piątek, 5 sierpnia 2011

W drodze do Meksyku



Opuściłyśmy Gwatemalę turystycznym busikiem, kilkadziesiąt razy droższym niż lokalne autobusy, ale szczerze mówiąc, chicken busy ostatnio nas wykończyły. Zarówno w trakcie tej, jak i poprzednich podróży, jeździłyśmy najprzeróżniejszymi środkami transportu i mamy dużą odporność na niewygody typu brudne, rozpadające się autobusy, wielogodzinne spóźnienia etc. Podróż chicken busem jest fantastycznym doświadczeniem - kolorowym i mocno folklorystycznym. J narzeka wprawdzie, że nie udało jej się spotkać w żadnym z nich jednego choćby kurczaka (było za to dużo kotów - jako towar deficytowy kupowane są one na targach, a następnie wiezione do nowego domu w reklamówce lub pudełeczku; drą się przy tym niemiłosiernie, o co nie mamy do nich pretensji :-). Mimo wszystko, podróż takim środkiem transportu, trwająca dłużej niż 2 godziny, staje się torturą. Siedzenia są niewygodne i skonstruowane dla dwóch krasnoludków (nawet P nie mieszczą się nogi, J skazana jest więc na siedzenie z kolanami pod brodą), na których ściśnięte są trzy osoby plus jedno lub dwoje dzieci, kierowcy jeżdżą szybko i na każdym zakręcie wszyscy spadają ze skajowej kanapy, aby na następnym wcisnąć w ścianę nieszczęśnika siedzącego pod oknem. Ścisk i, powiedzmy to wprost, smród są nieznośne. Nie ma bagażników, więc tobołki walają się wszędzie (tylko największe trafiają na dach). Oczywiście wyje muzyka, co nie jest żadną nowością, ale nadal wkurza itd. Jeździłyśmy chicken busami od Panamy po Gwatemalę i mamy dosyć. Wyjeżdżając więc z Quezaltenango do Meksyku, z finansowym bólem serca, kupiłyśmy dwa miejsca w turystycznym busie. No i nas pokarało. Wszyscy ładnie pachnieli i siedzenia były wygodne, ale za to towarzyszył nam niejaki… Héctor.

Zanim o nim napiszemy, słowo wyjaśnienia. Nie mamy nic przeciwko jakimkolwiek używkom (P mówi „nie” papierosom palonym publicznie, ale we własnym domu, każdy może robić na co ma ochotę). Jeśli ktoś chce ćpać, proszę bardzo. Zapić się na śmierć – jego/jej wybór. To, co jednak wzbudza w nas agresję, to dorabianie jakiejkolwiek ideologii do własnych uzależnień i pranie mózgu innym ludziom. Héctor był właśnie takim wyjątkowo uduchowionym ćpunem. Gdy wsiadł do busa, śmierdział trawą tak bardzo, że pierwsza myślą, jaka przeszła przez nasze głowy, było to, że zbliżamy się właśnie do przejścia granicznego z Meksykiem, w związku z czym, pozostaje mieć nadzieję, że gdy celnicy zajmą się trzepaniem Héctora i jego bagażu w poszukiwaniu dragów, nie wstrzyma to naszego odjazdu. Póki co, filozof natychmiast zagadał do siedzącej obok Holenderki, która szybko dowiedziała się, że jakkolwiek wszystkie rządy na świecie są złe, skorumpowane i knują spiski przeciw obywatelom, to holenderski, jako jedyny, zasługuje na uznanie, oczywiście dlatego, że w Holandii można legalnie palić trawkę. Héctor był wysokim mężczyzną o tubalnym głosie, który natychmiast wypełnił cały bus, gdy zaczął udzielać wszystkim rad, gdzie powinni zamieszkać, co jeść i które miasta w Meksyku są niebezpieczne. „Niebezpieczne” miejsce, w rozumieniu Héctora, to takie, w którym jest dużo policji, co zwiększa szanse na bycie zatrzymanym i przeszukanym. Nowozelandczyk, który nieopatrznie przyznał się, że jest ogrodnikiem, został natychmiast zarzucony poradami, jak hodować różne zioła i grzybki. Nieszczęśnik zajmował się projektowaniem ogrodów, ale może po powrocie zmieni specjalizację. My dwie musiałyśmy mieć na twarzach wypisane złotymi zgłoskami „nie zbliżaj się do nas i zamknij się wreszcie”, bo gdy Holenderka i Nowozelandczyk wcisnęli w uszy słuchawki, Meksykanin rzucił się na jedyną osobę w busie, która podzielała jego światopogląd. Postać dosyć nietypową – bardzo wysokiego Japończyka, niechlujnie ubranego, z rzadką, długą kozią bródką i z gigantycznym kokiem z dredów na czubku głowy, który skrywał ponoć jakąś czakrę (no comment). To było to. Héctor pokochał go do razu i zaczął dzielić się z nim swoimi przemyśleniami i opowieściami typu: „Tylko Ty i ja mamy otwarte umysły, ponieważ trawa otwiera nasze myśli i pozwala rozpocząć wewnętrzny dialog z samym sobą. Dlatego jest nielegalna. Jak chcesz mam jeszcze jednego jointa, więc zapalimy wspólnie, przyjacielu, w trakcie postoju na siusiu”. Jak powiedział, tak uczynili. Dalsze opowieści dotyczyły modyfikowanej żywności, rewolucji przemysłowej w Anglii, końca świata, który ma nadejść w grudniu oraz narkotyzowania się na Isla del Sol na jeziorze Titikaka - miejscu magicznym i wyjątkowym, aczkolwiek dopiero odpowiednia porcja pejotlu pozwala dostrzec jego duchowość w pełni (pewnie dlatego nam się niezbyt podobało, bo zapodałyśmy sobie jedynie piwo i wino :-). Héctor był tam z przyjacielem, który nie umiał grać na flecie, ale po połączeniu kilku substancji, które panowie wypalili, wciągnęli i wypili, kolega wziął instrument w ręce i zaczął grać jak sam anioł, a chmury nad Titikaka się rozstąpiły. I w ten oto sposób, Héctor zabawiał nas wszystkich (słuchawki ani stopery nie odcinały od jego donośnego głosu) przez ponad trzy godziny. Gdy wszyscy (włączając Japończyka i kierowcę) dali mu ostentacyjnie do zrozumienia, że nie chcą go już słuchać, wyjął komórkę i puścił na cały regulator (miał słuchawki, ale nie uważał za stosowne ich używać) swoją muzykę, do której głośno śpiewał i pogwizdywał. I tak przez następną godzinę. Héctor nie był dzieckiem z ADHD, tylko facetem po 40-tce. Mieszkał w hippisowskim San Marcos nad Atitlánem, gdzie zajmował się handlem biżuterią. Jesteśmy pewne, że nie tylko to można było od niego kupić. Wykończył nas bardziej niż najgorszy chicken bus. Na całe szczęście zniknął na granicy i zupełnie nas nie obchodzi, co się z nim stało. Wszystko to jest niestety elementem szerszego problemu. Gwatemalskie nastolatki obserwując takich jak on, oraz innych przybyszy z bogatego Zachodu (Héctor był akurat Meksykaninem, ale niewątpliwie zamożnym), święcie wierzą, że chlanie i ćpanie jest normalnym sposobem na życie i "fajną codziennością" modnych i bogatych.

W ten oto sposób dotarłyśmy do Meksyku, do San Cristóbal de las Casas (SCC) w stanie Chiapas. Ładnie tu i kolonialnie, choć gdy wjechaliśmy na główny plac miasta, zblazowana J rozejrzała się i zapytała, czy znowu jesteśmy w Granadzie w Nikaragui. Coś w tym jest. Kolonialne miasta Ameryki Łacińskiej są bardzo ładne, przyjemnie się w nich mieszka i miło po nich spaceruje. Jeśli ktoś lubi takie atrakcje, może spędzić w nich tydzień, odwiedzając setki kościołów. Prawdą jest jednak, że większość z nich jest do siebie bardzo podobna. Po blisko 5 miesiącach w Ameryce Łacińskiej, kolorowe miasteczka zaczynają się nam trochę zlewać . 


Chiapas jest najbardziej buntowniczym i rozpolitykowanym meksykańskim stanem. Pod katedrą w SCC trwa protest jednej z lewicowych organizacji.
 

To, co jednak bardzo nas uderzyło w tracie pierwszych godzin pobytu w SCC, to wygląd miejscowych Indianek i ich dzieci. Gwatemalę dzieli do Meksyku ekonomiczna przepaść i nawet jeśli Chiapas jest jednym z biedniejszych stanów Meksyku, to nadal poziom życia i zamożności społeczeństwa jest tu dużo wyższy niż u sąsiadów. Dlatego też nie mogłyśmy pojąć, dlaczego właściwie wszystkie indiańskie kobiety i ich dzieci, handlujące rękodziełem i pamiątkami, są brudne, zabiedzone i zaniedbane. W Gwatemali to do nie pomyślenia, nawet w najmniejszych i najbiedniejszych wioskach. Praca dzieci jest tam powszechna, bo to bardzo biedny kraj, a Indianie znajdują się na dole drabiny społecznej. W Meksyku jest podobnie, ale mimo wszystko, wygląd miejscowych dzieci był dla nas szokiem. Jedyne porównanie, jakie przychodzi nam do głowy, to Indie.



Ostatnie dwa tygodnie naszej podróży miały być spokojnym odpoczywaniem na plażach Jukatanu, przeplatanym krótkimi wycieczkami po okolicy. To nie mogło się udać. W drodze do Meksyku, J uznała, że jej największym marzeniem jest zobaczenie Ciudad de México z domem Fridy Kahlo, gigantyczną flagą i piramidami w Teotihuacan. Tyle tylko, że stolica jest nam bardzo nie po drodze. Podróż ta jednak ma być realizacją marzeń właśnie, więc zamiast odpoczywać, zwiedzając ruiny Majów i snorklując na rafie koralowej, pakujemy się w autobus nocny i jedziemy na dwa dni do stolicy. Potem czeka nas 20 godzin podróży i jesteśmy na Jukatanie. Kompletne szaleństwo, ale po gwałtownej wymianie myśli i poglądów, J postawiła na swoim. Jak zwykle zresztą :-).

W Warszawie stały kiedyś krowy, w Monachium widziałyśmy lwy, w SCC pełno jest za to kolorowych jaguarów.
 

1 komentarz: