poniedziałek, 19 września 2011

Podsumowanie


Zgodnie z obietnicą, przygotowałyśmy krótkie podsumowanie naszego wyjazdu. Pierwsze pytanie dotyczyło trasy. Gdybyśmy miały ułożyć ją na nowo, raczej nie wprowadziłybyśmy poważniejszych modyfikacji, a jedynie parę drobnych. Do dziś na przykład plujemy sobie w brodę, że nie przerwałyśmy podróży koleją transsyberyjską i nie zobaczyłyśmy Kazania w Rosji. To akurat będzie można jednak stosunkowo łatwo naprawić w przyszłości :-).
Jeżeli ktoś planowałby roczną podróż dookoła świata, mamy dla niego jedną generalną sugestię - zaplanować trasę tak, aby unikać skrajności klimatycznych. My byłyśmy na Syberii, w prawie już zimowej Patagonii, na boliwijskim Altiplano i w upiornych tropikach. Przekładało się to na zwiększony o co najmniej 1/4-tą bagaż, w którym miałyśmy grube polary, czapki, rękawiczki, kurtki gore-tex i ciepłe śpiwory. Gdybyśmy ominęły zimne rejony, nasze plecaki byłyby dużo lżejsze, czego wartości nie da się w podróży przecenić.
Odpuszczenie sobie odwiedzin tych miejsc, w naszym wypadku, nie wchodziło jednak w rachubę, bo to właśnie ukochane krajobrazy P. W naszej podróży mogłybyśmy pominąć Japonię, dostanie się do której wymagało od nas zboczenia z trasy i wydania takiej ilości pieniędzy, za jaką mogłybyśmy podróżować po Indochinach co najmniej dwa razy dłużej. W naszym przypadku, podróż do Japonii była wielkim marzeniem J, zrealizowanym ku jej ogromnej radości. Gdyby jednak nie japońskie fascynacje, kraj Kwitnącej Wiśni należy raczej omijać w trakcie tego typu wypraw. Za bardzo na uboczu, za drogo i tak specyficznie, że nie każdemu przypadnie to do gustu. Zupełnie inne wrażenia mamy z Chin, które były dla nas najtrudniejszym krajem w całej podróży. Ominąć się ich nie da, ale dziś zamieniłybyśmy dwa z pięciu tygodni spędzonych w Chinach na przedłużenie pobytu w Wietnamie, Kambodży i Laosie.
Największe modyfikacje w naszej trasie wprowadziłybyśmy jednak w Ameryce. Bogate w obecne doświadczenia, zapewne nie przekroczyłybyśmy granicy argentyńsko - chilijskiej w północnej Patagonii, tylko kontynuowałybyśmy podróż na północ w Argentynie, która jest krajem o niebo ciekawszym niż Chile. Po dwóch pobytach w Chile, P uważa, że państwo to ma do zaoferowania zaledwie trzy naprawdę ciekawe miejsca: Patagonię, pustynię Atacama i Wyspę Wielkanocną. Rzut oka na mapę pozwala stwierdzić, że Argentyna ma takie połacie Patagonii, że Chile nie jest w stanie zaoferować tu niczego nowego. Chilijski Park Torres del Paine obfituje w krajobrazy bardzo zbliżone do argentyńskiego Los Glaciares. Krajobrazy Atacamy są piękne, ale zarówno po stronie argentyńskiej, jak i boliwijskiej, bardzo do siebie podobne. Wyspa Wielkanocna to zupełnie inna bajka - polinezyjska w charakterze, należy do Chile dość „przypadkowo” i raczej ciężko uznać odwiedzenie jej za równoznaczne z wizytą w tym kraju. Podsumowując, naszym subiektywnym zdaniem, Chile można bez większego żalu ominąć.
My z Boliwii pojechałyśmy do Brazylii. Było to jednak związane z odwiedzinami u taty J, który tam właśnie mieszka. Gdyby nie te okoliczności, kontynuowałybyśmy podróż przez północne Peru do Ekwadoru i być może dalej do Kolumbii. W naszej zgodnej ocenie, Brazylia, biorąc pod uwagę jej ogrom, nie jest szczególnie interesująca turystycznie. Jedyne miejsce, którego nie można ominąć, to Wodospady Iguaçu na pograniczu brazylijsko - argentyńsko - paragwajskim.
Z brazylijskiego São Paulo przeleciałyśmy do Panamy. W Ameryce Środkowej, aż do granicy Hondurasu z Gwatemalą lało niemalże non stop, co na pewno nie wpłynęło dobrze na nasz odbiór regionu. Starając się jednak ocenić Amerykę Środkową trzeźwym okiem, uważamy, że jej południowa część, do granic Hondurasu (z wyjątkiem panamskiego Bocas del Toro), nie jest aż tak fascynująca, aby poświęcać jej zbyt dużo czasu. Gdybyśmy miały odbyć nasza podróż ponownie, to albo w ogóle zrezygnowałybyśmy z pobytu w Ameryce Środkowej na rzecz Ekwadoru, Kolumbii i Wenezueli, albo poleciałybyśmy do San Pedro Sula w Hondurasie i po krótkim pobycie w tym kraju, troszkę dłuższym w Gwatemali, spędziłybyśmy znacznie więcej czasu w Meksyku.
Jak już parokrotnie pisałyśmy, nie jesteśmy w stanie stworzyć rankingu miejsc najpiękniejszych. Za każdym razem, gdy jesteśmy pytane o najładniejsze czy najfajniejsze miejsce, zgodnym chórem odpowiadamy, że możemy jedynie wskazać to najmniej fajne i jest to bez dwóch zdań Singapur. Na drugim końcu skali plasuje się prawie cała reszta. Przyciśnięte do muru, możemy jednak pokusić się na pewne podsumowujące rankingi. Nie jesteśmy w stanie wskazać najciekawszego kraju, ale możemy powiedzieć, które są naszym zdaniem, ciekawsze od swoich sąsiadów. Całe Indochiny (Wietnam, Laos, Kambodża) są fascynujące, oferują przepiękne krajobrazy i zabytki (w tym nieustający nr jeden na naszej liście, czyli kompleks świątyń Angkoru), powalające na kolana jedzenie, a także uśmiechniętych i przyjaznych ludzi. Mają niestety także jeden poważny minus. To najpopularniejsze miejsce na świecie, zaraz po turystycznych gettach basenu Morza Śródziemnego czy Jukatanu. Ilość turystów od Hanoi po Bangkok jest przytłaczająca. Indie to kraj, który kocha się lub nienawidzi, niewątpliwe jednak jest to najbardziej kolorowe i fascynujące państwo, jakie odwiedziłyśmy (pod względem „inności” i odmienności kulturowej porównywalne tylko z Japonią). Zdecydowanie jednak nie jest to miejsce dla każdego. Jeśli, podobnie jak P, ma się niską tolerancję na wszechogarniający syf i brud oraz źle znosi seksualne zaczepki mężczyzn, którzy nie przepuszczą żadnej okazji, żeby poocierać się w tłumie o Europejkę - to Indie należy raczej omijać.
Zgodne jesteśmy jednak, że najciekawszym krajem Azji była Indonezja. Każda wyspa to inny świat, każda na swój sposób fascynująca. To jest miejsce, do którego będziemy wracać na pewno. Tropikalna dżungla Sumatry, wulkany Jawy, plaże i rafy koralowe Bali i Lomboku - raj. Pomimo deszczu i karaluchów :-).
W Ameryce Południowej nasze serce skradło Peru, zarówno jego kolonialne miasta jak i dzikie rejony Altiplano z przepięknymi górami, rzekami, dolinami etc. Boliwijskie salary i ich okolice to także jedne z najbardziej niezwykłych krajobrazów, jakie dane nam było oglądać w trakcie tej podróży, zaraz obok geotermalnych okolic Rotorua w Nowej Zelandii. Późna jesień w parku narodowym Los Glaciares w argentyńskiej Patagonii również zapiera dech w piersiach. Na drugim krańcu skali klimatycznej umieszczamy karaibskie raje na Bocas del Toro w Panamie i plaże Jukatanu w okolicach Tulum.
W Ameryce Środkowej i Północnej (jeśli mamy się trzymać prawidłowych podziałów) Gwatemala i Meksyk to miejsca z najlepszym jedzeniem, ciekawą kulturą indiańską (co nadaje rejonowi niezwykłego kolorytu) oraz fascynującymi zabytkami Majów i Azteków.
Miasta nie są mocną stroną całego pozaeuropejskiego świata, ale zawsze chętnie wrócimy do Hongkongu, Sydney, Tokio i Ciudad de México. Nie mamy też wątpliwości, że mimo iż w całej Azji jadłyśmy jak królowe, najlepsze jedzenie oferują Chiny i Indie (oczywiście jeśli ma się dużą tolerancję na dania bardzo ostre. Współczujemy tym, którzy jej nie mają, bo będą w tych krajach cierpieć).
Last but not least - finanse. To temat trudny, ponieważ wzbudzający ogromne emocje i zaciekawienie. Nasza podróż nie była najtańsza. Rozumiemy przez to, że taką samą trasę jak nasza, można by przejechać taniej. Zawsze (z kilkoma wyjątkami, które można zliczyć na palcach jednej ręki) spałyśmy w prywatnych pokojach. Nocleg w dormie to zazwyczaj duża oszczędność. Nurkowałyśmy, snorklowałyśmy, chodziłyśmy na kilkudniowe trekkingi, jeździłyśmy na słoniu, wypożyczałyśmy rowery, skutery etc. To wszystkie rozrywki są drogie, a nurkowanie wręcz bardzo drogie. Rezygnacja z nich byłaby ogromną ulgą dla portfela. Inną kwestią mającą ogromny wpływ na nasz budżet było fakt, że przez cały rok podróżowałyśmy naprawdę bardzo szybko. Gdybyśmy zamiast 27 krajów, zwiedziły 10 i w każdym z nich zostały miesiąc, pomieszkując dłużej w wybranych rejonach, obniżyłoby to koszty naszej podróży o co najmniej 1/3. Poza Japonią, Nową Zelandią, Argentyną i Chile, nie oszczędzałyśmy na jedzeniu. Spotykałyśmy w podróży ludzi, którzy odżywiali się wyłącznie kanapkami z dżemem lub chińskimi zupkami. My do takiej grupy się nie zaliczamy - zarówno w Polsce , jak i w podróży staramy się jeść zdrowo i różnorodnie, co wiąże się z kosztami. Tam gdzie tylko było to możliwe, a jedzenie w knajpach bardzo drogie - gotowałyśmy same. Dotyczy to właściwie wyłącznie Australii, Nowej Zelandii, Japonii, Argentyny, Chile i Brazylii. We wszystkich pozostałych miejscach jadłyśmy w knajpach. Bardzo często było to uliczne, tanie jadłodajnie, które przyprawiłyby o zawał każdego inspektora Sanepidu, ale jednak było to jedzenie „na mieście”. Okazjonalnie pozwalałyśmy sobie na kulinarne szaleństwa, zazwyczaj były to dania z rybami i owocami morza, jakich nie możemy zjeść w Warszawie.
Średni miesięczny koszt naszej podróży to 5500 złotych na osobę. W skali roku to wydatek 65 000 złotych na osobę. W tej kwocie mieści się absolutnie wszystko, w tym 11 000 złotych na osobę na wszystkie przeloty i drogie ubezpieczenie podróżne. Średni dzienny koszt liczony w dolarach to 50 USD na osobę, nie wliczając przelotów. Znamy ludzi, którzy podróżują za 20 USD na dzień i wiemy, że się da. Pytanie tylko, co robią w podróży poza przemieszczaniem się najtańszymi środkami transportu. Jeśli ktoś będzie przekonywał, że wydaje 10-15 USD na dzień, nie rezygnując równocześnie z rozrywek typu trekkingi, wycieczki, snorkling, nurkowanie i... piwa, to takie opowieści należy między bajki włożyć. Najdroższe kraje w całej podróży to Japonia i Nowa Zelandia. Najtańsze były Indochiny, Malezja, Nikaragua, Honduras i Gwatemala. Gdybyśmy spędziły rok w Azji Południowo - Wschodniej, szacujemy, że potrzebowałybyśmy połowy powyższej kwoty, może nawet mniej. Gdybyśmy poruszały się „szlakiem anglosaskim” (szlak wielu, anglosaskich zazwyczaj, turystów, który obejmuje wyłącznie miejsca o mocno europejskiej kulturze, często byłe kolonie, gdzie dogadać się można po angielsku) od Singapuru i Hongkongu przez Australię, Nową Zelandię, Hawaje, po USA, czy Kanadę, potrzebowałybyśmy co najmniej podwójnej kwoty. Generalizując, Ameryka Łacińska jest droższa od Azji, ale i tam można przeżyć tanio. Peru, Boliwia oraz kraje Ameryki Środkowej (poza Kostaryką) to najtańsze jej rejony.

23 komentarze:

  1. Fajne podsumowanie, a jakie miejsca z waszej podróży polecicie pod względem bezpieczeństwa i gdzie można się równocześnie porozumieć po angielsku?
    pozdrawiam Arek z Radomia

    OdpowiedzUsuń
  2. Względy bezpieczeństwa to dość skomplikowane zagadnienie, odpowiemy więc mocno generalizując - Azja jest zdecydowanie bezpieczna (jedyne drobne incydenty z jakimi się zetknęłyśmy miały miejsce w Ułan Bator). W Indiach nie ma dużego zagrożenia przestępczością pospolitą, niemniej jest sporo "pułapek" czyhających na turystów (włączając w to celowe otrucia - słyszałyśmy o 2 takich przypadkach, gdy nieprzytomnych cudzoziemców ograbiano doszczętnie).

    Ameryka Południowa jest bardziej złożona - oczywiście Argentyna i Chile to miejsca b. bezpieczne, różnie bywa w Peru, Boliwii, o Brazylii nie wspominając. W sumie w tym ostatnim kraju czułyśmy się pod względem bezpieczeństwa najsłabiej.

    W Ameryce Środkowej za najbezpieczniejsze uchodzą Panama i Kostaryka, ale też trzeba wiedzieć, gdzie można iść, a gdzie nie. Swoją drogą, to jedyną osobę zaatakowaną w celu rabunkowym spotkałyśmy w bezpiecznej Kostaryce właśnie. Honduras i Gwatemala biją rekordy w statystykach rozbojów, nienaturalnych zgonów itp, ale przy zachowaniu zdrowego rozsądku, turyści zwykle nie mają do czynienia z takimi sytuacjami, bo są one wynikiem porachunków lokalnych gangów. Kradzieże są niestety dość częste. Generalnie, im większe miasto, tym gorzej.

    Co do angielskiego, zdecydowanie najłatwiej komunikować się nim w Azji, poza Japonią, Mongolią i Chinami. W krajach hiszpańskojęzycznych jest z tym dość słabo.

    Pozdrawiamy,

    OdpowiedzUsuń
  3. Możecie powiedzieć jak bardzo droga jest japonia w chwili kiedy w niej byłyście? Wiadomo że jen ma różną wartość do złotówki, jednak przykładowo licząc według siebie to miesięczny pobyt w samym Tokyo nie ruszając się za daleko i nie odmawiając sobie pewnych rozrywek, to koszt rzędu 10tyś zł. 3tyś przelot/3tyś nocleg, i reszta na jedzenie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki za obszerne podsumowanie! Co do pytań o fundusze, to pamiętam, że Tony Halik odpowiedział kiedyś w swoim programie, że napada na dyliżanse :)) Myślę, że Wasz budżet jest bardzo rozsądny. Lecieć na drugi koniec świata i lizać atrakcje przez szybkę - bez sensu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Asiaya - ten nasz budżet trochę wyszedł za wysoki, tak naprawdę niczego sobie jednak nie odmawiałyśmy, w niektórych kwestiach po prostu mamy małe potrzeby (transport), w innych skrajne oszczędności nie wchodziły w grę (prywatny pokój). Czy to dużo czy mało jest sprawą tak względną. Znam takich, którzy na życie w Warszawie wydają więcej i takich dla których to kwota kosmiczna.

    Japonia - szacujemy, że 10 tyś na pewno wystarczy. Pokój jednoosobowy dostaniesz za 35 usd (np. w Aizuya Inn w którym spałyśmy i polecamy i który nadal jest jednym z najtańszych miejsc w Tokio) a jeśli chcesz mieszkać miesiąc to zacznij od negocjacji z hostelem, na tak długi pobyt powinni dać Ci duży upust. Jeśli jesteś w stanie ten miesiąc przemieszkać gdzieś w dormie, to znajdziesz nocleg nawet za 25 usd. Bilet to 3 tyś choć szukaj, zdarzają się loty za 2600 - 2700. Jeśli do tego będziesz samodzielnie przygotowywać jedzenie to szacujemy, że miesięczny pobyt w Tokio (bez transportu między miastami)powinien zamknąć Ci się w kwocie ok. 8,5 tyś (z biletem). 10 tyś starczy zakładając, że nie nastawiasz się na szalone zakupy (głupie skarpetki kosztują w Tokio trzy razy tyle co w Warszawie) i jedzenie w dobrych knajpach. W 2005 lub 2006 r byłam (P) w Japonii blisko 3 tyg., bardzo dużo jeździłam (na Japan Rail Passie), w Tokio mieszkałam za darmo, ale poza Tokio już nie i mniej więcej wydałam ok. 8 tyś (razem z biletem lotniczym z Polski). Teraz tzn. jesienią 2010 byłyśmy 16 dni, Tokio, Kioto i okolice, dużo samodzielnego gotowania a jedzenie na mieście tylko w tanich barach i wydałyśmy na życie (hotele, przejazdy, jedzenie) 3250 zł na osobę. Bez biletu, leciałyśmy z Hongkongu. W trakcie miesiąca pobytu ta kwota Ci się nie podwoi, szczególnie jeśli dobrze wynegocjujesz cenę za dłuższy pobyt w hostelu.

    Pozdrawiamy
    J&P

    OdpowiedzUsuń
  6. o! już wróciłyście :) widzę, że ktoś tu przesiąkł argentyńskim nacjonalizmem haha, ale podzielam podzielam, też wolę Argentynę, choć Patagonia Chilijska jest po prostu inna, ja bym tam nie pomijał :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej

    to nie tak. Ja (Paulina) byłam wcześniej w Patagonii chilijskiej i jakkolwiek bardzo mi się podobało to jednak dużej różnicy nie widzę. A przynajmniej nie na tyle dużą, żeby uważać to za dwie rożne Patagonie:-) No i nie ma co ukrywać, w Argentynie podobało nam się dużo bardziej, na co - poza urodą samego kraju- złożyli się również mili Argentyńczycy. Kiedyś wrócimy i wtedy Justyna zobaczy Punta Arenas i Torres del Paine. Oczywiście, ze warto. Po prostu w tej podroży nie wyszło. Nasza uwaga dotycząca tego, że Chile można ominąć dotyczyła rejonów na północ od Puerto Montt do Atacamy. Gdy byłam w Chile w 2004 roku podobało mi się, ale nie miałam porównania. Teraz mam, dlatego z pełną świadomością wymieniam trzy interesujące miejsca w Chile, z których żadne nie jest czysto chilijskie:-)))

    Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobra, to ja mam pytanie - uwaga, wcale nie jest podchwytliwe, ani złośliwe, ani zawistne. Jest zupełnie serio, bo szukam jakiejś inspiracji, albo motywacji. Naprawdę. Jak zrobić 65 tysięcy oszczędności? Zakładam, że macie ich znacznie więcej, bo poza tym, że zrobiła je jak rozumiem jażda z Was, czyli razem 120 000 to coś pewnie też jecie po powrocie? Przysięgam, że to nie żadna polska zawiść tylko autentyczna potrzeba znalezienia mentora.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie mamy dla Ciebie złotej rady jak oszczedzic duze pieniadze bo to zalezy od tysiecy rzeczy, glownie Twojej sytuacji zyciowej. Praca, sytuacja rodzinna, mieszkaniowa itd. Nie mamy dzieci, nie mamy kredytow mieszkaniowych i mamy/mialysmy przed wyjazdem dobra prace w Warszawie, z ktorej bylysmy w stanie odkladac na wyjazd. Ale tez, szczegolnie gdy decyzja o wyjezdzie juz zapadla,naprawde pilnowalysmy wydatkow. Nie wydajemy kasy na ciuchy i drogie kosmetyki, tu jestesmy bardzo ascetyczne, nie jestesmy gadzeciarami, mamy stare nokie, wysluzone laptopy etc. Choc nam sie bardzo podoba, nie mamy debowego parkietu tylko panele:-)). Jezdzimy komunikacja publiczna. Wiele jest kwestia priorytetow. Ludzie wokol nas wieksze pieniadze niz my wydalysmy na podroz, laduja w kafelki, parkiety i samochody (znajomy ostatnio wyremontowal mieszkanie - wydal 80 tysiecy). Oczywiscie, jesli ktos zarabia 1500 zl to oszczedzenie 65 tysiecy jest niemozliwe. My mamy jednak to szczescie, ze mieszkamy w Warszawie i za nasza prace dobrze nam placa. Ale tez np. J, po calym dniu pracy dawala lekcje hiszpanskiego.

    Wazna jest dyscyplina. Co miesiac, w dniu, w ktorym pensja wplywa na konto - przelewamy okreslona sume pieniedzy na konto oszczednosciowe i dopiero jakas ciezka choroba moglaby nas zmusic do ruszenia tych pieniedzy. Kwota powinna byc stala, ta sama co miesiac. Ktos bedzie przelewal 300 zl, ktos inny 3000 zł, zalezy od zarobkow. Ale nawet za te 300 zł po roku mozna jechac na fajne wakacje.

    Przede wszystkim jednak musisz bardzo chciec zrobic te rzecz, na ktora odkladasz. Jak podroz nie jest marzeniem, to zabraknie Ci motywacji do tego odkladania.

    Pozdrawiamy
    J&P

    OdpowiedzUsuń
  10. Wspaniała podróż! Może kiedyś damy radę ze znajomymi zorganizować coś podobnego :) Na razie wybieramy się do Władywostoku koleją i bylibyśmy baaaardzo, ale to bardzo wdzięczni za podanie biura, które załatwiło wam tak tanio wizy do Rosji bo nam już ręce opadają gdy czytamy te "dobre" rady jak załatwić wizy. Jeśli mogę prosić o szczegóły na maila to będziemy wdzięczni:) Pozdrawiam i życzę dalszych podróży!
    i_l_o_n_a@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  11. G R A T U L A C J E!!!!
    Przypadkiem znalazłam Waszego bloga szukając coś na temat Poloni w Panamie. Jestem zafascynowana Waszą podróżą.
    Drogie Panie. Mam 54 lata i zawsze miałam marzenia o takiej podróży. Niestety czas "uciekł". Zazdroszczę Wam, że macie tyle w sobie zapału i chęci. Macie rację, że spełniacie teraz swoje marzenia. Czas tak szybko ucieka wiem coś na ten temat. Pozdrawiam Was i życzę dalszych wojaży. MS z Chorzowa

    OdpowiedzUsuń
  12. Droga Pani MS

    bardzo dziękujemy za miłe słowa. Polaków żadnych w Panamie niestety nie spotkałyśmy, więc nasz post nie dostarczył Pani poszukiwanych informacji. Jeśli interesują Panią Polacy za granicą, proszę zajrzeć do postu o Wellington w Nowej Zelandii. Piszemy tam o polskich dzieciach, uciekinierach wojennych.

    54 lata to piękny i młody wiek, życzymy wspaniałych podróży. Świat można zdobywać w każdym wieku:-) Ja (na razie tylko 39) już mam plany podroży na emeryturze. W moim przypadku to będzie po 67:-)
    Pozdrawiamy
    J&P

    OdpowiedzUsuń
  13. Zdrastwuj dziewoczki. Mila podroz, zadziwiajaca, teraz ino spac mi nie idzie, bo co ślepia przymkne to ino Ameryku środkowu sie mnie sni pa nocach, chaliera. Ja chcial zapytac was czy wy jakie loty znacie (wszystkie opcje mile widzianu) dziewoczki do Ameryku środkowu z jewropy tanie loty w oczywistości pytam sie. Ja by chcial pajechac w styczniu lutym na te strony bannaow podjesc czy orzechow nalupac w dzungli pelnej przygod. prosilbym o jakas odpowiedz, parade na maila: mymlonmilan@gmail.com. z gory dziekujsza i pazdrawlaju . Niedoszly ruski hadziaj Lucjanof.

    OdpowiedzUsuń
  14. Tak czytam komentarze o wymogach jakie sobie stawiałyście podczas podróży i to co piszecie to płakać się chce. Za wycieczkę i odwagę szacunek, mało kogo stać na taką odwagę. Ale czy trzeba 5,5 tys. zł wydawać miesięcznie by taką "podróż" odbyć. Spanie w prywatnych pokojach i "nie lizanie atrakcji".
    Wyśmiewacie się że ktoś żyje w takiej podróży za małą kwotę i je tylko dżem, śpi z tubylcami i pewnie najśmieszniejsze jest to że nie lata samolotem a szuka darmowego transportu na findacrew lub jeździ na stopa. Z dala od cywilizacji i brudnych miast? Spotyka się z miejscową ludnością i prawdziwą kulturą a nie przesyconymi komercjalizmem miejscami. Poznaję sam siebie w takiej podróży i gościnność krajów, w których przebywał.
    Sorry ale do podróżniczek wam jeszcze daleko, na początek trzeba popuścić pasa, zgubić brzuchy i zrezygnować z wygód XXI wieku. I prosiłbym o nie wyśmiewanie się z prawdziwych podróżników bo to dzięki nim zawdzięczamy to co teraz mamy.

    OdpowiedzUsuń
  15. Bardzo fajnie się czytało. Trafne uwagi, przede wszystkim przydatne dla ludzi, którzy także chcieliby w taką trasę się udać. Pozdrawiam i czekam na kolejne posty!

    OdpowiedzUsuń
  16. Jakie ubezpieczenie wybralyscie? Szukam rocznego turystycznego ale kazde ma wykluczenie -podroz nie moze trwac dluzej niz 40-60 dni jednorazowo.Macie jakies sugestie? Moze Wasi nczytelnicy (bez Usa)

    OdpowiedzUsuń
  17. Jakie ubezpieczenie wybralyscie? Szukam rocznego turystycznego ale kazde ma wykluczenie -podroz nie moze trwac dluzej niz 40-60 dni jednorazowo.Macie jakies sugestie? Moze Wasi nczytelnicy (bez Usa)

    OdpowiedzUsuń
  18. Jakie ubezpieczenie wybralyscie? Szukam rocznego turystycznego ale kazde ma wykluczenie -podroz nie moze trwac dluzej niz 40-60 dni jednorazowo.Macie jakies sugestie? Moze Wasi nczytelnicy (bez Usa)

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie miałyśmy ubezpieczenia na cały rok wykupionego z góry. Wyjeżdżając miałyśmy dwumiesięczne ubezpieczenie z karty kredytowej (bo karta kupiłyśmy bilety do Moskwy)a potem wykupiłyśmy chyba 2 razy po 5 miesięcy i na 90% była to za każdym razem Warta. Nie mieli ograniczenia czasowego tylko kilkudniowy okres karencji, w związku z tym, że kupując ubezpieczenie już byłyśmy w podróży. Próbowałyśmy to załatwić przez internet ale się nie dało, więc de facto kupiła je dla nas osoba w Polsce. Z tego co pamiętam, gdy próbowałam kupić ubezpieczenie na rok, było ono absurdalnie drogie a te dwa razy po 5 miesięcy były znacznie tańsze.

    OdpowiedzUsuń
  20. Dziękuje bardzo za odpowiedź

    OdpowiedzUsuń
  21. Dobre ubezpieczenie podróżne jest bardzo ważne, zwykłe ubezpieczenia osobowe za granicą raczej nie działają...

    OdpowiedzUsuń
  22. Przyznam szczerze, że jestem zafascynowana tym co przeczytałam. Taka podróż musiała być niesamowitym przeżyciem. Podziwiam was, bo jednak do czegoś takiego potrzeba odwagi. Sama planuję coś podobnego, jednakże chciałabym nabrać najpierw nieco doświadczenia podróżując np. miesiąc po Europie Wschodniej. Mam tylko pytanie: czy dużo podróżowałyście stopem (o ile w ogóle) i czy dużo nocy spędziłyście pod namiotami? Myślałyście kiedyś o couchsurfingu?

    OdpowiedzUsuń
  23. Klaudio, dziękujemy bardzo za miłe słowa. Trzymamy kciuki za Twoje podróże. Jak zrobisz ten pierwszy krok to potem będzie już tylko łatwiej :-)

    Trochę w życiu zdarzyło mi się podróżować stopem (Paulina), ale raczej w Europie i raczej na krótkich trasach. Nigdy nie odbyłam podróży, która cała byłaby nastawiona na przemieszczanie się stopem. Nocy pod namiotami spędziłyśmy dużo, nie przesadzę jak powiem, że właściwie większość Europy Zachodniej i Północnej zwiedziłam podróżując z namiotem. Pod namiotem spałam nawet na Grenlandii i dopóki mi wiek i zdrowie pozwolą namiot będzie zawsze moim ulubionym hotelem:-) W trakcie tej podróży spałyśmy pod namiotem tylko w Nowej Zelandii i na trekkingach w Ameryce Łacińskiej, ale to po części wynikało z tego, że idea campingu w większości krajów Azji i dużej części Am. Płd. jest nieznana a do tego noclegi są b. tanie więc namiot tak naprawdę nie jest potrzebny.

    Pisałyśmy gdzieś o couchsurfingu. To wspaniała idea, mamy przyjaciół którzy z niej korzystają ale nie do końca jest dla nas. Natomiast gorąco polecamy spanie na cudzych sofach, bo to fantastyczny sposób na tanie zwiedzanie świata.

    Pozdrawiamy

    J&P

    OdpowiedzUsuń