czwartek, 18 sierpnia 2011

Kurorty



Pierwszym niemiejskim rejonem, odwiedzonym przez nas w trakcie tej podróży, była Syberia. Ostatnim – meksykański Jukatan i jego kurorty. Trudno znaleźć dwa równie odmienne światy, zarówno pod względem kultury, jak i krajobrazu. Plaże Jukatanu warte były zobaczenia (choć żadna z nas nie przepada akurat za kąpielami słonecznymi; oglądamy w zachwycie kolory morza i po kąpieli, uciekamy szybko w cień) nawet za cenę zniesienia tandety i hałasu. A te mają się wyjątkowo dobrze, szczególnie na wyspie Cozumel i Playa del Carmen. Bary i restauracje, w których obsługa udaje, że nie zna hiszpańskiego (dlaczego? Nie wiemy i pomimo wielu prób, nie potrafimy tego rozgryźć) oraz tysiące sklepów z wybitnym badziewiem, wśród którego królują koszulki gloryfikujące stan upojenia tequilą albo zdolności seksualne właściciela. Nie trzeba właściwie dodawać, że przeciętny ich posiadacz jest brzuchatym Amerykaninem w średnim wieku, zaśmiewającym się do rozpuku z napisów w stylu – „I have Ph.D. – pretty huge dick”. Pamiątkowe t-shirty na Jukatanie przebiły nawet te z Khao San Road w Bangkoku, rzecz w którą jeszcze niedawno byśmy nie uwierzyły.

To nas akurat bardzo rozbawiło - reklama Irish Pubu na Cozumel
 

Nurkowanie na Cozumel nie rozczarowało i warte było spędzenia tam dwóch dni, choć tym, którzy nie uprawiają tego sportu, z całego serca radzimy trzymać się od wyspy z daleka. Nie ma tam absolutnie nic interesującego, do jedynej ładnej plaży jest 20 km, a transportu publicznego brak. Playa del Carmen jest, obok Cancún, największym kurortem Jukatanu, ale ma przynajmniej piękną piaszczystą plażę w samym centrum miasteczka i pozostałości rafy, które można oglądać bez konieczności wynajmowania łodzi. Podsumowując, Tulum nie bez powodu cieszy się opinią miejsca spokojnego i mało zatłoczonego. Zrozumiałyśmy to jednak dopiero wtedy, gdy z niego wyjechałyśmy. Także tamtejsza plaża z pozostałościami dawnej fortecy Majów bije wszystkie inne na głowę. 




Jesteśmy już w Nowym Jorku. Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu, przekroczenie granicy amerykańskiej odbyło się bez żadnych pytań, sprawdzania bagażu (np. w poszukiwaniu legendarnej kiełbasy przemycanej z Polski), a pracownicy amerykańskich linii lotniczych nie zapytali, czy mamy bilet wylotowy. Pierwszym miastem na naszej trasie była Moskwa, dwoma ostatnimi Nowy Jork i Berlin. Wbrew pozorom, różnice będą tu znacznie mniejsze niż pomiędzy Syberią i Jukatanem. Przy Moskwie, Nowy Jork sprawia wrażenie miasta spokojnego i …skromnego. Nie bez kozery, rosyjska stolica jest od kilku lat klasyfikowana jako najdroższe miasto na świecie. 

Central Park

1 komentarz:

  1. Kurorty to niezły kocioł co nie? Imprezy wieczorami i leżenie bykiem cały dzień jak słońce świeci :) chyba bym nie wytrzymał tak dlugo, musze miec ruch i cos zwiedzać.

    OdpowiedzUsuń