poniedziałek, 14 marca 2011

Fiordland


Napis w sklepie outdoorowym w Queenstown głosił: „Jeśli jedziesz do Fiordland, nie kupuj namiotu za 79 dolarów, tylko piankę do nurkowania”. 

Kilka słów wyjaśnienia - 79 dolarów to najniższa cena za namiot w NZ, a Fiordland to południowo zachodni kraniec NZ - jak sama nazwa wskazuje - pełen fiordów, niezwykłych widoków i … niespotykanej gdzie indziej ilości deszczu. A przecież i w pozostałych częściach NZ go nie brakuje… :-)

Nowa Zelandia oszałamia nas swoją przyrodą. Jesteśmy zgodne co do tego, że pod względem krajobrazu, jest to niewątpliwie najpiękniejsze miejsce odwiedzone w trakcie całej naszej podróży. Zdecydowanie bardziej podobają nam się lasy, potężne góry, rzeki i jeziora ( nawet jeśli jest zimno i leje) niż rajskie plaże i upał, powodujący, że koszulka lepi się do ciała 10 minut po wyjściu spod prysznica. W Nowej Zelandii ubranie też potrafi się tak przykleić, ale od deszczu. Pogoda na pewno nie jest mocną stroną tego kraju. Gdy jednak wyjdzie słońce, widoki są niepowtarzalne. To, co jednak najbardziej unikatowe w NZ, to połączenie alpejskich krajobrazów z efektami aktywności wulkaniczno – geotermalnej oraz tropikalnego lasu deszczowego. Kilometr od lodowca rosną gigantyczne paprocie oraz gęsty las, jaki spotyka się tylko w tropikach. 




Lodowiec Fox
 

Zanim dotarłyśmy do Fiordland, przejechałyśmy kilkuset kilometrową trasę wzdłuż prawie całego zachodniego wybrzeża Wyspy Południowej. To chyba jedna z najpiękniejszych dróg świata. Tylko w tym jednym regionie można by spędzić dwa tygodnie i zobaczyć zaledwie część parków narodowych, gór, jezior i innych cudów natury. Podobnie jest również na południowym krańcu kraju.

Fiordland
Milford Sound
Milford Sound


Poza deszczem zalewającym nas regularnie co drugi dzień, nowozelandzka przyroda ma też inne wrogie człowiekowi aspekty. Pierwszym z nich okazały się nieznośnie destrukcyjne papugi kea, które zjadły but P, a naszemu sąsiadowi z campingu skarpetki. Był to jednak dopiero wstęp do bliższych spotkań z fauną wysp. Gdy w Milford Sound, wracałyśmy późnym wieczorem do namiotu, ustawionego na skraju lasu, zobaczyłyśmy, że trzęsie się on cały, jakby ktoś buszował w środku w naszych rzeczach. Zamarłyśmy, obawiając się spotkania ze złodziejem (jak wiemy od znajomych, kradzieże rzeczy z namiotów zdarzają się czasami w NZ). Na szczęście, w tym właśnie momencie, P dostrzegła gruby, puszysty ogon wystający spod tropiku. Głośne krzyki i klaskanie w dłonie wypłoszyły z namiotu coś, co wydało nam się początkowo wyjątkowo tłustym, czarnym kocurem. J pobiegła za nim, żeby przyjrzeć się lepiej. „Kocur”, który z bliska okazał się „z twarzy zupełnie do nikogo nie podobny”, nie wystraszył się wcale, a jedynie wycofał kilka metrów dalej skąd patrzył na nią bezczelnie zupełnie niekocimi oczami i czekał, aż sobie pójdziemy – zapewne myślał wrócić do dalszej penetracji naszego namiotu. Stwór ten wielkości niedużego psa lub sporego szopa, bardzo puchaty, z okrągłymi oczkami i różowym, spiczastym noskiem, okazało się być wrogiem publicznym numer jeden Nowej Zelandii – oposem. Gatunek ten, sprowadzony został z Australii w celu hodowli na skórki i futra (dla barbarzyńców, którzy nadal uważają noszenie ich za eleganckie); po czym uciekł, zdziczał i – z braku naturalnych wrogów -rozmnożył się tak, że walka z nim jest jednym z ważniejszych tematów debaty publicznej w NZ. W Australii, oposy są pod ochroną, w Nowej Zelandii robi się z nich czapki i pasztet. J nie chciała jednak spróbować, więc nie wiemy czy smaczny.


Jeśli ktoś zastanawiałby się dlaczego zostawiłyśmy otwarty namiot, wyjaśniamy – nie zostawiłyśmy. Na nasze szczęście, zamknęłyśmy jedynie moskitierę, zostawiając otwarte poszycie namiotu. Chciałyśmy mieć świeże, rześkie powietrze. Dzięki temu opos wygryzł w moskitierze dziurę wielkości dwóch pięści. Ścianki namiotu łaskawie zostawił nienaruszone. Dzięki temu nasz namiot nadal nadaje się do użytku, choć zapewne nie uda się już go sprzedać w Auckland, jak zakładał pierwotny plan. 

piątek, 11 marca 2011

Maorysi

Spędziłyśmy w Australii tylko tydzień i z wyjątkiem wyjazdu do Blue Mountains, nie ruszałyśmy się poza Sydney.  Bardzo nas jednak uderzyło to, że na ulicach, poza nielicznymi przedstawicielami krajów Dalekiego Wschodu, reszta ludności jest biała jak papier. Nawet Warszawa wydaje się być bardziej kolorowa niż Sydney. Nieoficjalnie mówi się, że Australia przez lata prowadziła politykę imigracyjną, którą można złośliwie nazwać „Biała Australia” - osoby o ciemniejszym odcieniu skóry po prostu nie były wpuszczane. Coś musi w tym być, ponieważ wszędzie na świecie można zawsze spotkać jedną etnię, a mianowicie Indusów. Mieszkańcy subkontynentu są zapewne najbardziej mobilną nacją świata, a w Sydney nawet ich obecność nie jest zbyt widoczna. Tym, co jednak uderza najbardziej, jest brak w mieście Aborygenów. Australijczycy mają bardzo dużo na sumieniu odnośnie polityki w stosunku do autochtonów, ale wydawało się, że czasy się zmieniły. Chyba jednak nie tak bardzo, bo w ciągu ponad tygodnia widziałyśmy w Australii jedną aborygeńską kobietę i z pięciu mężczyzn (najczęściej zarabiających graniem na ulicy). Ciekawie pisze o sytuacji Aborygenów Howard Jacobson z książce „In the land of Oz” (wedle naszej najlepszej wiedzy nie została ona przetłumaczona na polski), która jest zapisem jego podróży po Australii w późnych latach 80-tych. Tam też wspomina jak zasadniczo różna jest sytuacja Maorysów w NZ. Przy bardzo ograniczonym dostępie do internetu i niemożności korzystania z bibliotek, nie udało nam się znaleźć żadnych naukowych wytłumaczeń tego zagadnienia, ale różnica między Australią i NZ jest widoczna gołym okiem. Maorysi są po prostu częścią NZ, a elementy ich tradycji stanowią element kultury NZ. Widoczne to jest zarówno w języku, do którego weszło wiele słów zaczerpniętych z maoryskiego, jak i symbolice. Napisy są umieszczane w Nowej Zelandii w obu językach, mimo że znajomością maoryskiego pochwalić się może tylko 4% społeczeństwa. Najciekawszym przykładem przenikania tradycji jest haka, tańczony przed meczami rugby przez zawodników z Nowej Zelandii. Dawniej, był to taniec, wykonywany przez maoryskich wojowników przed bitwą w celu wystraszenia przeciwnika. Nieodłącznymi atrybutami haka były (i nadal są) tatuaże i groźnie wyciągnięte języki. Dziś, najbardziej znaną wersję tańca prezentują przed walką na murawie All Blacks, czyli „Cali Czarni”, narodowa duma Nowozelandczyków. Trzeba przyznać, że rzeczywiście robią to wspaniale – zwróćcie uwagę, że mimo iż nie wszyscy zawodnicy są Maorysami, wkładają w haka wiele serca. Miny rywali mówią same za siebie:



Statystyki wskazują na to, że Maorysi są słabiej wykształceni, młodziej umierają i stanowią większość mieszkańców zakładów penitencjarnych NZ. Mimo tego, na pewno, nawet na podstawie bardzo pobieżnych obserwacji, nie można stwierdzić, że stanowią oni margines społeczeństwa. Są politykami, pracują na wszelkich dostępnych stanowiskach oraz są powszechnie widoczni. Zarówno w Auckland, które można uznać za lokalny odpowiednik Sydney, jak i w mniejszych miejscowościach, Maorysi po prostu są. W Rotorua mieszkałyśmy na campingu prowadzonym w większości przez Maorysów. Tam też spotkało nas ciekawe zdarzenie – połowa ośrodka (obok namiotów i camperów były też pokoje) została zajęta przez drużynę, która przyjechała wziąć udział w maoryskim turnieju rugby Wyspy Północnej. Co ciekawe, obok śniadoskórych chłopców stanowiących zasadniczą część drużyny, w maoryskim turnieju występowali również ich kuzyni, których biała cera i rude włosy wskazywałyby raczej na irlandzkich przodków. Chłopcy, dzień przed meczem, ćwiczyli haka nad basenem, który zapewne pomógł im, bo swój mecz wygrali.

Nowozelandczycy są dumni ze swojej maoryskiej tradycji i podkreślają to, gdy tylko mogą. Na lotnisku przyjezdnych wita napis Kia Ora, czyli maoryskie powitanie. W muzeum Te Papa w Wellington, w dziale poświęconym historii najnowszej opisane są trzy wydarzenia, które w latach 70-tych i 80-tych poruszyły cały naród i stały się przyczyną ogólnokrajowych protestów i demonstracji. Były to kwestie związane z aborcją, prawami gejów i lesbijek oraz… wizytą reprezentacji RPA w rugby. W czasie trwania apartheidu, wszyscy reprezentanci RPA musieli być biali. Drużyna rugby oczywiście też. Co więcej, przez lata Nowa Zelandia wysyłała na turnieje do RPA swoją własną drużynę „oczyszczoną” z rasowo niewłaściwych zawodników, czyli z Maorysów. Powodowało to skargi w kraju i gdy w 1981 roku drużyna RPA przyjechała na turniej do Nowej Zelandii, protesty wybuchły z całą siłą.  Skończyło się na odwołanych meczach, ulicznych zamieszkach i częściowym bojkocie rozgrywek.  Sami Nowozelandczycy byli podzieleni, ponieważ wielu z nich hołdowało hasłu „zero polityku w sporcie”.

źródło: Wikipedia
Na pewno istnieją poważne i naukowe opracowania dotyczące zarówno historii, jak i sytuacji współczesnej Maorysów. My możemy jedynie podzielić się własnymi obserwacjami, zgodnie z którymi Maorysi stanowią nieodłączny i bardzo interesujący element kultury Nowej Zelandii. To, co rzuca się w oczy, to duma mieszkańców wysp z tego, że Maorysi byli tu pierwsi, a następnie, nie bez konfliktów i poważnych nieporozumień (dotyczących chociażby własności ziemi), udało się stworzyć dwujęzyczne i multikulturowe społeczeństwo. W Australii nie udało nam się dostrzec odwołań do tradycji aborygeńskiej, na pewno też nikt na lotnisku nie wita przyjezdnych w jednym z języków aborygeńskich. Może dlatego, że wiele z nich wymarło? 

czwartek, 10 marca 2011

Kolejność dziobania

Zostałyśmy zaatakowane! Nad ranem w Fox Glacier, z błogiej drzemki wyrwał nas pisk i tupot małych stóp na tropiku naszego namiotu. Gdy wyszłyśmy na zewnątrz, zobaczyłyśmy, że na trawniku wokół leży ściągnięte ze sznurków pranie, butelka, która stała na stole "stoczyła się" na ziemię, a sam mebel ogrodowy został haniebnie zbezczeszczony na zielono ;-) Winowajców nie trzeba było szukać daleko, kręcili się we czwórkę w pobliżu, próbując zdemontować rabatkę z kwiatami oraz dobrać do suszącej się bielizny sąsiadów. Widząc, co się święci, P ruszyła z odsieczą, wsunęła nogi w crocsy i… zamarła. Okazało się bowiem, że są częściowo zjedzone (buty J ostały się z kilkoma draśnięciami):-). Rysopis sprawców: zielone, grube, z wielkim dziobem, wielkości średniego kurczaka, bystro łypią okiem:


Papugi Kea gustują ponoć w wyrazistych kolorach, aczkolwiek naszym zdaniem, żadnym nie pogardzą. Gatunek ten występuje tylko w Nowej Zelandii i stanowi prawdziwą plagę campingów. Wszędzie natknąć można się na tabliczki „Nie karmić kea!”. W naturze bowiem, ptaki te żywią się wszelkiej maści owocami lasu. Od kiedy zasmakowały w ludzkim pożywieniu, które dostarcza im zbyt wysoką dawkę energetyczną bez jakiegokolwiek wysiłku z ich strony, resztę dnia spędzają na tym, co lubią najbardziej, czyli destrukcji wszystkiego, co napotkają na swojej drodze.  

Sielanka przed atakiem
Kea przy pracy

środa, 9 marca 2011

Rowena, królowa Wellington



W przeciwieństwie do Auckland, Wellington nas uwiodło, na co złożyło się na jednak kilka elementów.

Samo miasto jest chyba jedną z najmniejszych stolic świata (mniej niż 200 tysięcy mieszkańców), ale jednocześnie jedną z najbardziej uroczych. Pięknie położone nad zatoką, z drugiej strony otoczone wzgórzami. Ma wspaniałe, interaktywne muzeum Te Papa, piękny ogród botaniczny (wstęp do obydwu miejsc gratis) i szereg innych atrakcji. Nad morzem zbudowano promenadę, wzdłuż której koncentruje się życie miasta. Nowozelandczycy są jeszcze bardziej zakochani w sporcie i zdrowym stylu życia niż Australijczycy, nie dziwi więc, że ci z nich, którzy akurat nie biegają (najchętniej boso) po promenadzie, startują w zawodach wioślarskich na zatoce albo wjeżdżają rowerem na jedno z okolicznych, stromych wzgórz. Dlatego też zapewne w ogóle nie zwróciłyśmy uwagi na duże grupy młodych ludzi, kręcących się po mieście w dresach, aczkolwiek później, gdy już wiedziałyśmy o co chodzi, przykuło naszą uwagę, że wszyscy oni mają na plecach nazwy krajów, w tym tak egzotycznych, jak np. Jamajka. W trakcie zwiedzania rewelacyjnego muzeum Nowej Zelandii - Te Papa poznałyśmy dwie Polki. Okazało się, że dziewczyny przyjechały do Wellington na mistrzostwa świata w Taekwon – do. To wiele wyjaśniało. Następnego dnia siedziałyśmy na nadbrzeżu i wyliczałyśmy kraje obecne na mistrzostwach. Naszej reprezentacji życzymy samych złotych medali, na które podobno ma duże szanse. W szczególności trzymamy kciuki za poznane dziewczyny z Częstochowy - życzymy złotych medali w każdej kategorii, w której startują. My natomiast mamy na liście nowy punkt do sprawdzania, gdy tylko będziemy mieć dostęp do bardzo drogiego, nowozelandzkiego internetu – wyniki na mistrzostwach świata w taekwon-do.

W związku z tym, że śpimy w namiocie, naszym głównym zmartwieniem jest znalezienie campingu w granicach miasta i zasięgu komunikacji publicznej. W NZ campingów jest zatrzęsienie. Podobnie jak w Skandynawii, podróżowanie z namiotem lub camperem jest bardzo popularne, w okolicach każdego miasta można więc znaleźć co najmniej kilka tzw. Holiday Parków. Niestety, w przypadku większych miast, znajdują się one zazwyczaj parę kilometrów poza granicami centrum. Specyfiką NZ jest jednak to, że zabudowa miejska składa się z domków z ogródkami, a te czasem okazują się całkiem pokaźnych rozmiarów. Gdy ktoś prowadzi tani hostel w takim domku, zazwyczaj ma też poletko przeznaczone na rozbicie namiotu. Spałyśmy w takim miejscu w Napier, takie samo udało nam się znaleźć też w Wellington. Rowena Lodge, niepowtarzalne doświadczenie. Znalazłyśmy ich telefon w broszurce informacyjnej (jednej z tysiąca drukowanych dla turystów w NZ) i zadzwoniłyśmy z dworca, pytając o dostępne miejsca campingowe. Mężczyzna, który odebrał telefon, potwierdził, że możemy u niego rozbić namiot, a następnie zapytał jak daleko jesteśmy. Gdy okazało się, że chcemy iść na piechotę z dworca (w Wellington nigdy i nigdzie nie jest daleko) powiedział, że przyśle po nas samochód. Byłyśmy mocno zdumione, ale nasze zdziwienie przerodziło się wręcz w oszołomienie, gdy pod dworzec podjechała rozpadająca się furgonetka z kierowcą, który mógłby z marszu, bez charakteryzacji, zagrać w „Trainspotting” (fani „Włatców Móch” również łatwo będą mogli go sobie wyobrazić). Na werandzie, przed wejściem, powitał nas mężczyzna w brudnym ubraniu, wyglądający na ciężko chorego gruźlika i powiedział „Witajcie w Rowenie”. Człowiek, który wysłał po nas samochód, okazał się najbardziej gburowatym Nowozelandczykiem, z jakim miałyśmy dotychczas do czynienia, a wielu można by coś zarzucić. Burknął tylko gdzie mamy się rozstawić, a na nasze pytania o łazienki, kuchnię etc. odpowiedział, że same możemy je sobie znaleźć. Potem było już tylko weselej. Dosyć szybko zorientowałyśmy się, że większość mieszkańców Roweny nie wygląda na plecakowiczów zwiedzających NZ. Powiedzmy to wprost, każdy z kilkudziesięciu mieszkających tam mężczyzn wyglądał na bezdomnego, skazanego za ciężkie przestępstwa, narkomana lub alkoholika na odwyku. Choć odwyk nie był pełen, ponieważ piwo lało się strumieniami. Kilka kobiet też nie sprawiało wrażenia, że są amerykańskimi studentkami w podróży życia. Wszystkie rozmowy w olbrzymiej kuchni toczyły się wokół pracy, umów i zarobków. Wszyscy mieszkańcy Roweny, poza nami, parą przerażonych otoczeniem Japończyków i dwójką Anglosasów pod namiotem to stali rezydenci Roweny, każdy zapewne z ciekawą historią do opowiedzenia i niezłym bagażem doświadczeń. Rowena jest wprawdzie hostelem, ale zamieszkanym przez tych, którzy nie mają gdzie mieszkać, choć większość gdzieś pracuje. Każdy wygląda jednak na tyle szczególnie, że raczej nie może liczyć na pracę w banku. Bardzo wielu lokatorów to starsi mężczyźni, którzy dożywają w Rowenie swoich dni. Jeden z mieszkańców, gotując obiad koło P zajętej mieszaniem ryżu, dwoma wprawnymi ruchami otworzył rzeźnickim nożem puszkę z fasolką. Na zdziwione jego umiejętnościami spojrzenie odpowiedział: „Tu nawet nie ma porządnego otwieracza, więc musiałem użyć prymitywnej metody otwierania puszki.  Bardzo Panią przepraszam, że w Pani obecności użyłem prymitywnej metody”. P opadła szczęka i coś tam wydukała, że zupełnie nie szkodzi i nawet jej się to podobało. Główny zarządzający, Roger ( o wdzięcznej ksywce Rzeźnik), wytatuowany, przeraźliwie chudy, z dredami do pasa i towarzyszącym mu wiernie baaardzo grubym kocurem, niezwykle ucieszył się na wieść o tym, że jesteśmy z Polski, ponieważ kiedyś odwiedził nasz kraj. To dosyć niezwykłe jednak, niewielu Nowozelandczyków dociera nad Wisłę. Roger nie zdradził tajemnicy tej podróży, ale powiedział tylko, że bardzo mu się podobało a ludzie byli mili. Ciekawostka.

Rowena nas zafascynowała, więc sięgnęłyśmy do internetu. Na portalu Tripadvisor (bardzo popularny portal z ocenami miejsc i hoteli, używany jednak głównie przez Amerykanów -reklamuje się jako niezależny i niskobudżetowy, ale skupia się na hotelach przynajmniej ze średniej półki cenowej) znalazłyśmy tak złe oceny Roweny, jakich nie widziałyśmy jeszcze na oczy. Oceniający narzekali, że brudno (nieprawda, łazienki wręcz lśnią, a kuchnia jest czystsza niż gdziekolwiek indziej, gdzie spałyśmy w NZ), że dziwaczne towarzystwo (prawda, choć naszym zdaniem raczej niegroźne), że pokoje obskurne (zdecydowanie prawda). Hostel znajduje się w bardzo starym, drewnianym domu, który mógłby być perełką, ale jest posępnym gmaszyskiem, z psychodelicznymi korytarzami. Natychmiast nasunęły nam się skojarzenia filmowe, przede wszystkim z „One Million Dolar Hotel” Wendersa oraz z „Hotel Splendid”, choć trzeba przyznać, że chwilami atmosfera zahacza o „Lśnienie” :-). Nocna wycieczka do łazienki przez puste korytarze dostarcza dreszczyku emocji, choć najzabawniejsza sytuacja rodem z „Rodziny Adamsów” miała miejsce rano. W umywalni, J spotkała staruszka, który golił się, wpatrując się w wielkim skupieniu we własne odbicie. „Wiesz, kiedyś wisiało tu lustro, a potem przewiesili je tam, gdzie teraz stoisz ty. To było jakieś 2 lata temu.” – powiedział, a J, ku swemu zdumieniu, spostrzegła, że cały czas golił się, wpatrując się w pustą ścianę przed własnym nosem. A może coś jednak tam widział? Wprawdzie w necie krążą opowieści o grasującej w Rowenie Niegrzecznej Dziewczynce, podkradającej jedzenie z lodówek :-), jednak to zjawisko ma miejsce wszędzie. Dzień po opuszczeniu przez nas domu, w Moskwie, J została pozbawiona połowy swojego salami, które zostało po chamsku wykrojone nożem z zamkniętego próżniowo opakowania (J: „oburzający proceder! Parówkowym skrytożercom mówimy NIE!”).

Poza fatalnymi ocenami na Tripadvisor, Rowena ma też grupę na Facebooku pt. „Jakimś cudem udało mi się przeżyć w Rowenie”. Wbrew nazwie, jest to grupa obecnych i byłych rezydentów hostelu absolutnie w nim zakochanych, wspominających z rozrzewnieniem każdą spędzoną tu chwilę oraz gburowatego właściciela. My w sumie też mogłybyśmy się zapisać. Spędziłyśmy w Rowenie dwa dni, ale doskonale rozumiemy zachwyt tym miejscem i z rozbawieniem myślimy o tych przerażonych turystach, którzy trafili do Roweny myśląc, że to kolejny zwykły hostel na ich trasie.

Kolacja w Rowenie, gruby kocur reflektował nawet na ser feta
Jeden z "uroczych" korytarzy
Nocny widok z werandy
A poza tym, Wellington jest śliczne i mieszczańskie :-)


Delfiny spotkałyśmy w drodze na Wyspę Południową

wtorek, 8 marca 2011

Polski ślad w Wellington


 
Na nadbrzeżu w Wellington znajduje się szereg tablic pamiątkowych.  Jedna z nich jest szczególnie interesująca, ponieważ dotyczy wojennej tułaczki polskich dzieci, deportowanych do ZSRR w pierwszych miesiącach wojny. Gdy faszystowskie Niemcy zaatakowały ZSRR, radzieckie władze zgodziły się na wyjazd Polaków. Dzięki temu, wiele dzieci trafiło w najróżniejsze miejsca świata, miedzy innymi do Iranu, Tanzanii, Hiszpanii, a nawet Meksyku. 773 dzieci zostało przywiezione przez amerykański okręt wojenny z obozów w Iranie do Wellington w Nowej Zelandii.  W założeniu miały pozostać tu tylko do końca wojny.  Jednakże tylko 45 osób spośród ponad 800 (dzieci przybyły w polskimi opiekunami) wróciło do komunistycznej Polski, reszta została w Nowej Zelandii. Oprócz tablicy pamiątkowej na nadbrzeżu, historię dzieci z Pahiatua upamiętnia również niewielka ekspozycja w Te Papa – fantastycznym muzeum Nowej Zelandii w Wellington.  






sobota, 5 marca 2011

U Hobbitów



Podróżowanie po Nowej Zelandii jest miłe, łatwe, przyjemne i… bardzo, bardzo drogie. Jeszcze nim dotarłyśmy do Auckland, dowiedziałyśmy się, że istnieje szereg buspassów, czyli łączonych biletów, pozwalających objechać poszczególne części kraju w cenie niższej niż ta, którą zapłaciłybyśmy za pojedyncze przejazdy. Wiedziałyśmy też, że noclegi są drogie i przeprowadziłyśmy „żywiołową rozmowę” ;-), w której poruszyłyśmy palące kwestie, takie jak wizja spania non stop w 8-10 osobowych dormach versus groźba wydania majątku na najpodlejszy nawet pokój bez łazienki, zahaczając wręcz o zakwestionowanie sensowności przyjazdu do NZ. W wyniku konstruktywnych ustaleń ;-), podjętych w trakcie tej dyskusji, wyruszyłyśmy do miasta i w magazynie Warehouse – jak mówi P., lokalnym odpowiedniku Lidla, co nie do końca jest prawdą - zakupiłyśmy tani namiot (79 $ nowozelandzkich – dla porównania, w porządnym sklepie outdoorowym za tę kwotę można nabyć… jedną karimatę). Obecnie leje równo od 30 godzin, a namiot jest nadal suchy, choć mamy poważne wątpliwości czy przetrwa najbliższą noc. Jeśli wytrzyma, będzie to najlepszy tani namiot, jaki kiedykolwiek wyprodukowano. Jak na razie pozwala nam jednak na duże oszczędności (noc na campingu kosztuje tyle ile jedno łóżko w dormie). Prognozy są jednak nieubłagane – będzie lało dalej. Nie dziwi nas to, Nowa Zelandia to trochę taka Islandia na drugim końcu świata – obłędne krajobrazy, wulkany, gejzery i gorące źródła, ale też najgorsza pogoda na świecie. Trudno, coś za coś. Oby tylko namiot nie zawiódł pokładanych w nim nadziei ;-).

Po zakupieniu passu InterCity, który pozwoli nam na objechanie Wyspy Południowej oraz kilku miejsc na Wyspie Północnej, wsiadłyśmy w autobus i opuściłyśmy Auckland. O samym mieście nie mamy właściwie nic do powiedzenia. Miłe, ładnie położone i… jakieś takie nijakie. Jedyne, co przyciąga uwagę, to szereg uśpionych wulkanów, porozrzucanych po całym mieście. Na zboczu jednego z nich mieszkałyśmy, choć nie będzie przesadą powiedzieć, że w Auckland właściwie każdy mieszka na wulkanie albo tuż obok.

Krater i centrum Auckland w tle
Waitomo – w miejscu tym oglądać można system jaskiń, na ścianach których zamieszkuje ogromna kolonia świecących robaczków, występujących tylko i wyłącznie w NZ. Ogląda się je z łódki, w całkowitej ciszy i ciemności. Widok zapiera dech w piersiach, szkoda tylko, że nie możemy pokazać tego niezwykłego zjawiska – fotografowanie jest tam surowo zakazane. Ciekawostką jest fakt, że jaskinie te odkryte zostały do spółki przez Anglika i Maorysa. Państwo szybko się o nie upomniało, niemniej naciski rodziny tego drugiego sprawiły, że jego potomkowie (a miał on, bagatela, 16 dzieci) mają pierwszeństwo zatrudnienia jako przewodnicy. I tak, naszą grupę oprowadzała pod ziemią urocza praprawnuczka odkrywcy.

glow worms photo

Rotorua – małe miasteczko, w którym więcej jest chyba miejsc noclegowych w hotelach niż mieszkańców (w Nowej Zelandii zaskakująco wiele miejscowości, ulic etc. nosi maoryskie nazwy; ciekawostką są raczej wyjątki, takie jak położone obok siebie Cambridge i Oxford z obowiązkową Victoria Street czy Shakespeare Drive). W okolicy mieści się drugi największy, po Yellowstone, obszar geotermalny na świecie. Diabelski zapach siarki czuć w całym miasteczku, trzeba się do niego po prostu przyzwyczaić. Można tu spędzić kilka dni, oglądając gejzery, wulkany, bulgoczące błotne jeziorka. Biorąc jednak pod uwagę, że minimalna cena czterogodzinnej wycieczki za miasto to 60 dolarów nowozelandzkich (ok. 40 USD) za osobę, zdecydowałyśmy się pojechać tylko w jedno miejsce – Wai-o-tapu.  Za to jakże spektakularne! Trudno uwierzyć, że natura jest w stanie stworzyć takie kolory i formy. Chodziłyśmy zachwycone między pomarańczowymi jeziorkami i bulgoczącymi poletkami błota. 










Przy okazji krótka dygresja – Nowa Zelandia na pewno nie jest krajem, który da się zwiedzić korzystając tylko i wyłącznie z publicznego transportu (a można w ten sposób objechać ogromną cześć świata). Atrakcje kraju mają wyłącznie charakter przyrodniczy i - siłą rzeczy- mieszczą się poza miastami, do których docierają autobusy. Aby dotrzeć do któregokolwiek z rozlicznych parków geotermalnych wokół Rotorua, trzeba mieć samochód albo wykupić podwózkę turystycznym vanem. Innej formy transportu nie ma. Biorąc pod uwagę, jak zła jest pogoda i jak rzadko na horyzoncie ukazuje się jakikolwiek pojazd mechaniczny, opcja autostopu atrakcyjna może być tylko dla wyjątkowo cierpliwych i zmotywowanych pasjonatów taniego podróżowania. Bardzo to irytujące, nie tylko dla naszego i tak już bardzo nadwyrężonego budżetu.

czwartek, 3 marca 2011

Z RTW czy bez...

 Uwaga – czysto technicznie o lotach i biletach- tylko dla zainteresowanych tematem :-)

 
W trakcie podróży takiej jak nasza, bilety lotnicze są kwestią istotną. Większość ludzi decyduje się na zakup biletu dookoła świata, czyli tytułowego RTW (round the world). My, jednak, świadomie z tej opcji zrezygnowałyśmy, a powodów ku temu było kilka. Po pierwsze, podstawowym założeniem naszej podróży był „brak planów”. Brzmi to teraz dosyć śmiesznie, ponieważ nasze bardzo ogólne założenia czasowe i budżetowe sprawdziły się niemalże co do dnia i co do dolara. Planowałyśmy dotrzeć lądem do Indonezji i mniej więcej po sześciu miesiącach podróży przelecieć z Bali do Sydney. W międzyczasie odwiedzić wszystkie te kraje, przez które przejechałyśmy, a dodatkowo polecieć też do Japonii i Indii. 100% realizacji planu.

Wracając jednak do RTW - ograniczałby on nas czasowo, wymagał np. opuszczenia Kambodży po 10 dniach, żeby złapać samolot z Bangkoku, etc. Uniemożliwiałby również pokonywanie dużych odcinków trasy lądem lub wymagałby dokupywanie kolejnych lotów. W praktyce, bilet RTW może być stosunkowo tani lub absurdalnie drogi. To druga opcja, z oczywistych względów, nas nie interesuje. Tanie bilety, natomiast, można znaleźć, gdy podróżuje się „schematycznie”– zezwalają one bowiem najczęściej na ok. 5 postojów w najpopularniejszych hubach (ogromnych lotniskach funkcjonujących jako główne węzły komunikacyjne). Oznacza to, że podróż zaczyna się zazwyczaj w Londynie, przez Nowy Jork i Los Angeles prowadzi do Tokio, Hongkongu lub Sydney, następnie do Bangkoku/Singapuru, a stąd przez Delhi/Mumbaj z powrotem do Europy. Czasami pojawia się możliwość zatrzymania w Dżakarcie, Szanghaju lub gdzieś na Bliskim Wschodzie. Bardzo rzadko obejmują one jednak Amerykę Południową (jeśli już, kilka największych miast), właściwe nigdy Afryki. Często zawierają szereg ograniczeń typu: nie wolno się cofać. Gdy spojrzymy na mapę naszej podróży, bezużyteczność takiego biletu widoczna jest gołym okiem. Decyzja o rezygnacji z niego była łatwa, szczególnie, że jednym z pierwotnych założeń naszej trasy było przejechanie dużej części Rosji legendarną koleją transsyberyjską. Symulacja ceny biletu dookoła świata, obejmująca zaledwie część z odwiedzonych przez nas miast, pokazała zawrotną kwotę 6-8 tysięcy dolarów amerykańskich. Bilety kupowane przez nas pojedynczo na pewno nie przekroczą tej kwoty.

Raz na jakiś czas latać jednak musiałyśmy (czy raczej wolałyśmy) i dopóki nie zabrałyśmy się za kupno biletu przez Pacyfik, wszystko szło łatwo i sprawnie. Wszystkie loty kupiłyśmy przez internet. Zwykle korzystamy z czterech – pięciu wyszukiwarek. Są to amerykańskie kayak.com, momondo.com, orbitz.com oraz polskie fru.pl i lataj.pl. Momondo polecił nam poznany na Lombok Łukasz, za co serdecznie mu dziękujemy, wyszukiwarka jest rzeczywiście świetna. Kayak niespecjalnie się sprawdził, choć oferuje unikalną opcję „buzz” - pozwala ona zaznaczyć, że wylatując np. z Sydney chcemy dotrzeć w marcu do Ameryki Południowej. Wyświetla wówczas wszystkie loty do Am. Płd., uwalniając nas od konieczności wstukiwanie po kolei nazw miast Buenos Aires, Santiago, Lima, Montevideo etc., pokazując najtańszy sposób dotarcia na wybrany kontynent. Fantastyczna opcja, w naszym przypadku jednak się nie przydała.

Polskie serwisy działają według tych samych zasad, co amerykańskie. Korzystają z tych samych systemów (głównie Amadeus), dlatego tak samo dobrze nadają się do wyszukania lotów między Tajlandią i Indiami, jak wszystkie pozostałe. Lot do Japonii i Indii kupiłyśmy w lataj.pl, które oferowało najtańsze bilety. Lot z Bali do Sydney bezpośrednio w Jet Star (tanie linie lotnicze należące do Qantas). Przewaga naszych rodzimych wyszukiwarek polega na tym, że obciążają one kartę kredytową w złotówkach, zagraniczne zaś w dolarach amerykańskich, australijskich lub euro. Oznacza to, że różnice kursowe zwiększają cenę biletu. Dlatego, gdy w polskim serwisie jego cena wynosi np. 1000 złotych, a w zagranicznym 320 USD, zakup biletu w tym pierwszym może być tańszy. Trzeba wziąć pod uwagę kurs wymiany waluty banku (zawsze wyższy niż to, co pokazują notowania na onet.pl lub xe.com) oraz sprawdzić, czy nasza karta kredytowa rozliczana jest w euro czy dolarach. Większość kart wystawianych przez europejskie banki rozliczana jest w euro, co oznacza, ze cena podana w dolarach zostanie przeliczona najpierw na euro, a dopiero z nich na złote. W podanym przykładzie, różnice kursowe mogą sięgnąć kilkudziesięciu złotych. 

Trasa z Australii lub Nowej Zelandii do Ameryki Południowej jest mało popularna, obsługiwana de facto przez zaledwie trzy duże linie lotnicze (Qantas, Aerolineas Argentinas i Lan Chile) przez co loty te są drogie. Zazwyczaj taniej jest dotrzeć z Sydney do Los Angeles, pomimo, że sam lot jest niemal dwukrotnie dłuższy. Gdybyśmy, oszczędzając na bilecie przez Pacyfik, zamiast do Santiago lub Buenos, poleciały do Los Angeles i ruszyły na południe, dotarłybyśmy do Argentyny i Chile w środku zimy, co na pewno uniemożliwiłoby nam zobaczenie południowej części kontynentu. Dodatkowo, lot z Buenos/Santiago do Europy byłby zapewne o tyle droższy od połączenia np. z Nowego Jorku, że cała oszczędność okazałby się iluzoryczna. Wybrałyśmy więc koszmarnie drogie (choć nadal najtańsze, jakie do tej pory widziałyśmy) bilety do Buenos, ale trzeba przyznać, że zapłaciłyśmy też frycowe za podejmowanie decyzji w ostatniej chwili. W styczniu można było kupić bilet do Buenos lub Santiago za niespotykaną kwotę ok. 2700 złotych (Aerolineas Argentinas). Promocja trwała krótko i szybko się skończyła. Gdy zaczęłyśmy szukać biletów, obowiązywała już standardowa stawka grubo ponad 1 tysiąca dolarów za lot. I tak nie było łatwo. Dwie oferty, w trakcie dokonywania zakupu albo gwałtownie zdrożały, albo okazały się w ogóle nieaktualne. Przy trzeciej próbie, znalazłyśmy lot droższy jedynie o ok. 20-30 dolarów, jednak z niewyjaśnionych przyczyn technicznych (fru.pl) nie udało nam się go kupić. W końcu, amerykański serwis przyjął naszą rezerwację, ale uprzedził, że bilety wystawi po zweryfikowaniu karty. Tak też się stało i po 3 godzinach i telefonie z USA (sic!) bilety dotarły na naszą skrzynkę mailową. Pierwszym pytaniem osoby dokonującej check - in na lotnisku w Sydney było: ”Czy posiadają Panie bilety wylotowe z Nowej Zelandii?”, ponieważ bez takowych nie może nas wpuścić na pokład. Pierwszy taki przypadek w naszej podróży, ale spodziewany. Zadziwiający był raczej brak zainteresowania takimi kwestiami w Australii czy Japonii.

Miałyśmy ambitny plan zobaczenia jakiejś polinezyjskiej wyspy. Pomysł ten upadł jednak z dwóch powodów. Pierwszym była zawrotna cena 10 tysięcy złotych za połączenie z NZ przez Polinezję Francuską do Ameryki. Drugim to, że jedyne dostępne loty docierały do Los Angeles lub innych miast USA. Lan Chile lata z Pappette (Polinezja Francuska) do Santiago de Chile z postojem na Wyspie Wielkanocnej. Właśnie ze względu na ten przystanek bilety są wyprzedane na wiele miesięcy naprzód. Można więc zapomnieć o pokonaniu trasy NZ – Polinezja – Wyspa Wielkanocna – Chile, jeśli nie zaplanuje się tego co najmniej z półrocznym wyprzedzeniem.

Kupno biletu w dobrej cenie wymaga poświęcenia czasu na przeszukiwanie serwisów, porównywanie ich oferty z cenami, podanymi bezpośrednio na stronie linii lotniczych, ponownego wyszukiwania etc. Oferty pojawiają się i znikają nawet po kilku godzinach. Czasami przez kilka dni wyszukiwarki będą pokazywać tę samą cenę, aby następnego dnia wyświetlić super ofertę. Przede wszystkim, jeśli to tylko możliwe, trzeba szukać biletów z dużym wyprzedzeniem. Zaczęcie wyszukiwania dwa – trzy miesiące przed planowaną podróżą zazwyczaj pozwala znaleźć bilet w bardzo konkurencyjnej cenie. Jeśli, tak jak my, szuka się najdłuższego i najdroższego połączenia lotniczego na trzy tygodnie przed wylotem, płaci się za własną głupotę. W naszym wypadku ok. 300 dodatkowych dolarów na łebka…