobusie znajdują się trzy rzędy leżanek, każdy rząd piętrowy. Leżanki są w zdecydowanie chińskim rozmiarze, więc jeśli ktoś ma ponad 160 cm wzrostu nogi mu się nie mieszczą. Ale i tak jest to lepszy sposób na spędzenie dwudziestogodzinnej podroży niż siedzenie w fotelu. 

Blog się zbiesił i nie zamieszcza zdjęć robionych w pionie (tzn. zamieszcza, ale obraca je do poziomu).  Jako, że nasze najlepsze zdjęcie autobusu jest zrobione w pionie, poniżej J na autobusowej leżance; dolnej, nad nią był drugi poziom. 



niedziela, 17 października 2010

Chiny - cz. 2 - jedzenie

W Chinach nie można być głodnym.  Chińczycy jedzą niemalże bez przerwy i praktycznie wszystko, nie ma tu tematów tabu.  Dlatego jeździmy z karteczką, na której mamy namalowanego kurczaka, świnkę, krowę i rybę (na której ktoś miły dopisał nam po chińsku słowa „wołowina” etc.), po to aby uniknąć dramatu jakim byłoby zjedzenie mięsa psa.  Ale i tak nie zabezpiecza nas to przed wpadkami.  Ale o tym za chwilę. 

Pekin i Szanghaj mają ekskluzywne restauracje, głównie dla Europejczyków.  Nie znamy i nie żałujemy.  McDonalds, KFC, Subway są powszechne.  To dla tych, którym chińska kuchnia nie służy, a takich może być wielu z jednej prostej przyczyny – w Chinach nie występują smaki, które my określilibyśmy mianem łagodnych.  Gdy zamawiamy lekko ostre (pokazując na migi, że tej morderczej pasty mają dodać tylko trochę – od czasu, gdy wiemy jak ona wygląda) dostajemy danie, przy którym płaczemy rzewnymi łzami i które tak przeczyszcza nam zatoki jak żaden, najlepszy nawet, lek na katar. A obydwie uwielbiamy ostre jedzenie i mamy na nie bardzo dużą tolerancję.  Jak na polskie standardy, powiedziałybyśmy, że ponad przeciętną.  Więc jeśli ktoś nie lubi ostrego, w Chinach albo umrze z głodu, albo jest zmuszony do jedzenia suchego ryżu.  Dotychczas nie zjadłyśmy tylko jednego dania, ale jego ostrość była tu tylko wymówką.  Wielokrotnie upewniwszy się, że danie jest z wieprzowiną, dostałyśmy… wieprzową wątróbkę.  A tego nie zjemy (J, bo P w ogóle nie je mięsa, choć z tym w Chinach też jest kłopot).  Jak już wspomniałyśmy, Chiny są dla tych, którzy zjedzą wszystko.  Menu jest w większości knajp tylko po chińsku, możliwości dogadania się nie istnieją - więc albo korzystamy z opcji „daj się zaskoczyć” albo mamy problem.  Czasami w menu są zdjęcia, ale są zazwyczaj tak złej jakości, że niewiele z nich wynika.  A wracając do wątróbki – Chińczycy kochają podroby i różnego rodzaju flaczki, nereczki itp. stanowią połowę menu w większości knajp. 

Poza tą niedogodnością, Chiny są kulinarnym rajem.  Przeżywamy tu rozkosze podniebienia i są one zazwyczaj związane z jedzeniem ulicznym.  W restauracjach serwują dania pyszne, aromatyczne, ostre.  Jest to zazwyczaj mięso lub tofu smażone z warzywami plus miska ryżu.  W wersji tańszej makaron z dodatkami w bulionie.  Z jednym z naszych ulubionych dań związana jest anegdota językowa.  W Pekinie w menu figurowało danie „mushroom with rape” [poza Pekinem menu z napisami po angielsku prawie nie występuje].  Zdjęcie pokazywało grzyby z czymś zielonym czyli tym „gwałtem”.  „Gwałt” okazał się być chińską kapustką pak choi, delikatna i chrupiącą.  Danie jest powszechne i poza Pekinem było opisywane jako „mushroom with chinese cabbage”, ale my nadal na pak choi mówimy gwałtek.  I tak zapewne zostanie. 

Ale najbardziej uwiodło nas jedzenie uliczne.  W każdym mieście są małe, otwarte na ulicę bary, z których sprzedaje się zazwyczaj kluski z warzywami i mięsem albo wózki z szaszłykami.  A mnogość tych ostatnich jest oszałamiająca.  Nie ma rzeczy, nadającej się do jedzenia, z której nie można by zrobić szaszłyka.  W Pekinie ulica z nimi jest jedną z głównych atrakcji turystycznych, niemniej de facto jest to podstawowy sposób odżywiania się ludzi i sprzedaje się je wszędzie za śmieszne pieniądze.  Zabiera się je na wynos albo je na miejscu przy stoliku dla krasnoludków, siedząc na krzesełku, które u nas byłoby za małe dla najmłodszej grupy przedszkolaków.  (A Chińczycy cieszą się jak dzieci widząc cudzoziemców siedzących między nimi i jedzących szaszłyki.)  Na patyczki nadziewa się oczywiście mięso i ryby, ale te składniki stanowią akurat niewielką część asortymentu.  Podstawę szaszłykowego wyboru stanowią warzywa zielone czyli kolendra, pak choi, kapusta pekińska, różne sałaty; grzyby, w tym mun, shitake i coś na kształt boczniaków, ale też długie cienkie grzybki o kapeluszu jak łepek od szpilki, których wygląd może być początkowo przerażający bo w każdym europejskim atlasie grzybów cos takiego jest oznaczone jako „trujące, nie ruszać”.  Są przepyszne.  Po warzywach (poza sałatami są ziemniaczki, kalafior i brokuły, korzeń lotosu) i grzybach przychodzi kolej na soję.  I to jest temat na osobny rozdział.  Jeśli ktoś myśląc "soja" widzi szarawe tofu sprzedawane w polskich supermarketach, nie zrozumie o czym piszemy.  Soja występuje w formie delikatnego tofu o lekko galaretowatej konsystencji, w postaci płatów wiązanych w kokardki i inne fantazyjne kształty, w blokach przypominających japoński omlet tamago, w kwadratach do złudzenia przypominających mięso i przyprawionych na wszelkie możliwe sposoby (wszystkie oczywiście bardzo ostro), w postaci lekko gąbkowatej i tysiącu innych.  Nie da się opisać wielości sposobów przetwarzania i podawania soji w Chinach.  Gdy spojrzy się na wyposażenie chińskich sklepów spożywczych odnosi się wrażenie, że soja stanowi podstawowy składnik chińskiej diety.  Ale wracając do naszych szaszłyków.  Podaje się je na co najmniej cztery sposoby (tyle na razie spotkałyśmy).  Pierwszy i najbardziej popularny w Pekinie to gotowanie nadzianych na patyczek rzeczy w bulionie.  Jest to opcja najmniej ostra choć też niezbyt łagodna (szaszłyki są przyprawione podobnie jak i bulion).  Drugi sposób, bardziej popularny np. w Pingyao i Xi'an to smażenie szaszłyków na rozgrzanej blasze.  Trzeci to smażenie lub gotowanie ich a następnie wkładanie wszystkiego w bułkę i robienie z tego kanapki.  Czwarty, który poznałyśmy w Xi'an, a w Szanghaju okazał się być naszym chlebem codziennym, to zupa z szaszłyków.  Genialny wynalazek chińskiej myśli kulinarnej.  Do koszyczka wkłada się wybrane z lodówki szaszłyki, dokłada makaron i jajko.  Pani (lub pan, w Chinach panuje pełen egalitaryzm płci w zawodach zarówno kuchennych jak i związanych z prowadzeniem autobusów etc.) ładuje nasze składniki do bulionu, gdzie się gotują, a następnie zostają przełożone do miski, zalane bulionem, doprawione morderczą pastą i zupa - cud gotowa.  Jak ktoś nie wierzy, że jest to cudowne jedzenie musi przyjechać do Chin i najlepiej udać się gdzieś poza centrum, znaleźć mała lokalną knajpkę i spróbować. Potrawę tę podaje się z paczką chusteczek (patrz wątek zatoki i ostre jedzenie.)Jadłyśmy dużo dobrych rzeczy w Chinach, właściwie wszystkie były pyszne, ale zupa szaszłykowa była najlepsza. 

Chiny wydają się być rajem dla wegetarian.  Niestety tylko tym, którzy nigdy w nich nie byli.  Poza soją, podstawowym składnikiem kuchni chińskiej jest wieprzowina.  Danie, które nazywa się „tofu z warzywami” zawiera w sobie tofu, warzywa oraz oczywiście wieprzowinę.  I tak jest wszędzie.  W knajpach lepszych, gorszych, tych z menu po angielsku i tych bez.  Jedyne dania rzeczywiście wegetariańskie to kupowane przez nas namiętnie szaszłyki sojowe, ale nie te o których piszemy powyżej tylko zapakowane próżniowo w folię, sprzedawane na zimno w sklepach spożywczych.  Są bardzo ostre, w smaku przypominają mięso, są twardawe i bardzo smaczne.  Co do pozostałych dań nigdy nie ma gwarancji czy są rzeczywiście wegetariańskie.  Nawet nasza zupa szaszłykowa, do której można samemu wybrać produkty.  Skład i pochodzenie bulionu pozostaje tajemnicą kucharza. 

Po polsku mówi się „zupki chińskie” na określenie każdego rodzaju suszonej zupki z makaronem zasypanej ogromną ilością glutaminianu sodu.  W Polsce większość zupek jest de facto wietnamska, ale tutaj to określenie nabiera innego znaczenia.  Zupki w pudełkach są w Chinach konsumowane codziennie w ilościach wielomilionowych.  Nie tylko w podróży (w chińskich pociągach, podobnie jak w rosyjskich, wrzątek jest dostępny w każdym wagonie, w Chinach również na stacjach).  Chińczycy jedzą te zupki jak krakersy.  Od świtu do nocy.  I te lokalne chińskie, suszone zupki z pudełek wcale nie są smaczniejsze od tych, które za 2 złote można kupić w Polsce.  Nie jest więc tak, że kraj o wybitnych tradycjach kulinarnych stworzył suszony fast food godny uwagi.  Nie, te zupki są tak samo paskudne jak tzw. chińskie zupki wszędzie na świecie.  Czemu Chińczyk je to świństwo jeśli kilkaset metrów dalej może dostać podobną zupę z makaronem nie wiadomo.  Ale konsumuje.  Na pewno przekłada się to na chińskie PKB. 

I na koniec ciekawostka.  Chińska kuchnia nie słynie z deserów, a i my nie jesteśmy wielbicielkami słodkości.  W ogóle więc nie interesowałyśmy się ich słodyczami w postaci kulek z ryżu etc.  Gdy jednak pewnego deszczowego dnia trafiłyśmy do KFC, jako jedynego miejsca serwującego herbatę [dygresja: w kraju będącym ojczyzną herbaty wypicie jej na mieście graniczy z cudem.  Chińczycy noszą przy sobie butelki z herbatą, zapewne piją jej dużo, ale w ogóle nie znają instytucji kawiarni i nie piją niczego do jedzenia.  Gdy zmokłyśmy i zmarzłyśmy KFC było jedynym miejscem, w którym można się było napić gorącej herbaty... Lipton z torebki. W Chinach!!!], odkryłyśmy nasza zgubę finansowo – kaloryczną.  Pastel de nata czyli śmietankową babeczkę, jeden z kulinarnych specjałów … Portugalii.  W Lizbonie to ciasteczko sprzedaje się wszędzie.  Dla tych, którzy nie byli w Portugali słowo wyjaśnienia – to trochę jak pączek w Polsce, można go kupić u Bliklego na Nowym Świecie, ale też w supermarkecie.  I to ciasteczko, które uwielbiamy, jest dosyć powszechnie znane w Chinach.  Skąd?  Jest to wypiek kompletnie obcy chińskiej kuchni.  Mamy jedną teorię, ale nie znalazłyśmy oficjalnego jej potwierdzenia.  Makau.  Była portugalska kolonia, obecnie razem z Hong Kongiem czekająca na wyrok w postaci ostatecznego wcielenia do Chińskiej Republiki Ludowej, jest jedynym potencjalnym źródłem popularności pasteis de nata w Chinach. 

I wiecie co?  Te z KFC są najsmaczniejsze. 


Na koniec dwie ciekawostki.  W Pekinie, do obiadu serwowano wino.  Opis był po chińsku, tylko słowo "wino" po angielsku i trzy ceny, duża, średnia i mała.  Wywnioskowałyśmy, że duża jest za butelkę, średnia za karafkę a mała za kieliszek.  Zamówiłyśmy sobie dwa kieliszki wina do obiadu. Za chwilę na stół  wjechały dwie buteleczki - małpki, każda po 100 ml, z 46% spirytem o smaku i zapachu taniego bimbru.  Lokalnie nie rozumieli czemu robimy temu zdjęcia i zamiast wypić do obiadu pakujemy do plecaka.  


Chińczycy czasami mają dziwne smaki. Dotyczy to niewątpliwie chipsów.  Najpaskudniejsze jakie znalazłyśmy były o smaku ogórka.  Paskudztwo. 

Foto w kolejności : grzyby z gwałtkiem, snacki sojowe na zimno, nasze szaszłyki, wino" 46 %, które zamówiłyśmy sobie do obiadu.



Chiny - cz. 1

Od momentu wjazdu do Chin, nie miałyśmy możliwości zamieszczenia ani słowa na naszym blogu.  Wielki Brat pilnie cenzuruje wolność wypowiedzi, również po polsku.  Poniżej zamieszczamy skrót naszych wrażeń z pobytu w Chinach, od momentu wjazdu do Pekinu aż do czasu, gdy dotarłyśmy do jeszcze istniejącej wyspy wolności zwanej Hongkongiem.  Głębokie wyrazy współczucia dla ludności Hongkongu z powodu szybko zbliżającego się roku 2047.


Spacerując po Zakazanym Mieście, rozumiałyśmy przyczyny rewolucji (rewolucji, jako idei; sądzimy, że podobne wrażenia zapewne można odnieść w St. Petersburgu).  W porównaniu z Zakazanym Miastem, królowa brytyjska mieszka w służbówce, a holenderska wręcz w kurniku. O skandynawskich władcach nawet nie wspominajmy.  Hektary powierzchni zabudowanej pałacami, pawilonami, ogrodami. Wszystko wielkości naszej Ochoty. Pałaców są setki, w tym wiele takich, w których cesarzowa pojawiała się raz do roku żeby np. zasiąść na specjalnym urodzinowym tronie.  Przez pozostałe 364 dni w roku stał zamknięty, (choć na pewno służba musiała go regularnie sprzątać).  Pałac, w którym cesarz przygotowywał się do ceremonii, która miała miejsce w zupełnie innym budynku, etc. Przepiękna architektura, wspaniałe ogrody, ciekawe nazwy (Pałac Najwyżej Harmonii, Pałac Boskiej Czystości, etc.). W  sumie nie tak trudno zrozumieć, czemu biedni Chińczycy w końcu wkurzyli się na ten zbytek i pogonili cesarzy (przy dużej pomocy Japończyków).  Wrażenie to tylko potęguje wizyta w cesarskim Pałacu Letnim pod Pekinem. 

Z Zakazanego Miasta wychodzi się wprost na Plac Tiananmen.  Z jednej strony zamknięty jest ogromną bramą (Niebiańskiego Spokoju) z portretem Mao.  Tutaj „wielki przywódca” ogłosił powstanie Nowych Chin.  Po przeciwnej stronie placu nadal można oglądać, w mauzoleum wielkości dużego domu towarowego, zabalsamowane truchło Mao.  Gdy zaprotestowałam (P) przeciwko staniu w gigantycznej kolejce w celu zobaczenia Mao, J stwierdziła, że zawsze warto sprawdzić czy komunista na pewno jest już martwy.  (Poszła i potwierdziła, że wygląda jak z plastiku, wiec w sumie nie mamy gwarancji, że to on.  W Wietnamie J już się nastawia na oglądanie truchła Hi Chi Minha – Lenin w Moskwie był niestety czasowo zamknięty).  Plac otoczony jest przez wojsko plus zapewne setki tajniaków.  Nieważne, co się dzieje na tym placu, nieważne, jakie on ma znaczenie dla współczesnego Pekinu, dla mnie (P.) zawsze będzie miejscem masakry studentów w czerwcu 1989 r.  Dużo młodsza J., która w dniu masakry była jeszcze w przedszkolu, też ma jednoznaczne skojarzenia – czołg wjeżdżający w człowieka stojącego z podniesionymi rękoma.  


Pekin jest piękny, nowoczesny, czysty, zielony.  Ma taką liczbę pałaców, świątyń, parków, uliczek, muzeów etc., że mógłby obdzielić resztę Azji aż do granic Indii i nadal dużo by zostało. Gdyby nie smog, mógłby być miastem idealnym. Niestety sprawia też wrażenie miasta policyjnego. Wszystko jest niby normalne, ale na przejściach dla pieszych, w metrze, wszędzie jest policja lub tzw. wolontariusze. Nie wiemy, kim są wolontariusze, ale jakoś nie wierzymy, że to zwykli obywatele chętni dopomóc w pilnowaniu porządku. Dodatkowo, w metrze, na ulicach, w hostelu bombardują przyjezdnych hasła-rozkazy „bądź dobrym turystą”, „nie stój tutaj”, „nie śmieć” -  nie rób tego, nie rób tamtego, bo Wielki Brat patrzy. Później okazało się, że to wspólna cecha wielkich miast, w których wszystko jest na pokaz. W Szanghaju specjalni strażnicy przeganiają ludzi chcących usiąść na murku, krawężniku, trawniku. Nie wolno. Wolno usiąść tylko na ławce, a ławki występują w liczbie może ze 30 na 19 milionową megalopolis. Szczytem wszystkiego jest upominanie Chińczyków, żeby nie zdejmowali butów (co zresztą każdy Chińczyk robi od razu gdy tylko na chwilę usiądzie, tak jakby siedzenie w butach było szczytem niewygody) w miejscach publicznych o szczególnym znaczeniu dla miast np. na szanghajskim Bundzie lub na tzw. Starym Mieście. Upominają specjalni strażnicy, których zadaniem jest strzec powagi i elegancji miejsca. 

Ku naszemu zaskoczeniu, w Pekinie – mieście ponad piętnastomilionowym - Europejczyk potrafi wzbudzić takie zaciekawienie, że ludzie bez żadnego zażenowanie będą mu się przyglądać jak małpce w zoo. Chiny były państwem zamkniętym do lat 80-tych, ale obecnie są jednym z najczęściej odwiedzanych przez turystów krajów świata. Światowa Organizacja Turystyki szacuje, że w 2020 Chiny będą najpopularniejszym kierunkiem turystycznym na świecie. Nie dotyczy to może małych wiosek w Mongolii Wewnętrznej, ale z pewnością Pekinu i Szanghaju. W  tymże stołecznym Pekinie właśnie, w metrze tak nowoczesnym, że tokijskie wydaje się przy nim lekko zaśniedziałe, ludzie wpatrują się w białego jak w obrazek. A jest tam  naprawdę  sporo cudzoziemców. To, co dzieje się na prowincji, wydaje się wprost nierzeczywiste. W Datongu, prowincjonalnym, czyli tylko 1,5 milionowym mieście na zachód od Pekinu byłyśmy wydarzeniem na miarę wizyty głowy państwa. Gdy robiłyśmy zakupy w supermarkecie, ludzie pokazywali nas sobie palcami, a jeden pan z obsługi chodził za nami po całym piętrze i zaglądał do koszyka gdy tylko coś do niego wkładałyśmy. W końcu pożegnał nas machając do nas dopóki nie zniknęłyśmy za zakrętem. Chodząc po mieście, byłyśmy zmuszone rozdawać uśmiechy na prawo i lewo i odpowiadać każdemu pozdrawiającemu nas Chińczykowi. O późniejszym pozowaniu do zdjęć w pociągu nawet nie wspomnimy. Gdybyśmy były we wsi mającej 150 mieszkańców takie zachowanie wydawałoby się normalne, ale w dużym mieście? To samo powtarzało się wszędzie poza Szanghajem. 

***

Ludzie, z którymi nie mamy prawie żadnej płaszczyzny porozumienia, reprezentują natomiast dwa skrajne podejścia. Mniejsza część jest niesłychanie miła, pomocna, życzliwa.  Uśmiechają się do nas, próbują się skomunikować na migi (np. pokazując cenę na palcach) etc.  Są to zazwyczaj sprzedawcy w małych sklepikach lub w malutkich, lokalnych restauracyjkach żywiących miejscowych lub młode studentki spragnione kontaktów z Zachodem. Zasadnicza większość jednak jest arogancko - obojętna, wydają się nie przyjmować do wiadomości, że ktoś nie mówi i nie rozumie po chińsku, nie potrafi przeczytać rozkładu jazdy napisanego w całości w chińskim alfabecie, nie rozumie co się do niego krzyczy na peronie metra etc.  Potrafią być nieprzyjemni i jedynie od czystego przypadku zależy, czy pani w okienku na dworcu, u której będziemy kupować bilet będzie na tyle miła, żeby spojrzeć na wskazaną jej w przewodniku nazwę miasta (po chińsku) i dodatkowo przeczytać podaną jej karteczkę z datą, na kiedy potrzebujmy bilet, czy też będzie od nas przemawiać z rosnąca irytacją i w końcu nas nie obsłuży. Jest to na pewno trudny kraj do podroży. Momentami, gdy byłyśmy zmęczone walką z rozkładami jazdy, paniami w okienkach, menu po chińsku przychodziła nam do głowy myśl, że jednak Chiny mogą być jednym z nielicznych krajów, do których warto się wybrać z wycieczką. To, co dodatkowo czyni podróżowanie po Chinach drogą przez mękę, to dostępność (a właściwie brak dostępności) transportu publicznego. Chiny są pierwszym miejscem na świecie, w którym spotkałyśmy się ze zjawiskiem kupowania biletów na pociąg na tzw. czarnym rynku. Z jednej strony popełniłyśmy duży błąd, polegający na tym, że Pekin opuściłyśmy w dniu, w którym w Chinach zaczynają się najdłuższe (obok Chińskiego Nowego Roku) wakacje tzw. Golden Week. Nie należy wtedy podróżować, bo miliard trzysta milionów Chińczyków rusza właśnie w drogę. Ale wakacje się skończyły, a biletów nadal nie było. W dowolnym mieście, na pytanie o bilety z punktu A do punktu B, zawsze pada odpowiedź „nie ma”. Hotele teoretycznie oferują pomoc w zakupie biletów, ale w praktyce również mówią „nie ma”. Pobyt w każdym miejscu, w którym byłyśmy trwał co najmniej o kilka dni dłużej niż planowałyśmy, ponieważ czekałyśmy na możliwość wydostania się z niego. Plus zaliczyłyśmy parę ciekawych historii transportowych. 

Z Datongu chciałyśmy jechać do Pingyao.  To jakby (w dużym uproszczeniu i przy zachowaniu proporcji kilometrów do wielkości kraju) jechać z Warszawy do Poznania.  Na dworcu usłyszałyśmy „nie ma”. Nie ma na jutro, nie ma na pojutrze, nie ma w ogóle. Między naszymi punktami podróży znajdowała się miejscowość Taiyuan. Coś jakby Kutno na trasie do Poznania. Kupiłyśmy więc bilety do Taiyuanu. W pociągu (w Chinach pociąg na trasie 400 km to lokalny osobowy) wzbudziłyśmy sensację. Młody chłopiec o bardzo słabym angielskim, który siedział z nami w przedziale zadawał nam standardowe pytania skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, jak nam się podoba w Chinach. Dzięki jego tłumaczeniu na chiński, cały wagon zbiegł się do naszego przedziału i przyglądano się nam z zaciekawieniem. Pewna -na oko- 50-letnia pani stwierdziła, że po raz pierwszy widzi na żywo cudzoziemców. Nie była to raczej prosta chłopka, w każdym razie na taką nie wyglądała, a jej córka studiowała w Szanghaju. Dzięki temu zainteresowaniu właśnie i naszemu tłumaczeniu, że chciałyśmy jechać gdzie indziej, ale nie było biletów, więc jedziemy do Taiyuanu i tam będziemy szukać dalszego transportu, nagle okazało się, że pociąg w którym siedzimy jedzie nie tylko do Pingyao właśnie, ale jeszcze dalej. Przy ogromnym poruszeniu połowy wagonu, bardzo głośnych dyskusjach i pomocy chłopca ze szczątkowym angielskim udało się to potwierdzić u konduktorki, a następnie dokupić bilet do Pingyao. I w ten oto sposób, nie wysiadając w ogóle z pociągu, dotarłyśmy do Pingyao. Dlaczego w Datong nie sprzedano nam biletów do Pingyao pozostanie tajemnicą.

Gdy natomiast chciałyśmy się wydostać z Pingyao, okazało się, że jest to niemożliwe przez następne dwa tygodnie. Spędziłyśmy parę godzin chodząc po mieście i szukając biletów.  Bez skutku. Nie wiedząc co robić, złapałyśmy się ostatniej deski ratunku - poszłyśmy do hostelu polecanego w LP. Właścicielka która mówiła świetnie po angielsku, powiedziała, że postara się pomóc i kazała przyjść następnego dnia. Podzwoniła gdzie trzeba i stwierdziła, że zarezerwowała nam bilety na następny dzień, na nocny pociąg do Xi'an (zdecydowanie wcześniej niż chciałyśmy, ale w takiej sytuacji człowiek nie wybrzydza).  Nie dostałyśmy ich do ręki, ale miałyśmy odebrać je nazajutrz. Następnego dnia było nerwowo, nie byłyśmy jedynymi czekającymi na bilety, w końcu, na 2 godziny przed odjazdem pociągu (co miało nastąpić ok. 23) okazało się, że są bilety w formie ksero. A trzeba wiedzieć, że w Chinach, aby wejść na peron trzeba pokazać bilet. W dodatku ksero to wskazywało na inną trasę niż nasza. Okazało się, że jest to bilet zakupiony na całej trasie pociągu, my natomiast pokonujemy znaczną jej część, a nie całość; że jest kupiony od konika, który nabył go w miejscu wyjazdu pociągu; że oryginalny bilet dostaniemy w naszym wagonie do którego na pewno nas wpuszczą (jasne, pół Chin jest zaangażowanych w ten proceder, więc nikt nie mrugnął okiem na widok naszych kserówek) etc.  Za bilet zapłaciłyśmy dużo za dużo (bo za całą trasę plus prowizje dla wszystkich pośredników po drodze), ale do pociągu weszłyśmy i dojechałyśmy do Xi’an. I oto chodziło, ale wierzcie nam, podróżowanie po najbiedniejszych krajach Czarnej Afryki jest dużo łatwiejsze. 

Gdy w Szanghaju kupowałyśmy bilety do Hongkongu (tym razem bez kłopotu bo to trochę taka zagranica) pod kasami kręcili się panowie szepcąc do każdego wchodzącego „Beijing, Beijing”. Trochę jak u nas w latach późnych osiemdziesiątych „dolary, marki, dolary, marki”. A to oznacza, że biletów do Pekinu nie ma i trzeba je kupować u tych panów. 

***

O blokowaniu internetu w Chinach napisano już wszystko.  Ale dlaczego nie działa nasz blog?  Dlaczego nie działają polskie strony np. ze słownikami? Czemu nie działają strony, na których pasjonaci opisują orientalne warzywa i owoce?  A youtube?  Artykuł na gazeta.pl na temat 10 najsłynniejszych filmowych tematów muzycznych otwiera się wprawdzie, ale już posłuchanie Simona i Garfunkela lub obejrzenie Umy Thurman tańczącej z Travoltą – zabronione.  Chiński cenzor ma dziwne poczucie humoru.  Można zarezerwować hostel przez strony hostelbookers.com i hostelword.com ale nie można już ocenić hostelu, w którym się spało, nawet jeśli był on w Mongolii (bo rozumiemy, że możliwość wyrażenia negatywnej opinii o hostelu w Chinach jest raczej mało prawdopodobna). Chodzi chyba o wyrażanie opinii na jakikolwiek temat. Jak wiadomo, jest to niebezpieczne i może zaszkodzić systemowi. Facebook i Twitter zablokowane. Gmail, Onet i Gazeta.pl działają, ale za to jak. Skanowanie stron musi odbywać się na bieżąco wiec internet chodzi jak za czasów pierwszych modemów, z których można się było wdzwonić na numer TPSA. Wysłanie maila z załącznikiem graniczy z cudem. Czasami konieczne jest skorzystanie z kafejki internetowej poza hostelem. A to wymaga wylegitymowania się. Pokazałyśmy paszporty.  Panienka za ladą zdziwiła się niemożebnie, że nie mamy chińskich dowodów osobistych. Należała jednak do nielicznej grupy życzliwych i sympatycznych osób, mówiąc od nas dużo i głośno po chińsku, wyciągnęła zostawiony dowód jakiegoś Chińczyka, zarejestrowała nas na niego i pozwoliła surfować do woli. Mamy nadzieję, że bookowaniem hosteli i pisaniem maili nie sprawiłyśmy, bogu ducha winnemu Chińczykowi, żadnych kłopotów. Z obawy i jego bezpieczeństwo nie wchodziłyśmy na polskie strony. Chyba by się z tego nie wytłumaczył.

***
W Chinach, podobnie jak w Japonii i kilku innych krajach azjatyckich, publiczne dmuchanie nosa w chusteczkę jest jednym z najbardziej odrażających zachowań. Nie robi się tego, tak jak np. w Europie nie sika się publicznie (to akurat Chińczykom nie przeszkadza, zarówno dzieci jak i mężczyźni sikają publicznie; te pierwsze również do torebki w miejscach takich jak środek KFC czy McDonalda). Chińczycy jednak mają naturalne ludzkie przypadłości i miewają katar. Co robi zakatarzony Chińczyk niezależnie do wieku, płci i pozycji społecznej?  Uwaga – będzie obrzydliwie!! Chińczyk wciąga głośno katar a następnie spluwa nim, charchając przy tym donośnie na chodnik (przepraszamy, ale nie istnieje inne słów niż „charchać” na określenie tego co robi zakatarzony Chińczyk). Słuchanie i oglądanie tego jest doznaniem jedynym w swoim rodzaju, a odgłos ten nieustanie nam towarzyszy. Wprawdzie u nas też można czasami spotkać panów, którzy oddają się przyjemnemu oczyszczaniu dróg oddechowych w podobny sposób, ale jest to jednak margines. W Chinach jest to norma i nawet Zakazane Miasto nie jest wystarczająco godnym miejscem, aby powstrzymać się od opluwania chodników. Drugim ciekawym zwyczajem jest spluwanie resztek jedzenia na podłogę w knajpie lub innym miejscu, w którym się je. Co kraj to obyczaj, tutejszy zakazuje w imię dobrych manier wyjmowania sobie z ust kostek, ości, innych niejadalnych fragmentów.  Jeśli się taki trafi, należy splunąć nim na podłogę. W autobusie, mężczyzna pluł na podłogę twardymi fragmentami kurzej stopy, lokalnej delicji.  Kurza stopa, sprzedawana w całości, ma ścięgna i pazury, więc nawet można zrozumieć potrzebę ich wyplucia. 

Chińczyków jest obecnie jakieś miliard trzysta milionów. Nie wiemy czy to z tego powodu, czy raczej ze względu na ciągle obecną komunistyczną ideologię, Chińczycy są mistrzami wymyślania najbardziej bezsensowych zawodów, które jednak dają tej masie ludzi pracę. Na dużych skrzyżowaniach stoją policjanci kierujący ruchem. Zamysł ciekawy, a efekt żaden - tutejszy ruch uliczny jest chaotyczny, zbyt szybki, samochód ma zawsze pierwszeństwo przed pieszym (nawet gdy pieszy ma zielone) i na pewno żadne machanie rękami policjanta nie ma tu żadnego wpływu na to kto, skąd  i jak jedzie. Ale jakby tego było mało, przy światłach dla pieszych stoją dodatkowi „strażnicy świateł”. Pilnują świateł i pieszych tzn. stoją i patrzą jak ludzie starają się przejść przez ulicę i nie dać się zabić. W wielu miejscach pracuje także „chorągiewkowy”.  Jest to człowiek dowolnej płci i wieku, który w miejscu ruchu pieszego lub motorowego stoi i macha chorągiewką. Jego machanie ma na celu zazwyczaj wskazanie kierunku ruchu (który i tak jest dosyć oczywisty), a czasami jest kompletnie bezsensowne. W metrze spotyka się tłumy umundurowanych ludzi, którzy często tylko stoją przy wejściu, na peronie lub przy maszynie skanującej torby, ale nic poza tym - maszyny od skanowani obsługuje ktoś inny (każde wejście do metra wymaga przeskanowania torby jak na lotnisku). W supermarketach wokół półek kręcą się panienki, które starają się pomóc w robieniu zakupów. Te akurat okazały się pomocne. Nie mówią po angielsku, a my po chińsku (jeszcze nie :-), ale za to opanowałyśmy do perfekcji sztukę komunikacji pozawerbalnej. Wyłącznie przy pomocy rąk i dziwnych min udało nam się kupić masę rzeczy w tym … odplamiacz do ubrań kolorowych .  Globalizacja działała tylko do granic Chin.  W Rosji i Mongolii (i tak będzie też dalej) można było kupić Nivea, Colgate, Vanish, etc.  Tutaj, być może również są dostępne produkty Colgate i Timotei, ale nie mamy szansy się o tym przekonać. Alfabet łaciński w piśmie istnieje tylko w oznaczeniach nazw ulic i stacji w metrze lub – co dziwne – w śródtytułach książkowych i prasowych. 

**

Jak wspomniałyśmy, z Chińczykami mamy pewien problem.  Chiny to kraj tak ciekawy, z tradycja, kulturą i zabytkami tak imponującymi, że w całej Azji trudno o drugi taki (poza Indiami oczywiście). Z drugiej strony jednak, to kraj do którego trudno odczuwać sympatię ze względu na jego mieszkańców. A trzeba pamiętać, że jest ich grubo ponad miliard. Chińczycy są narodem pozbawionym empatii, typowych dla człowieka Zachodu zachowań prospołecznych i w dużej mierze również wyobraźni. Ich maniery są zazwyczaj zwyczajnie nieznośne lub przykre, czasami szokujące. De facto prezentują jednak kompletną pogardę dla drugiego człowieka i jego potrzeb. Gdy wsiadałyśmy do pogrążonego we śnie nocnego pociągu, w sposób dla nas naturalny starałyśmy się zachowywać tak cicho jak to możliwe. Tak samo zachowywały się podróżujące z nami dziewczyny (Brytyjka i Nowozelandka). Chińczycy nie rozumieją w ogóle takich zachowań. Gdy wstają o szóstej rano, zaczynają krzyczeć, robić wokół siebie zamieszanie godne sycylijskiej rodziny w środku poważnej kłótni.  Nieistotne jest, że jest bardzo wcześnie i inni jeszcze próbują spać. Nieistotne jest, że są małą grupką wśród wielokrotnie większej grupy śpiących. Gdy w środku nocy zadzwoni komuś komórka w pociągu lub autobusie, będzie przez nią rozmawiał tak głośno jak tylko to możliwe (a trzeba pamiętać, że chiński jest językiem tonalnym, co samo w sobie powoduje, że Chińczycy mówią głośniej niż te narody, które posługują się językami nietonalnymi). Kompletny brak zainteresowania Chińczyków potrzebami innych wokół wydaje nam się dosyć charakterystyczną ich cechą. Doświadczyłyśmy tego nie tylko w pociągach, ale np. na dworcach gdzie mała (jak na Chiny) grupa kilkuset osób potrafi zablokować kilkudziesięciu- metrowe dojście do autobusów nie zważając na to, że ich autobus odjeżdża za godzinę lub trzy, a nasz za 3 minuty i nie jesteśmy w stanie przebić się przez ciżbę, zbitą gęsto i stojąco bez ruchu, niereagującą na świat zewnętrzny, jak banda somnambulików.  W takiej sytuacji skutkowały zachowanie skandaliczne gdzie indziej, czyli głośny krzyk (niestety, jakkolwiek okropnie by to nie brzmiało, jest to jedyny sposób, którym można coś osiągnąć, gdyż prośby, uśmiechy, pytanie etc. nie zadziałają.  Co smutne, krzykiem zazwyczaj można wymusić to, co normalnie można by osiągnąć bez konieczności jego użycia, gdyby tylko nasz chiński interlokutor reagował na nasze prośby). Podobne efekty przynosi wykorzystanie przewagi wzrostu (głownie J ale i P w wielu sytuacjach góruje o głowę nad resztą) oraz absolutni chamskie pchanie się i roztrącanie ludzi. 

Zwykłe poruszanie się po ulicy również pokazuje tę przykrą cechę Chińczyków.  W każdym, nawet średnim mieście, ulice zalewają tłumy ludzi, a poruszanie się przypomina odrobinę chodzenie po Krupówkach w Sylwestra lub po Monciaku w Sopocie latem, tylko, że zwielokrotnione. I w tej ogromnej grupie ludzi, Chińczycy poruszają się nie zważając na otaczający ich miliard osób. Zazwyczaj tłum ten porusza się w sposób raczej zorganizowany, czasem jednaj, nagle okazuje się, że nie możemy przejść ani centymetra dalej, bo 10 Chińczyków zatrzymało się, że porozmawiać z 20 Chińczykami idącymi z naprzeciwka. Blokują cały chodnik, ale nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby odejść na bok, przesunąć się. To, że paraliżują ruch kompletnie do nich nie dociera. Podobnie na szczycie schodów ruchomych ktoś zatrzyma się, blokując ruch ponad setki osób stojących poniżej. A tym, co w tym wszystkim fascynujące – pozostały miliard Chińczyków, w ogóle niezbulwersowany takim zachowaniem, próbuje przecisnąć się gdzieś bokiem, wychodzi na jezdnię (co grozi śmiercią przez rozjechanie) lub delikatnie przeciska się między grupą blokującą chodnik. Z drugiej strony, jeśli, durny cudzoziemcze, wpadniesz na Chińczyka, potrącisz go, nie dlatego, ze jesteś pijany lub głupi tylko dlatego, że nagle zatrzymał się przed tobą na środku chodnika, możesz spodziewać się, że spojrzy na ciebie z takim zaskoczeniem i pretensją, że choćbyś chodził sto lat po europejskich chodnikach, takiego spojrzenia nigdy nie napotkasz. 

Relacje Chińczycy – Europejczycy świetnie oddaje spotkanie J z szwajcarską stewardesą na Expo w Szanghaju (o Expo później).  W toalecie, J usłyszała nerwowe „nie pchaj mnie, nie pchaj mnie”, które Europejka na granicy załamania nerwowego wykrzykiwała pod adresem pewnej Chinki. J, skomentowała „jak nie popychasz, to sama zostaniesz popchnięta, inaczej nie dostaniesz się do toalety”. Szwajcarska stewardesa (jak się okazało), ciesząc się bardzo z widoku europejskiej twarzy i brzmienia angielskiego stwierdziła, że wie o tym doskonale, bo lata często do Szanghaju i są to jej najgorsze loty. Chińczycy są jej zdaniem jedyną nacją, która w samolocie włazi do kuchni na okrągło, jak również jedyną, która nie cofa się no widok wózka aż do momentu w którym ten nie przejedzie im po stopach. Przyleciała do Szanghaju rano, a o 20 miała już serdecznie dosyć. W dodatku - jak stwierdziła- przez durnowate regulacje czasu pracy, musi tu siedzieć trzy!! dni. Gdy w końcu weszła do toalety rozległ się tylko głośny jęk „O nie!!! Potrzebuje normalnej toalety”. Za drzwiami oczywiście była toaleta „kucana”, jak w całych Chinach. Pożegnała się z J sloganem wypowiedzianym z takim jadem, że aż dziw, że nie zabił wszystkich Chińczyków w okolicy – „Welcome to Swissair.  We fly to Shanghai”. 

Chiny to oczywiście  nie tylko kłopoty z transportem i wkurzający Chińczycy (bo trafiają się też bardzo mili).  To także wspaniałe zabytki, oszałamiające miasta i przede wszystkim – jedzenie i Szanghaj.  Ale o tym w następnym wpisie. 

Hongkong

Jesteśmy w Hongkongu gdzie Wielki Brat jeszcze nie dotarł (ale już stoi u wrót).  Mamy dostęp do naszego bloga i dziś (według waszego zegara) na pewno coś zamieścimy.  Dodatkowo, dosyć gwałtownie zmieniły nam się plany i jutro o świcie wylatujemy na 14 dni do Japonii.  Potem wracamy do Hongkongu, więc przez następne ponad 2 tygodnie blog będzie działał normalnie. Po tym czasie zmuszone jesteśmy ponownie wjechać na teren Chińskiej Republiki Ludowej (jak nas wpuszczą, mamy na karku jeden raport policyjny  - P została zatrzymana na dworcu z nożem, który został uznany za potencjalne narzędzie niepokojów społecznych; nóż zarekwirowano, protokół spisano, odciski palców P pobrano, P uszła z życiem i wyjechała z ChRL, ale czy wjedzie ponownie nie wiadomo), aby lądem przejechać do Wietnamu.  Jeśli nas nie wpuszczą,  ten odcinek pokonamy drogą powietrzną.  Jeśli wjedziemy, blog zamilknie ponownie maksymalnie na tydzień.  Na razie cieszmy się wolnością :-)

J i P