poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Ameryka Środkowa - ceny i parę uwag praktycznych



Pod względem cen, kraje Ameryki Środkowej podzielić można na dwie grupy. Do tanich zaliczyłybyśmy Gwatemalę, Honduras i Nikaraguę. Panama i Kostaryka są za to znacznie droższe. Podstawowym sposobem na oszczędzanie we wszystkich krajach Mezoameryki (poza Kostaryką) jest podróżowanie chicken busami. Transport nastawiony wyłącznie na turystów (który spotkać można wszędzie poza Nikaraguą) jest kilkanaście lub kilkadziesiąt razy droższy.

Hotele – od 10–12 USD za pokój z łazienką w Nikaragui, Hondurasie, niektórych miejscach w Gwatemali, do 30-35 USD w Kostaryce i Panama City (średnio 15-20 USD). W jednym z postów napisałyśmy, że podróż po Ameryce Środkowej w trakcie pory deszczowej nie ma, naszym zdaniem, sensu. Nadal tak uważamy, ale dostrzegamy także pewną zaletę tego okresu. Mianowicie, ceny hosteli są czasami aż o połowę niższe od tych, jakie obowiązują w szczycie sezonu, czyli między grudniem a lutym. Może z tym być powiązana następująca prawidłowość - w tej części świata, po raz pierwszy nie sprawdzają się serwisy typu hostelbookers lub hostelworld. Ceny oferowane bezpośrednio przez hostele są znacznie niższe od tych, jakie zapłacimy, robiąc rezerwację przez internet. (Przy okazji jedno ostrzeżenie – unikajcie jak ognia hostelu „Quachoch” vel „Gabriel” w Antigua de Guatemala – najbrudniejsza i najbardziej zakaraluszona dziura, w jakiej spałyśmy od wielu miesięcy).

Transport – koszt trzy - czterogodzinnej podróży chicken busem to zazwyczaj wydatek rzędu 1-2 USD w Gwatemali i 3-4 w Panamie. Przykładowo, podróż z Bocas del Toro w Panamie do Puerto Viejo w Kostaryce kosztuje 6-8 USD (łódź i dwa autobusy). Podróż z Panajachel nad jeziorem Atitlán do Quetzaltenango to koszt 3,5 USD (trzy autobusy). Te same trasy pokonane turystycznym busikiem to odpowiednio 28 USD (Panama – Kostaryka) i 20 USD (Gwatemala). W każdym z państw kursują też lepsze autokary, ale zazwyczaj tylko między głównymi miastami. Z Panama City do Meksyku można dostać się z firmą Tica Bus, która oferuje połączenia między wszystkimi stolicami regionu, a w niektórych miejscach także noclegi w hotelu na dworcu. Koszt trasy San José – Rivas (Nikaragua) to 26 USD i ok. 8-9 h jazdy autokarem w typie polskiego PKSu. León (Nikaragua) do San Pedro Sula (Honduras) dzieli 13 h jazdy za 36 USD. Przejazd do gwatemalskiej stolicy z Flores autobusem lokalnym (nieznacznie lepszym od chicken busa, ale równie powolnym) to 12 USD. Ta sama trasa nocnym, wygodnym i bezpiecznym autokarem z rozkładanymi siedzeniami to 24 USD (z możliwością bezpośredniej kontynuacji shuttlem do Antigua).

Taksówka wodna z Almirante na Bocas del Toro – 4 USD. Prom na Ometepe – 2-3 USD w zależności od jego rodzaju. W Hondurasie i Ciudad de Guatemala, zarówno miejscowi, jak i przewodniki, odradzają turystom korzystanie z autobusów miejskich, które obrabowywane są z dużą regularnością. Z taksówek korzystałyśmy tylko w przypadku konieczności dostania się o świcie lub późno wieczorem na dworzec czy do hostelu. Wyjątkowo tanie były one w Kostaryce (3 USD), drogie w Gwatemali, gdzie trzeba się długo i mocno targować (od 5 USD w górę za kurs).

Jedzenie – obowiązuje złota reguła, która sprawdza się prawie wszędzie – jeśli jesz na ulicznych straganach i tam, gdzie miejscowi, jedzenie jest bardzo tanie. W knajpach dla turystów ceny są europejskie. Wyjątki to Kostaryka, gdzie ceny są wysokie wszędzie i dania z owocami morza w Panamie. Za 1-2 USD można w Gwatemali najeść się tacos, burritos, tostadas i podobnymi przekąskami. W kraju tym jest też największy wybór ulicznych garkuchni. W Hondurasie i Nikaragui obiad może kosztować od 3–4 USD w górę. W Kostaryce i na karaibskim wybrzeżu Panamy 10 USD to minimalna cena za danie.

Wstępy – Copán Ruinas i Tikal – 15-17 USD;

Wycieczki - 20 USD za oglądane żółwic w Tortugero (Kostaryka); 25 USD za całodzienną wycieczkę łodzią po wyspach archipelagu Bocas del Toro, w tym snorkelling (Panama); 10 USD za wejście na wulkan Pacaya (Gwatemala).

niedziela, 7 sierpnia 2011

Palenque



W drodze do Ciudad de México (wstąpił do piekieł, pod drodze mu było :-), zobaczyłyśmy kolejne ruiny Majów, tym razem w Palenque. Bardzo imponujące, w pewien sposób podobne do tych z Tikal, ponieważ również położone są one w dżungli. Zrozumiałyśmy tu jednak, na czym polega różnica pomiędzy turystycznym Meksykiem a dużo mniej popularną Gwatemalą. W porównaniu z Tikal, zwiedzanie Palenque to udział w pochodzie pierwszomajowym za jego najlepszych czasów.







Boisko do rytualnej gry w piłkę

piątek, 5 sierpnia 2011

W drodze do Meksyku



Opuściłyśmy Gwatemalę turystycznym busikiem, kilkadziesiąt razy droższym niż lokalne autobusy, ale szczerze mówiąc, chicken busy ostatnio nas wykończyły. Zarówno w trakcie tej, jak i poprzednich podróży, jeździłyśmy najprzeróżniejszymi środkami transportu i mamy dużą odporność na niewygody typu brudne, rozpadające się autobusy, wielogodzinne spóźnienia etc. Podróż chicken busem jest fantastycznym doświadczeniem - kolorowym i mocno folklorystycznym. J narzeka wprawdzie, że nie udało jej się spotkać w żadnym z nich jednego choćby kurczaka (było za to dużo kotów - jako towar deficytowy kupowane są one na targach, a następnie wiezione do nowego domu w reklamówce lub pudełeczku; drą się przy tym niemiłosiernie, o co nie mamy do nich pretensji :-). Mimo wszystko, podróż takim środkiem transportu, trwająca dłużej niż 2 godziny, staje się torturą. Siedzenia są niewygodne i skonstruowane dla dwóch krasnoludków (nawet P nie mieszczą się nogi, J skazana jest więc na siedzenie z kolanami pod brodą), na których ściśnięte są trzy osoby plus jedno lub dwoje dzieci, kierowcy jeżdżą szybko i na każdym zakręcie wszyscy spadają ze skajowej kanapy, aby na następnym wcisnąć w ścianę nieszczęśnika siedzącego pod oknem. Ścisk i, powiedzmy to wprost, smród są nieznośne. Nie ma bagażników, więc tobołki walają się wszędzie (tylko największe trafiają na dach). Oczywiście wyje muzyka, co nie jest żadną nowością, ale nadal wkurza itd. Jeździłyśmy chicken busami od Panamy po Gwatemalę i mamy dosyć. Wyjeżdżając więc z Quezaltenango do Meksyku, z finansowym bólem serca, kupiłyśmy dwa miejsca w turystycznym busie. No i nas pokarało. Wszyscy ładnie pachnieli i siedzenia były wygodne, ale za to towarzyszył nam niejaki… Héctor.

Zanim o nim napiszemy, słowo wyjaśnienia. Nie mamy nic przeciwko jakimkolwiek używkom (P mówi „nie” papierosom palonym publicznie, ale we własnym domu, każdy może robić na co ma ochotę). Jeśli ktoś chce ćpać, proszę bardzo. Zapić się na śmierć – jego/jej wybór. To, co jednak wzbudza w nas agresję, to dorabianie jakiejkolwiek ideologii do własnych uzależnień i pranie mózgu innym ludziom. Héctor był właśnie takim wyjątkowo uduchowionym ćpunem. Gdy wsiadł do busa, śmierdział trawą tak bardzo, że pierwsza myślą, jaka przeszła przez nasze głowy, było to, że zbliżamy się właśnie do przejścia granicznego z Meksykiem, w związku z czym, pozostaje mieć nadzieję, że gdy celnicy zajmą się trzepaniem Héctora i jego bagażu w poszukiwaniu dragów, nie wstrzyma to naszego odjazdu. Póki co, filozof natychmiast zagadał do siedzącej obok Holenderki, która szybko dowiedziała się, że jakkolwiek wszystkie rządy na świecie są złe, skorumpowane i knują spiski przeciw obywatelom, to holenderski, jako jedyny, zasługuje na uznanie, oczywiście dlatego, że w Holandii można legalnie palić trawkę. Héctor był wysokim mężczyzną o tubalnym głosie, który natychmiast wypełnił cały bus, gdy zaczął udzielać wszystkim rad, gdzie powinni zamieszkać, co jeść i które miasta w Meksyku są niebezpieczne. „Niebezpieczne” miejsce, w rozumieniu Héctora, to takie, w którym jest dużo policji, co zwiększa szanse na bycie zatrzymanym i przeszukanym. Nowozelandczyk, który nieopatrznie przyznał się, że jest ogrodnikiem, został natychmiast zarzucony poradami, jak hodować różne zioła i grzybki. Nieszczęśnik zajmował się projektowaniem ogrodów, ale może po powrocie zmieni specjalizację. My dwie musiałyśmy mieć na twarzach wypisane złotymi zgłoskami „nie zbliżaj się do nas i zamknij się wreszcie”, bo gdy Holenderka i Nowozelandczyk wcisnęli w uszy słuchawki, Meksykanin rzucił się na jedyną osobę w busie, która podzielała jego światopogląd. Postać dosyć nietypową – bardzo wysokiego Japończyka, niechlujnie ubranego, z rzadką, długą kozią bródką i z gigantycznym kokiem z dredów na czubku głowy, który skrywał ponoć jakąś czakrę (no comment). To było to. Héctor pokochał go do razu i zaczął dzielić się z nim swoimi przemyśleniami i opowieściami typu: „Tylko Ty i ja mamy otwarte umysły, ponieważ trawa otwiera nasze myśli i pozwala rozpocząć wewnętrzny dialog z samym sobą. Dlatego jest nielegalna. Jak chcesz mam jeszcze jednego jointa, więc zapalimy wspólnie, przyjacielu, w trakcie postoju na siusiu”. Jak powiedział, tak uczynili. Dalsze opowieści dotyczyły modyfikowanej żywności, rewolucji przemysłowej w Anglii, końca świata, który ma nadejść w grudniu oraz narkotyzowania się na Isla del Sol na jeziorze Titikaka - miejscu magicznym i wyjątkowym, aczkolwiek dopiero odpowiednia porcja pejotlu pozwala dostrzec jego duchowość w pełni (pewnie dlatego nam się niezbyt podobało, bo zapodałyśmy sobie jedynie piwo i wino :-). Héctor był tam z przyjacielem, który nie umiał grać na flecie, ale po połączeniu kilku substancji, które panowie wypalili, wciągnęli i wypili, kolega wziął instrument w ręce i zaczął grać jak sam anioł, a chmury nad Titikaka się rozstąpiły. I w ten oto sposób, Héctor zabawiał nas wszystkich (słuchawki ani stopery nie odcinały od jego donośnego głosu) przez ponad trzy godziny. Gdy wszyscy (włączając Japończyka i kierowcę) dali mu ostentacyjnie do zrozumienia, że nie chcą go już słuchać, wyjął komórkę i puścił na cały regulator (miał słuchawki, ale nie uważał za stosowne ich używać) swoją muzykę, do której głośno śpiewał i pogwizdywał. I tak przez następną godzinę. Héctor nie był dzieckiem z ADHD, tylko facetem po 40-tce. Mieszkał w hippisowskim San Marcos nad Atitlánem, gdzie zajmował się handlem biżuterią. Jesteśmy pewne, że nie tylko to można było od niego kupić. Wykończył nas bardziej niż najgorszy chicken bus. Na całe szczęście zniknął na granicy i zupełnie nas nie obchodzi, co się z nim stało. Wszystko to jest niestety elementem szerszego problemu. Gwatemalskie nastolatki obserwując takich jak on, oraz innych przybyszy z bogatego Zachodu (Héctor był akurat Meksykaninem, ale niewątpliwie zamożnym), święcie wierzą, że chlanie i ćpanie jest normalnym sposobem na życie i "fajną codziennością" modnych i bogatych.

W ten oto sposób dotarłyśmy do Meksyku, do San Cristóbal de las Casas (SCC) w stanie Chiapas. Ładnie tu i kolonialnie, choć gdy wjechaliśmy na główny plac miasta, zblazowana J rozejrzała się i zapytała, czy znowu jesteśmy w Granadzie w Nikaragui. Coś w tym jest. Kolonialne miasta Ameryki Łacińskiej są bardzo ładne, przyjemnie się w nich mieszka i miło po nich spaceruje. Jeśli ktoś lubi takie atrakcje, może spędzić w nich tydzień, odwiedzając setki kościołów. Prawdą jest jednak, że większość z nich jest do siebie bardzo podobna. Po blisko 5 miesiącach w Ameryce Łacińskiej, kolorowe miasteczka zaczynają się nam trochę zlewać . 


Chiapas jest najbardziej buntowniczym i rozpolitykowanym meksykańskim stanem. Pod katedrą w SCC trwa protest jednej z lewicowych organizacji.
 

To, co jednak bardzo nas uderzyło w tracie pierwszych godzin pobytu w SCC, to wygląd miejscowych Indianek i ich dzieci. Gwatemalę dzieli do Meksyku ekonomiczna przepaść i nawet jeśli Chiapas jest jednym z biedniejszych stanów Meksyku, to nadal poziom życia i zamożności społeczeństwa jest tu dużo wyższy niż u sąsiadów. Dlatego też nie mogłyśmy pojąć, dlaczego właściwie wszystkie indiańskie kobiety i ich dzieci, handlujące rękodziełem i pamiątkami, są brudne, zabiedzone i zaniedbane. W Gwatemali to do nie pomyślenia, nawet w najmniejszych i najbiedniejszych wioskach. Praca dzieci jest tam powszechna, bo to bardzo biedny kraj, a Indianie znajdują się na dole drabiny społecznej. W Meksyku jest podobnie, ale mimo wszystko, wygląd miejscowych dzieci był dla nas szokiem. Jedyne porównanie, jakie przychodzi nam do głowy, to Indie.



Ostatnie dwa tygodnie naszej podróży miały być spokojnym odpoczywaniem na plażach Jukatanu, przeplatanym krótkimi wycieczkami po okolicy. To nie mogło się udać. W drodze do Meksyku, J uznała, że jej największym marzeniem jest zobaczenie Ciudad de México z domem Fridy Kahlo, gigantyczną flagą i piramidami w Teotihuacan. Tyle tylko, że stolica jest nam bardzo nie po drodze. Podróż ta jednak ma być realizacją marzeń właśnie, więc zamiast odpoczywać, zwiedzając ruiny Majów i snorklując na rafie koralowej, pakujemy się w autobus nocny i jedziemy na dwa dni do stolicy. Potem czeka nas 20 godzin podróży i jesteśmy na Jukatanie. Kompletne szaleństwo, ale po gwałtownej wymianie myśli i poglądów, J postawiła na swoim. Jak zwykle zresztą :-).

W Warszawie stały kiedyś krowy, w Monachium widziałyśmy lwy, w SCC pełno jest za to kolorowych jaguarów.
 

niedziela, 31 lipca 2011

Jedziemy dalej

Wielu osobom w Polsce wydawać się może, że Gwatemala to zapomniane przez świat miejsce, w którym spotkać można jedynie najbardziej wytrwałych i wytrawnych podróżników. Błąd. Prawda jest taka, że na brak turystów kraj ten narzekać nie może, a niektóre jego rejony są wręcz zalane, zarówno przez tłum backpackersów, jak i tych, których my określamy mianem „turystów pięciogwiazdkowych”. W przeważającej mierze pochodzą oni z USA, ale nie tylko. 90% z nich odwiedza trzy miejsca – Antiguę, jezioro Atitlán i niedzielny targ w Chichicastenango. 


My, dzięki temu, że P była już kiedyś w Gwatemali, mamy szansę na uniknięcie kilku typowych pułapek na turystów (między innymi dlatego, że sama się na nie wcześniej złapała). Jedną z nich jest niedzielny spęd w Chichicastenango, który już wiele lat temu przestał być „autentycznym targiem indiańskim”, jak przekonują przewodniki i agencje turystyczne w całej Gwatemali. Nie można na nim kupić kurczaka ani cebuli, żadnego problemu nie nastarcza za to nabycie t-shirtu z napisem „Gallo Guatemala” (marka lokalnego piwa), czy ubranie się od stóp do głów w indiańskie rękodzieło, sprzedawane po cenach kilkakrotnie wyższych niż te, jakie obowiązują w innych (nawet całkiem turystycznych) miejscach. Nie trzeba dodawać, że miejscowi od dawna nie jeżdżą tam, aby robić zakupy. Ci natomiast, którzy na targu handlują, coraz lepiej mówią po angielsku – niechybny znak, że znaleźliśmy się w lokalnej Cepelii. W Chichi jest kolorowo, ale na pewno nie autentycznie. Kto chce zobaczyć, jak wygląda indiański targ, powinien pojechać w piątek do Sololá (ok. 8 km od Panajachel). Oprócz nas, widziałyśmy tam piątkę turystów. Obok podróbek markowych butów i skarpetek, leżą tu stosy warzyw i owoców, sprzedawcy przekrzykują się, za ile sprzedadzą funt drewna lub garść krewetek. Trudno ominąć najmniej przyjemną część mięsną, ale warto, bo kawałek dalej zaczyna się handel kolorowymi sznurkami, linami, nićmi do wyszywania tradycyjnych strojów (J zainwestowała w brokatowe kordonki i wytrwale plecie bransoletki). Są tu kwiaty i mandarynki, produkty z drewna i bielizna. Szewc reperuje buty, krawiec na miejscu dokonuje przeróbek za długich spodni, kobiety pieką tortille. Jest to żywy, prawdziwy targ – miejsce, na którym miejscowi robią zakupy i ubijają interesy. Tam też, po raz pierwszy, widziałyśmy tradycyjnie ubranych mężczyzn. W Gwatemali, podobnie jak w wielu innych miejscach na świecie, to głównie kobiety hołdują odzieżowej tradycji, podczas gdy panowie już dawno wybrali dżinsy i t-shirty (poznany w Peru miejscowy antropolog, ze smutkiem skonstatował, że peruwiańscy Indianie już dawno zatracili tradycyjny strój, który nieliczni zakładają wyłącznie od święta – podobnie jest w Gwatemali). Na piątkowym targu w Sololá, wciąż można jednak zobaczyć tradycyjnie ubranych mężczyzn i nie jest to żadne „przebranie” dla turystów. Prawdziwa rzadkość.








Dzięki wcześniejszej wizycie P w Gwatemali, nie popłynęłyśmy do wielbionego przez backpackersów San Marcos, gdzie tłum ujaranych trawą białasów medytuje w świątyniach w kształcie piramid (na czym jakiś sprytny lub nawiedzony Europejczyk zbija kupę kasy), a wieczorami modli się do jeziora lub wulkanu (trudno ocenić, bo ich stan oderwania od rzeczywistości uniemożliwia normalną konwersację). Głównym powodem, dla którego siedzimy w Panajachel, jest choroba J, ale po odbyciu kilku krótkich wycieczek (J ma siłę na jedną, niezbyt długą, dziennie, więc o żadnych wyczynach nie może być mowy), odwołujemy to, co o tym miasteczku napisałyśmy. Wcale nie jest najmniej ciekawym miejscem nad jeziorem, na pewno jednak nabiera uroku w tygodniu. W sobotę zjeżdża tu połowa cudzoziemców podróżujących po Gwatemali, aby w niedzielę o świcie udać się na targ w Chichicastenango. Druga mekka backpackersów – San Pedro de Laguna, mimo że mniejsze, jest tak samo turystyczno – komercyjne jak Pana, z meksykańskimi knajpami, głośnikami w każdym barze, ulicznymi grajkami i sklepami z miejscowym rękodziełem. Obecnie na ustach wszystkich jest maleńkie Jabalito, 15 minut drogi łodzią z Panajachel lub San Pedro. To najlepszy znak, że za 3-4 lata zrobi się tam takie samo turystyczne piekło jak wszędzie. Unikać jak ognia.

Nie oznacza to jednak, że okolice jeziora Atitlán straciły swój unikalny, indiański charakter. Wielu mieszkańców hiszpańskim posługuje się słabo, ponieważ między sobą rozmawiają w jednym z kilkunastu własnych języków. Miejscowym fenomenem jest to, że niemalże każda wioska używa innego. Nadal są tu jednak spokojne miejsca, w których można uniknąć obowiązkowego „No Women, No Cry” Marleya. Jedną z nich jest Santa Catarina de Palopo. Gdy P wybrała się tam pewnego popołudnia, była jedyną białą twarzą w wiosce, czym wzbudzała duże zainteresowanie miejscowych – rzecz raczej niespotykana nad Atitlánem. Zaraz za Santa Catarina znajduje się kolejna osada – San Antonio, do której nie pływają turystyczne łodzie z Panajachel. Dzięki temu, obydwa te miejsca zachowały autentyczność, a pobyt w nich może okazać się tym, czego nadaremnie szukają tłumy zalewające San Pedro czy Panajachel – kontaktu z prawdziwą kulturą indiańską. Jesteśmy pewne, że takich wiosek jest więcej. Dotarcie do niech wymaga trochę więcej wysiłku, nie da się tam wypić cappuccino, zjeść spaghetti, ani pizzy, można za to zobaczyć, jak żyją współcześni Majowie.

Santa Catarina de Palopo
Wielkie sprzątanie centrum wioski przed niedzielą
Wycieczki docierają owszem do Santiago de Atitlán, jednak po zrobieniu obowiązkowych zakupów i obejrzeniu kościoła, zazwyczaj szybko stąd wyjeżdżają. Trudno nazwać je miejscem ładnym. Na pewno, natomiast, jest najbrudniejszym miasteczkiem z tych, które tu widziałyśmy. Ma jednak w sobie coś, co sprawia, że warto poświecić trochę czasu na wizytę w tym miejscu. W Santiago, w najciekawszy sposób, mieszają się pogańskie wierzenia Majów z chrześcijaństwem. Kościół Katolicki ma tu pewien kłopot. W miejscowym kościele ołtarz zdobią kolby kukurydzy i święty ptak Quetzal. Święci ubrani są w bardzo kolorowe szatki, tradycyjne brązowe habity nie przypadły Indianom do gustu. Dlaczego Chrystus obrany jest w coś co przypomina strój gejszy, a na głowie ma bandankę z brytyjską flagą nie wiemy, ale jest kolorowo. Największą atrakcją Santiago jest jednak spotkanie z Maximónem, pogańskim świętym, który jest dla miejscowych najważniejszym bóstwem, obnoszonym co roku po mieście w wielkiej procesji. Jest to zdecydowanie najbardziej barwny z nieortodoksyjnych świętych, poznanych w trakcie tej podróży (o innych pisałyśmy w trakcie pobytu w Argentynie). Dość powiedzieć, że Maximón nie stroni ani od cygar, ani od wody ognistej. Sama zaś ceremonia błogosławienia indiańskich petentów jest zjawiskowa - kończy się ona trzykrotnym opluciem ich twarzy przez prowadzącego modły.

Maximón z cygarem w ustach





J z Andresem, naszym przewodnikiem po Santiago
 

Ołtarz w kościele w Santiago
 



piątek, 29 lipca 2011

Denga nad Atitlanem

Utknęłyśmy nad jeziorem Atitlán aż do odwołania. Byłaby to dobra wiadomość, gdyby nie towarzyszące jej okoliczności. Atitlán jest miejscem przepięknym – szmaragdowym jeziorem położonym w kalderze powstałej po potężnym wybuchu wulkanu. Górują nad nim trzy, idealnie ukształtowane stożki „nowych” wulkanów, każdy mierzy ponad 3 tysiące metrów. Wokół jeziora rozrzucone są malutkie, indiańskie wioski. My jednak siedzimy w najmniej ciekawym miasteczku Panajachel, a powód jest po temu jeden – mają tu mianowicie wiejski ośrodek zdrowia i apteki. Justyna natomiast ma zapewne gorączkę Denga (Dengue). Piszę zapewne, bo diagnozowanie tej choroby jest trudne nawet przy dostępie do najlepszej opieki zdrowotnej, a nie ma tu testów pozwalających na stwierdzenie obecności wirusa w organizmie. Jesteśmy na gwatemalskiej prowincji i najbardziej wyrafinowanymi sprzętami medycznymi w lokalnej przychodni są stetoskop i waga. Jednak gdybyśmy były nawet w Warszawie czy Nowym Jorku, tamtejsi lekarze też opieraliby swoją diagnozę na zwykłym badaniu i obserwacji. Tak czy siak, pan doktor powiedział, że albo jest to dziwna grypa albo Denga właśnie. Jeśli za 2 dni nie będzie lepiej, mamy szukać testów na malarię. Denga przypomina ostrą grypę i jest to główny powód konfuzji. Wysoka gorączka, bóle mięśniowo – kostne, masakryczny ból głowy. To, co nas niepokoi, to kilka drobnych elementów, wskazujących jednak bardziej na Denga. Gorączka sięgająca 39 stopni to u J absolutny wyjątek. Raz w życiu miała taką temperaturę i dzień później wylądowała w szpitalu. Ból głowy, ekstremalnie silny i pulsujący, skupiony jest głównie koło oczu i jest tak mocny, że każdy kontakt ze światłem jest torturą. Gorączka znika i powraca. Ma nudności. Nie ma natomiast żadnych objawów typowego przeziębienia, takich jak katar, ból gardła czy kaszel. Poza wysypką (która może jeszcze się pojawić), mamy encyklopedyczne objawy gorączki Denga. Nie musimy chyba dodawać, że nie jest to powód do radości. Szczerze przyznam, że wczoraj byłam śmiertelnie przerażona, gdy wiozłam ją do centrum zdrowia, którego wygląd nie nastrajał pozytywnie. Na całe szczęście jednak, jednorazowe strzykawki są już na wyposażeniu nawet tak prymitywnych przychodni jak ta w Panajachel, a lekarze są profesjonalni i przyjaźni. Na gorączkę Denga nie ma specjalnego lekarstwa, łyka się zwyczajny paracetamol, nawadnia organizm glukozą i wypoczywa. Na początek J dostała też zastrzyk przeciwgorączkowy. Dziś jest już trochę lepiej, ponieważ gorączka spadła i wrócił jej apetyt, nieodzowny znak, że wraca do zdrowia. Na razie jednak leży i głównie śpi, w krótkich przerwach marudząc, że jej się nudzi. To też oznaka znacznej poprawy ;-).

W trakcie ostatnich, strasznie nerwowych, dni (przez pierwsza dwa byłyśmy pewne, że to zwykła grypa, potem jednak objawy się nasiliły i koniec końców wylądowałyśmy u lekarza), jedno wydarzenie miało charakter lekko komiczny. Siedząc w poczekalni przychodni w Panajachel, pomiędzy indiańskimi kobietami z zasmarkanymi dziećmi, dostrzegłyśmy grupę kobiet, która wyraźnie odróżniała się od reszty ubiorem i zachowaniem. Indianki chodzą zazwyczaj w tradycyjnych strojach, nieliczne noszą tu spodnie i zwykłe bluzki. Wszystkie jednak ubierają się skromne i szczelnie zakrywają ciało. Wspomniane kobiety w przychodni, poza tym, że były hałaśliwe, odziane były nad wyraz wyzywająco – głębokie dekolty, odsłonięte ramiona i brzuchy. Niektóre miały tatuaże, wszystkie natomiast silny makijaż. Zażartowałam, że wyglądają jakby pracowały w najstarszym zawodzie świata. Szybko okazało się, że moje przypuszczenia były jak najbardziej słuszne. Panie, w liczbie kilkunastu, co może wskazywać na to, że stanowiły zasadniczą większość przedstawicielek swojego fachu w maleńkim Panajachel, stawiły się w przychodni, w której wysłuchały pogadanki zdrowotnej, zostały przebadane, zaopatrzone w prezerwatywy (które każda z nich trzymała w ręku lub wciskała za stanik, co wywoływało konsternację zgromadzonych w przychodni matron z dziećmi), a następnie pobrano im krew do badania. Wszystko za darmo, w atmosferze zabawy i wesołego podniecenia. Nie wiemy tylko kto był inicjatorem tego wydarzenia – przychodnia czy kobiety. W każdym razie naszą uwagę przykuł plakat namawiający do zrobienia sobie darmowych (sic!) testów na obecność wirusa HIV – w mieścinie, w której mieszka kilkanaście tysięcy ludzi. W dodatku w kraju, w którym zasadnicza większość mieszkańców żyje w biedzie. Bardzo nas to pozytywnie zaskoczyło. Możemy się mylić, ale wydaje nam się, że na polskiej wsi zrobienie testu na obecność HIV może nie być wcale takie proste, a na pewno nie będzie darmowe.

Po ponad tygodniu słonecznej pogody powróciły deszcze, co w połączeniu z przymusowym unieruchomieniem J, nie jest aż tak denerwujące. Liczymy jednak na to, że uda nam się w końcu zobaczyć okolice Atitlán, które oprócz wspaniałej przyrody oferują również możliwość obserwowania niesłychanie kolorowych plemion indiańskich i ich wiosek. Gdy tylko ruszymy się z naszego domowego szpitala, a pogoda pozwoli na zrobienie jakiś zdjęć, na pewno o tym doniesiemy. Na razie kilka ostatnich zdjęć z Antigua.

P.






wtorek, 26 lipca 2011

Antigua i okolice


Nazwa Antigua jest w rzeczywistości skrótem od Antigua Guatemala (hiszp. Dawna Gwatemala). Miasto to zostało założone przez Hiszpanów i ogłoszone trzecią gwatemalską stolicą 10 marca 1543 roku po tym, jak lawiny błotno - popiołowe, spowodowane wybuchem wulkanu (zjawisko to nosi nazwę lahar), zniszczyły jego poprzedniczkę. Po stolicy nr 2, nowy ośrodek władzy przejął nazwę – obecna Antigua znana była więc wówczas jako Santiago de los Caballeros. W momencie największego rozkwitu, to jest w latach 70-tych XVIII wieku, populacja miasta wynosiła 60 000 ludzi. 29 lipca 1773 roku, wielkie trzęsienie ziemi (tzw. Św. Marta) zniszczyło potężną jego część, co przesądziło o kolejnych przenosinach stolicy, tym razem na tereny odpowiadając lokalizacji dzisiejszego Ciudad de Guatemala. Św. Marta nie była pierwszym żywiołem, który zagroziło miastu. Już wcześniej, w 1717 roku, inne silne trzęsienie ziemi zniszczyło wiele jego budynków.

Dzisiejsza Antigua jest pięknym, kolonialnym miasteczkiem (obecnie żyje tu mniej niż 35 000 Gwatemalczyków, z których część pracuje w Ciudad de Guatemala), dosłownie zalanym przez tłum turystów (głównie z USA). Jest też jedną z ulubionych destynacji dla tych, którzy chcą się uczyć hiszpańskiego – szkół językowych jest tu niemalże tyle samo, co restauracji. W 1979 roku Antiguę wpisano na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Rzeczywiście, jest to miejsce urocze – uliczki z parterowymi, kolorowymi domkami, ruiny barokowych kościołów i trzy potężne wulkany (Agua, Fuego i Acatenango), górujące nad miastem. W naszym prywatnym rankingu (nieobejmującym Meksyku, którego jeszcze nie znamy), Antigua jest jednym z najładniejszych miast Ameryki Łacińskiej, plasującym się tuż za Buenos, Arequipą i Cuzco. Zresztą, zobaczcie sami:













Świeczki w kształcie różnych części ciała zapala się w intencji uzdrowienia



***

Z Antigua można wybrać się na wycieczkę na wulkan. Jest ich w okolicy pod dostatkiem, ale najbardziej aktywnym jest Pacaya. Wybuchła rok temu i do dziś można oglądać fragmenty gorącej lawy, zalegające na jej zboczach. Ulubionym zajęciem Anglosasów jest pieczenie pianek marshmallows nad gorącymi szczelinami. J woli kiełbaski, P upiekła sobie za to kanapkę. Sama wycieczka jest miła, ale nie należy spodziewać się po niej niezwykłych wrażeń. Nie wolno dojść do krateru, aby spojrzeć w jego głąb, a resztki lawy szybko stygną i w niewielu miejscach można jeszcze obserwować rozgrzane kamienie. Rozrywkę naszej wspinaczki na wulkan stanowiły jednak dwie młode Brytyjki. Wejście na Pacayę wymaga około półtoragodzinnego marszu, momentami bardzo ostro pod górę. Powinien wiedzieć o tym każdy, kto kupuje tę wycieczkę w jednym z miejscowych biur podróży. Żadne z nich nie obiecuje zresztą, że dowiezie turystów busem na szczyt wulkanu. W naszej 11-to osobowej grupie, znajdowały się jednak wspomniane dwie dziewczynki, których wygląd, na pierwszy rzut oka, wskazywał na to, że wspinaczka na wulkan może nie przypaść im do gustu. Pytanie podstawowe, które zadawała sobie większość z nas, brzmiało: „dlaczego one tu przyjechały?”. Obydwie były ubrane tak skąpo, że w indiańsko-latynoskim otoczeniu wyglądały jakby były pół nago (szorty niezakrywające pośladków i kuse koszulki na ramiączka, są, jak wiadomo, typowym strojem wspinaczkowym). Pierwsza z nich została przez nas natychmiast ochrzczona „Paris Hilton”, niebezpiecznie przypominała bowiem dziedziczkę z wyglądu. Druga była bardziej nijaka, jej stopy za to dumnie obute były w srebrzyste klapki havaianas. Ponad to, obie zabrały ze sobą kowbojskie kapelusze, przez co Amerykanie z naszej grupy nie mówili o nich inaczej, niż „the cowboy girls”. Gdy tylko okazało się, że podróż busem została zakończona i zaczynamy marszrutę, wynajęły od miejscowych konie („I looove horses!”), które wwiozły je tak daleko, jak tylko się dało. Potem jednak trzeba było iść. Nie wspinać się, nie pokonywać urwiska i wystające półki skalne – po prostu iść, raz w dół, raz pod górę. Rzeczą absolutnie fascynującą jest obserwowanie dwóch młodych, szczupłych, zdrowych i posiadających dwie nogi kobiet, które nie potrafią chodzić. Z ich nierozgarnięcia garściami czerpali przewodnicy, skwapliwie holujący blondyneczki za rękę :-). Stanowiły one niezwykłą rozrywkę dla całej grupy. Ubawiły nas wszystkich setnie i momentami stanowiły prawdziwa konkurencję dla wulkanu. A i on sam był piękny - P dużo by dała, żeby móc zajrzeć do krateru. Niestety, nie było to możliwe.