piątek, 28 stycznia 2011

Indonezja - początki

Niecały miesiąc temu skarżyłyśmy się na straszne dziury, w których przyszło nam nocować w północnej Tajlandii.  Oto nadszedł czas, aby uderzyć się w pierś.  Dotarłyśmy bowiem do prowincjonalno – nieturystycznej części Indonezji.  Dokładniej, do środkowo – wschodniej Sumatry.

Istnieją dwie możliwości przedostania się morzem z Singapuru do Indonezji.  Jeden prom płynie na dosyć odizolowaną od reszty świata wyspę, skąd byłoby nam trudno przedostać się dalej.  Popłynęłyśmy więc drugim tam, gdzie wszyscy, czyli na Batam (też wyspę).  Podróż trwa godzinę, wizę Indonezyjczycy wystawiają od ręki (oficjalnie trzeba mieć potwierdzenie biletu powrotnego.  Załatwiłyśmy to według tego samego schematu, którym posłużyłyśmy się do uzyskania wizy chińskiej – agent robi rezerwację, która wygasa po 24 h, ale my dostajemy maila, w którym napisane jest, że lecimy z Bali do Sydney).  W porcie, pies z kulawą nogą się nami nie zainteresował, urzędnik imigracyjny bez słowa wbił wizy w nasze paszporty.  Nie należy jednak z tego wyciągać pochopnych wniosków – poznany w podróży młody Fin wjeżdżał do Indonezji przez port Dumai, gdzie spędził kilka godzin, w trakcie których został przesłuchany, a jego bagaż sprawdzony do ostatniej, brudnej skarpetki. Najgorsze nastąpiło jednak później, gdy celnicy zaserwowali mu kontrolę baaardzo osobistą (z rękawiczką i poleceniem „proszę rozstawić nogi i się pochylić”).  Zdaje się, że ciężko jest być młodym mężczyzną podróżującym samotnie po Azji. Mówimy całkiem poważnie - Fina o wyglądzie cherubinka, wspomniane atrakcje spotkały w kilkumiesięcznej podróży już po raz drugi.

Przeprawa promowa jest krótka. Niestety, potem trzeba spędzić resztę dnia w Batam, a miasto to przypomina gigantyczne centrum handlowe.  Miejsce, do którego przyjeżdża się kupić elektronikę i wymasować wszystkie partie ciała, jak nasza znajoma Malezyjka.  (BTW, po złowrogiej diagnozie masażystki „za dużo wiatru między kośćmi” :-) i będącej jej konsekwencją interwencji, do dziś czuję się (J) jak po ostrej bójce.)  Poza masażem, w Batam nie ma nic godnego uwagi.  Za 15 usd można za to wynająć dość porządny pokój w czystym i bezpiecznym hotelu, w którym przynajmniej można się schować.  Przed kim?  Przed miejscowymi młodzieńcami (i nie tylko).  Mamy w Indonezji powtórkę z rozrywki, dosyć zaskakującą.  Mianowicie, jest to mieszanka chińsko – indyjska.  Wzbudzamy na ulicach takie zainteresowanie jak w Chinach, niemalże zatrzymujemy ruch, idąc po ulicy.  Z drugiej strony, podobnie jak w Indiach, osobami najodważniejszymi i najbardziej chętnymi do kontaktów są młodzi mężczyźni, a ich zainteresowanie ma, niestety, często podtekst seksualny (w Chinach dla odmiany, byłyśmy otoczone głównie przez młode studentki, dziewczyny zdecydowanie lepiej radziły sobie z językami obcymi niż chłopcy, były też od nich odważniejsze). 

Uciekłyśmy o świcie z Batam, wsiadając na prom, który miał nas dowieźć na główny ląd (jeśli tak można nazwać Sumatrę, która też jest wyspą, tylko duuużo większą).  Okazało się, że w rzeczywistości jest to kombinacją promu i autobusu, z których ten ostatni okazał się być zdecydowanie dużo gorszym środkiem transportu.  Już w Batam przekonałyśmy się, że stanowimy lokalną atrakcję.  Na promie także budziłyśmy sensację, a gdy wysiadłyśmy z niego przy zagubionym w dżungli nadbrzeżu z desek – rozpętało się istne szaleństwo.  Na nasz widok, zostało opróżnione miejsce koło kierowcy, zapewne szczyt luksusu.  Ten luksus oznaczał, że kanapka przeznaczona teoretycznie dla dwóch osób, z trudem mieściła nasze duże, białe tyłki, a na dodatek była obluzowana, więc co chwilę zsuwałyśmy się z siedzenia razem z siedziskiem.  P miała nogi na drążku zmiany biegów, co bardzo podobało się kierowcy, a jej trochę mniej. Pan ten dżentelmeńsko próbował częstować nas też papierosami.  W sumie, siedziałyśmy na miejscu dla VIPów, więc nie wypada teraz narzekać.  Autobus jechał trzy razy dłużej niż planowano, ale w końcu, charcząc i sapiąc, wysadził nas nie wiadomo gdzie.  Niewątpliwie w miejscu przeznaczenia, czyli Pekanbaru, ale ani na dworcu, ani w centrum.  Ze względu na nasz „szczególny status”, cała załoga autobusu zaangażowała się w złapanie dla nas taksówki i dopiero gdy w niej siedziałyśmy, autobus ruszył dalej. 

Wjeżdżając do Pekanbaru (jeśli myślicie o podróży po Indonezji, zapamiętajcie tę nazwę,) widziałyśmy jeden hotel na przedmieściach.  Nasz bardzo niedoskonały przewodnik polecał dwa następne.  Wybrałyśmy lepszy, bo byłyśmy bardzo zmęczone i marzyłyśmy o czymś takim jak w Batam - czystym pokoju z łazienką.  Hotel okazał się zamknięty, ale strażnik skierował naszego taksówkarza do innego.  Miejsce to okazało się być drugą rekomendacją umieszczoną w LP pod hasłem „domowe pokoje gościnne”.  Pokoje owszem były, ale jakie.  Betonowa, mała cela, śmierdząca stęchlizną, zagrzybiona, z dziurą w podłodze służącą jako toaleta, ukrytą za zasłoną z ceraty.  Za prysznic służyło wiaderko z wodą.  Brudną wodą.  OK, to jedna noc, wytrzymamy - myślałyśmy.  Jedynym plusem hotelu był właściciel, który zaśpiewał nam na powitanie polską (weselną?) piosenkę „Moją Droga, ja cię kocham”, którą znalazł kiedyś ponoć w internecie i bardzo polubił :-). 

Udałyśmy się na spacer po mieście, aby zabić złe wrażenie.  Pekanbaru było kiedyś senną wioską, ale dzięki powstaniu portu przeładunkowego (pompuje się tu ropę), stało się potężnym miastem – ilością mieszkańców przewyższa Gdynię i Sopot razem wzięte, powierzchnią pewnie Warszawę.  Wygląda jednak nadal jak mocno rozciągnięte prowincjonalne miasteczko, całkowicie pozbawione uroku.  Beton, brud i szczury.  To właśnie gryzonie, szwendające się masowo, niczym w scenach z filmu „Nosferatu”, wykurzyły nas w końcu z ulic tej „metropolii”.  Chodziłyśmy po mieście, odpowiadając na co drugie „hello, how are you” i ignorując zatrzymujących się przy nas młodzieńców, ale gdy spod nóg czmychnął nam kolejny szczur wielkości małego kota, uznałyśmy, że mamy dosyć.  Szczególnie, że nasze spacery ograniczały się do odwiedzania sklepów z chińską bielizną lub podróbkami walizek.  Innych rozrywek w Pekanbaru nie ma.  Jutro jedziemy do Bukittinggi i mamy nadzieję na pewną zmianę.  Indonezyjska prowincja nie jest póki co ani szczególnie ładna, ani ciekawa.  Miejscowi są mili i pomocni, ale ich nadmierne zainteresowanie jest na dłuższą metę męczące.  Gdyby okoliczne miasteczka były bardziej przyjazne, pobyt w nich mógłby być miłym odpoczynkiem.  Są tacy, którzy twierdzą, że zwiedzanie takich miejsc jak Pekanbaru (czy Chiang Rai w Tajlandii) pozwala im „naprawdę” obcować z danym krajem.  My się do takich nie zaliczamy.  Nudzą nas oklepane szlaki turystyczne (szczególnie na trasie Hanoi – Bangkok) i chętnie zobaczymy coś poza nimi.  Z drugiej strony jednak, turpistyczno-snobistyczne zwiedzanie miejsc kompletnie pozbawionych jakiegokolwiek uroku, mija się dla nas z celem (gdy to piszę (P), trzeci wypasiony szczur przemaszerował przez patio naszego hotelu i schował się w kanale).  Oby jutro było lepiej, bo w przeciwnym razie staniemy się szybko pasażerkami Air Asia ;-)

***

Minęłyśmy dziś równik oraz granicę wschodniej i zachodniej Sumatry.  Leje tak samo jak lało i lać będzie.  Krajobraz w trakcie podróży okazał się jednak dużo ciekawszy niż dnia poprzedniego – góry, dżungla i wspaniałe, wściekle zielone pola ryżowe.  Bukittinggi nie jest może rajem na ziemi, ale po Pekanbaru jest miłą odmianą.  Nasz skromny hotel, w porównaniu z wczorajszą norą, wydaje się być Hiltonem.  W dodatku jesteśmy otoczone górami (które czasami, choć rzadko, wyłaniają się zza chmur), a przez najbliższe dni mamy szanse zwiedzić parę ładnych miejsc.  Na koniec ostatnia dobra wiadomość – po raz pierwszy od wyjazdu z północnych Indii wieczorami jest przyjemnie chłodno.  Temperatura ok. 20 stopni jest dla nas prawdziwym wytchnieniem, szczególnie po piekielnym klimacie Malezji i Singapuru.  Wygląda na to, że powoli wszystko zaczyna wracać do normy. 

Prawie jak KFC - wózek Kurnia Fried Chicken (sic!)

Miśki tez maja porę deszczową:-)  Miś Podróżnik ma swój profil na Facebooku i tam można znaleźć więcej jego zdjęć z Doktorkiem (to ten mniejszy z uszami).

Tradycyjne dachy zachodniej Sumatry, zwane Rogami Bawołu.

4 komentarze:

  1. Hej, pozwoliłam sobie zalinkować Wasz Blog u siebie, bo Wasze dośwadczenia z kupowaniem alkoholu w Indiach bardzo mi przypominały moje :) Pozdrawiam i czekam z niecierpliwością na dalsze relacje :)
    asiaya

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej

    weszlysmy wczoraj na Twojego bloga i bardzo nam sie podoba, bedziemy go na pewno sledzic, bo jest bardzo ciekawy. Plus z przyjemnoscia czytamy o Indiach.

    Pozdrawiamy
    JiP

    OdpowiedzUsuń
  3. Piszecie o kąpieli w jakimś, zagubionym w dzungli wodospadzie. Mnie ciarki aż po plecach przeszły. Czy to bezpieczne? Przecież tam mogą być węże jadowite, pajaki i bóg nie wie co?
    Uważajcie dziewczyny! Interior Indonezji to nie Urle nad Liwcem... Pozdrawiam i zycze mniej "przygód" ze szczurami i innymi osobliwościami!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wodospad ten położony jest na obrzeżu dżungli i regularnie odwiedza go trochę turystów. Odnośnie pajaków itd, na pewno można na nie czasem natrafić. Dlatego nie polecamy nikomu samodzielnego chodzenia po dżungli - zarówno tu, jak i w Amazonii ZAWSZE trekkingowałyśmy z przewodnikiem/ami, który ma doświadczenie i dużo lepsze oko do takich stworzeń. Do tej pory węże widziałyśmy 3 razy (Płd Chiny, Kambodża, Laos), ale żadne tych spotkań nie było niebezpieczne. W normalnych warunkach, zwierzęta - o ile się ich nie drażni - uciekają przed człowiekiem.

    OdpowiedzUsuń