czwartek, 6 stycznia 2011

Odrabiamy zaległości - ceny w Indiach i Kambodży

Jako osoba pilnująca budżetu w trakcie naszej podróży, zostałam upomniana przez J, że nie przygotowałam podsumowania cenowego po wizytach w Kambodży i Indiach.  Nadrabiam więc braki, w przypadku Kambodży króciutko, o Indiach pisząc trochę szerzej. 

Ceny w Kambodży są o kilka procent wyższe niż w Wietnamie - zainteresowanych odsyłam do naszego postu o tamtejszych wydatkach.  Jedzenie i transport są przeciętnie o dolara – dwa wyższe, natomiast noclegi tańsze.  Za 10 usd można dostać porządny pokój z łazienką i ciepłą wodą. Miejscem będącym żywym dowodem na to, że konkurencja jest zdrowa dla konsumenta, jest Siem Reap.  Tamtejsze hotele i guesthousy, których jest zatrzęsienie, należą do najlepszych w tej części świata.  Można zatrzymać się w pałacu za 1000 usd za noc, ale i za 8 usd śpi się w miejscu czystym, ładnym, centralnie położonym, otoczonym ogrodem, prowadzonym przez miłą i pomocną rodzinę.  Suma summarum, koszt pobytu w Kambodży był dla nas o ok. 10% droższy niż pobyt w Wietnamie, ale wpływ na to ma w dużej mierze tygodniowy bilet wstępu do świątyń Angkor, co w przypadku dwóch osób stanowi wydatek rzędu 120 usd. 

Indie uchodzą w podróżniczej świadomości za niemalże najtańszy kraj świata.  Pewnie kiedyś tak było. Być może nadal może tak być, gdy podróżuje się poza sezonem i po mało turystycznych rejonach.  Nasze doświadczenia przeczą jednak temu stereotypowemu przekonaniu o "taniości" Indii.  Pobyt w Indiach był dla nas droższy niż w każdym z dotychczas odwiedzonych krajów poza Japonią, Rosją i Hongkongiem.  Winnym - po części - jest okres, w którym tam zawitałyśmy, czyli końcówka roku.  Można tym jednak uzasadniać tylko wyższe ceny zakwaterowania i właściwie niczego więcej.  Jak już pisałyśmy, w Indiach o wszystko trzeba się targować, pierwsza cena jest zazwyczaj z kosmosu.  Dotyczy to wszystkiego poza knajpkami, gdzie w menu znajdują się ceny.  Krótki przegląd wydatków:

Hotele – w Indiach można spać za 2 usd, ale nie należy wtedy oczekiwać niczego poza tym, że w pomieszczeniu będzie materac.  Zazwyczaj zapluskwiony.  Jakość tzw. hoteli budżetowych jest bardzo niska.  Ceny zakwaterowania zbliżone są do tych, jakie płaciłyśmy w dużych miastach w Chinach (gdzie spałyśmy w luksusach), natomiast jakość pokoi była jedną z najniższych z jakimi spotkałyśmy się kiedykolwiek (poza chlubnym wyjątkiem przepięknego hoteliku Krishna Palace w Jaipurze).  Poziom czystości hotelu turyści określają, dodając zwrot „jak na indyjskie standardy”.  Jeśli więc hotel jest czysty ”jak na indyjskie standardy” to należy spodziewać się, że pościel będzie uprana, aczkolwiek często dziurawa i poplamiona, podłoga zamieciona, ale nieumyta, a łazienka będzie wyglądać jak po wybuchu bomby, mimo że z kranów będzie ciurkać woda, czasami nawet ciepła.  Nie będzie to pokój w którym będzie się chciało spędzać wolny czas, ale w którym można się przespać bez większego obrzydzenia.  Ceny od 11 usd za pokój ze wspólną (brudną) łazienką w Waranasi do 28 usd za nocleg w Delhi (Mumbaj jest droższy, my spałyśmy za darmo w mieszkaniu znajomego).  Przeciętnie jednak płaciłyśmy ok. 20 usd za pokój z łazienką i ciepłą wodą.  Osobnym rozdziałem jest Goa.  Płaciłyśmy absurdalne 45 usd za pokój z brudną łazienką i paroma karaluchami na stanie, ale był to okres między świętami a Nowym Rokiem – szczyt sezonu.  Dodatkowo byłyśmy tam krótko i zarezerwowałyśmy nocleg w ostatniej chwili przez internet.  Gdybyśmy poszukały czegoś po przyjeździe, na pewno znalazłybyśmy tańsze lokum. 

Jedzenie – w knajpkach dla miejscowych za 1 usd (plus parę centów za chlebek) dostawałyśmy pyszne danie, którym można było się najeść.  Za 2 usd można zjeść thali, czyli danie składające się z kilku mniejszych potraw, ryżu i chleba.  Porządne thali wykarmi dwie średnio głodne osoby.  W knajpach nastawionych na turystów ceny za danie zaczynają się od 2,5 usd.  Za posiłek z napojem trzeba zapłacić ok. 5 usd.  Najtańsze piwo można kupić w Delhi – 1,25 usd.  Najdroższe w Uttar Pradesh – 3 usd za butelkę.  W knajpach ceny od 3 usd za butelkę w górę (im bardziej „spod lady”, tym droższe).  Napoje typu coca-cola – 0,5 usd. 

Transport – bilety na wagony drugiej klasy nieklimatyzowanej, czyli te nieziemsko zapchane, w których ludzie podróżują jak kartofle w worku, są bardzo tanie np. 2 usd za ok. 4 godzinną trasę.  Ale już klasy 3 AC/ 2 AC tak tanie nie są.  Z bilety płaciłyśmy ok. 10 usd za osobę za trasy dzienne (ok. 4 godzin jazdy np. trójkąt Delhi – Agra – Jaipur) do 35 usd za najdłuższą trasę Jhansi – Mumbaj (sypialny, 2 klasa AC).  Samolot na trasie Mumbaj – Goa i z powrotem wyniósł 160 usd od osoby, ale gdybyśmy kupiły bilet dwa tygodnie wcześniej, cena byłaby nawet o połowę niższa.  Transport miejski czyli autoriksze to zazwyczaj wydatek ok. 1 usd za podwiezienie z hotelu do centrum etc.  Dłuższa trasa, np. ok. 30 minut – 2-4 usd.  Z taksówek korzystałyśmy tylko w drodze z i na lotnisko – 10 usd.  Warto zaznaczyć, że ze względu na masowość procederu naciągania turystów, na większości lotnisk można wziąć tzw. przedpłaconą taksówkę (prepaid taxi), którą opłaca się z góry - cena zależy od miejsca przeznaczenia.  Kierowcy nie płaci się już wcale.  W dużych miastach są taksówki na telefon, uchodzące za bezpieczniejsze (w kontekście naciągania), choć nasza przygoda z Mumbaju dowodzi, że nie zawsze jest to prawda.  Wiozący nas na lotnisko taksówkarz, z którym została ustalona z góry cena (przy pomocy bardzo opiekujących się nami Hindusów, u których gościłyśmy w Mumbaju), w połowie trasy stwierdził, że jest duży ruch (!!! W Mumbaju jest zawsze duży ruch), w związku z czym nadrabia drogi, a więc cena za naszą trasę rośnie w tym momencie o 100 rupii.  Co mogłyśmy zrobić?  Wysiąść w środku slumsu, w którym się akurat wtedy znajdowaliśmy?  Zapłaciłyśmy choć wyraźnie powiedziałyśmy mu co o nim sądzimy.  Jesteśmy pewne, że nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. 

Wstępy do zabytków – od 2,5 usd do 17 usd za Taj Mahal

poniedziałek, 3 stycznia 2011

O Wientianie niewiele, więcej o podróżowaniu

To absolutnie fascynujące jak bardzo Wientian, stolica Laosu, nie ma turystycznie nic do zaproponowania.  Miasto, a właściwie miasteczko, położone jest nad Mekongiem, ale z jakiegoś powodu, główna aleja oddalona jest znacznie od rzeki (zapewne w porze deszczowej wygląda to inaczej), więc spaceruje się po nowo wybudowanej drodze pośrodku żwirowej łachy.  Natychmiast nasuwają nam się skojarzenia z Phnom Penh, leżącym nad tym samym Mekongiem, którego najładniejsze budynki, większość knajp oraz szeroka promenada leżą wprost nad rzeką.  Znad Mekongu wprawdzie czasami zawieje smrodkiem, ale i tak jest lepiej niż parę lat temu.  Położenie nad wodą jest niewątpliwym atutem, którego Wientian z bliżej niezrozumiałych powodów nie wykorzystuje. 

Centrum Wientianu można obejść wolnym spacerkiem w ciągu godziny, jeśli jednak ktoś jest zainteresowany świątyniami, znajdzie tu kilka godnych odwiedzenia.  Architekturą i stylistyką przypominają one świątynie tajskie.  Ponadto jest tu trochę ładnej, kolonialnej architektury, pozostawionej przez Francuzów (aczkolwiek to zaledwie cień tego, co można oglądać w Hanoi czy nawet w Phnom Penh) pogrążonej w niesłychanie sennej atmosferze małego miasteczka, gdzieś w tropikach.  Nasza podróż przez Laos odbędzie się w iście „amerykańskim” (czytaj: ekspresowym) stylu - za tydzień musimy być już z powrotem w Bangkoku, tym bardziej cieszy nas, że Wientian opuścimy bez większego żalu po zaledwie niepełnym dniu pobytu.  Tym, co zasługuje na odnotowanie, jest ekstremalna czystość stołecznych uliczek – podobnie jak w Chinach, całe zastępy sprzątaczy zamiatają każdy milimetr kostki brukowej. Kawiarenki natomiast bardziej przypominają te z Montrealu niż z innego biednego kraju w dowolnym punkcie globu. 

Chodząc po ulicach miasta, J skonkludowała, że od dnia przyjazdu do Hanoi do dziś, całkowicie zmienił jej się pogląd na to, co w Azji turystyczne, a co nie.  Zakładała, że Indie to kraj zalany przez turystów (co w sumie miałoby sens - gdy nikomu nie przyszło jeszcze do głowy odwiedzać pogrążony w wojnie Wietnam czy rządzone przez komunistów Kambodżę i Laos, do Indii jeździły już duże grupy Europejczyków i Amerykanów, spragnionych metafizycznych przeżyć - vide słynny pobyt Beatlesów w jednym z hinduskich ashramów).  Spodziewała się, jednak, że poza Tajlandią i Bali, Azja Południowo – Wschodnia pozostaje nadal terenem nieobjętym jeszcze masową turystyką.  W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie.  W dużych miastach Indii można było przez dwa – trzy dni nie spotkać żadnego turysty - nawet w miejscach tak znanych jak Taj Mahal czy Goa w szczycie sezonu, było ich dużo, dużo mniej niż się spodziewałyśmy.  Natomiast od Hanoi po Wientian, białych jest więcej niż liści na drzewach.  Turyści europejscy, amerykańscy i australijscy są dosłownie wszędzie.  Tereny określane przez przewodniki jako „poza głównym szlakiem” również są ich pełne, jest ich może tylko odrobinę mniej niż w Angkor czy w zatoce Ha Long :-) Za ilustrację niech posłuży fotka ogłoszenia o zaginięciu byczka sporządzonego, ze względu na liczbę cudzoziemców, w dwóch wersjach językowych:

Laotańczycy na pewno mają poczucie humoru

Sądzimy, że jedną z przyczyn powyższego stanu rzeczy jest to, że po krajach Azji Południowo – Wschodniej podróżuje się łatwo, tanio i przyjemnie.  Jest tu bardzo bezpiecznie - można stracić plecak lub portfel, gdy ma się pecha lub nie dość uważa, ale tzw. violent crimes są rzadkością.  Można się tu także dogadać po angielsku (co nie jest tak łatwe np. w całej Ameryce Łacińskiej lub Afryce Zachodniej).  Przede wszystkim jednak, wszystko kręci się wokół jak najlepszej obsługi turysty.  Ilość hoteli i restauracji nastawionych na cudzoziemców jest ogromna, większość z nich oferuje szereg wycieczek, zajmuje się załatwianiem wiz, pośredniczy w sprzedaży biletów na autobusy i pociągi oraz wymienia pieniądze.  Można, jeśli ktoś nie liczy każdego dolara (za wszelkie usługi pobierana jest oczywiście prowizja), nie wychodząc z hotelu, załatwić sobie przejazd do kolejnego miejsca, wycieczkę po mieście z przewodnikiem, trekking po górach oddalonych o 100 km wraz z dojazdem do nich, a na koniec zjeść smacznie w przyhotelowej knajpce.  Sytuacja ta jest skrajnie odmienna od tej, z jaką miałyśmy do czynienia w Chinach czy do (pewnego stopnia) w Rosji i Indiach, gdzie mnóstwo czasu zajmowała nam logistyka i szukanie biletów.  Nasza trasa Bangkok – Wientian jest dosyć typowym przykładem tego, jak wygląda organizacja transportu turystów.  W Bangkoku wsiadłyśmy w nocny, sypialny pociąg do miasta leżącego na granicy z Laosem.  Bilety kupiłyśmy same, bo miałyśmy czas i zależało nam jak na najniższej cenie.  Jeśli byśmy tylko zechciały, koło naszego hotelu znalazłybyśmy dziesięć agencji, które rzeczone bilety chętnie dostarczyłyby pod nasze drzwi.  Pod dworcem stały rzędy tuk – tuków, które zabierały turystów na posterunek graniczny (kierowcy oszukiwali na cenach lepiej niż Hindusi, ale to niestety akurat norma w Tajlandii).  Po uzyskaniu stempla tajskiego, kupowało się bilet na autobus, który kursował na trasie około 7-10 km dzielących posterunki tajskie i laotańskie.  Po uzyskaniu wizy do Laosu (na granicy, 30 dolarów od łebka, 30 minut oczekiwania), wychodziło się z terminalu, gdzie stał kolejny rząd tuk – tuków, których kierowcy (oszukując dużo mniej niż Tajowie), zabierali turystów do Wientianu (22 km).  W ten oto sposób, bez chwili zastanawiania się co dalej, jak się dostanę do miasta, gdzie powinnam się udać etc., płynnie przekracza się granicę i dojeżdża do miejsca przeznaczenia.  Azja Południowo – Wschodnia jest zdecydowanie idealnym miejscem na pierwszą egzotyczną podróż.  Nigdzie nie podróżuje się łatwiej. Ośmieliłybyśmy się nawet powiedzieć, że niektóre części Polski zwiedza się z większymi trudnościami. Po pewnym czasie może się to stać lekko nudnawe (patrz casus J zakochanej w Indiach :-), ale to zdecydowanie nie zmartwienie turysty, zaczynającego przygodę z dalekimi podróżami ;-).

tzw. "pas startowy w pionie" czyli łuk triumfalny wybudowany przez władze z betonu podarowanego przez USA na budowę miejscowego lotniska

sobota, 1 stycznia 2011

Indie - pożegnanie

J jest bardzo zasmucona faktem opuszczenia Indii, P uważa, że trzy tygodnie to aż za dużo jak na jeden raz. Na pożegnanie kilka wspomnieniowych drobiazgów.

 
W Indiach sprawdza się złota zasada Macieja Nowaka – „nigdzie nie gotują tak źle jak dla turystów, bo ci nigdy nie wracają” (zasada ta nie dotyczy miejsc takich jak Goa, gdzie turyści siedzą tygodniami, ale np. Agry gdzie spędzają zwykle jeden dzień).  Dlatego w Indiach trzeba jeść tam, gdzie stołują się miejscowi.  Naszym skromnym zdaniem, indyjskie jedzenie należy do jednych z lepszych na świecie.  Nie jest to jednak kuchnia dla polskich tradycjonalistów - ekstremalnie ostra, przeważnie wegetariańska, opiera się na warzywnych sosach jedzonych z ryżem lub indyjskimi chlebkami (chapati, roti, naany).  Na wybrzeżu pojawiają się owoce morza a w mniej tradycyjnych (lub bardziej turystycznych) stanach – kurczaki i baranina.  Wołowina w Indiach nie istnieje, natomiast wieprzowina jest rodzajem „występnej przyjemności”, którą spożywa się w dobrze ukrytych miejscach, tylko w niektórych rejonach kraju.  Trafienie do takiego przybytku przypadkiem jest mało prawdopodobne.  Wynika to z tego, że rzeźnictwem trudnią się w Indiach wyłącznie muzułmanie, dla których świnia jest zwierzęciem nieczystym.  Oficjalne rzeźnie nie prowadzą więc uboju świń, a te, które to robią, należą do półświatka. 

Hindusi jedzą dania rękoma, aczkolwiek na widok cudzoziemca przy talerzu zazwyczaj pojawia się łyżka.  Niestety, standardy sanitarne w indyjskich, lokalnych knajpach - mówiąc eufemistycznie -mocno odbiegają od tych, do których przywykliśmy (łącznie z tymi z Was, którzy lubią raczyć się nocnymi zapiekankami w barze Emilka przy warszawskim Centralnym).  Jest brudno, talerzy nie myje się, tylko wyciera, a osoby serwujące jedzenie raczej nie myją rąk częściej niż raz dziennie.  Wszystko to jest początkowo mocno przerażające.  Na ile niebezpieczne?  Z nas dwóch P chorowała dwa razy, J ani razu (w trakcie naszych poprzednich podróży raczej było odwrotnie).  Jedzenie w tanich knajpach jest gotowane i raczej nie grozi poważnymi zatruciami pasożytami (te biorą się z wody, surowych warzyw i owoców), ale kolonię bakterii można połknąć z przepyszni dalami (soczewica z przyprawami), palakami (dania ze szpinaku), aloo (dania z ziemniakami) czy paneerami (dania z cudownym serkiem twarogowym, w tysiącach kombinacji).  Osoby nieprzywykłe lub nielubiące dań bardzo pikantnych, muszą szukać miejsc, w których bez kłopotu dogadają się po angielsku.  Prosząc o danie łagodne i tak dostaną najpewniej coś, co w Polsce uchodziłoby za szczyt ostrości, ale jak na warunki lokalne naprawdę jest delikatne.  Zdarzają się też nieliczne wyjątki, gdy zamówione danie jest tak „no spicy”, że aż mdłe.  Jednak, co do zasady, kuchnia indyjska jest ostrzejsza od chińskiej i dotyczy to wszystkiego, w tym np. orzeszków solonych w posypce. 

Mięsożerna J, po trzech tygodniach dobrowolnego wegetarianizmu (miejcie na uwadze tragiczne warunki sanitarne, panujące w Indiach, co w przypadku dań mięsnych może mieć zdecydowanie dalej idące konsekwencje niż zatrucie zepsutym warzywem) poleca swoje dwa ulubione dania – jajeczne biryani (pikantny ryż smażony z warzywami i przyprawami – jedno z nielicznych dań bez sosu) oraz thali – zestaw kilku warzywnych sosów z ryżem i chlebkami, wśród których obowiązkowo występuje dal (potrawka z soczewicy).  P jest zaprzysięgłą wielbicielka paneera (indyjskiego serka), szczególnie w butter masala paneer (serek w gęstym sosie maślano – „przyprawowym”) oraz palak paneer (szpinak z twarożkiem).  Ponadto, na Goa, jadłyśmy jedną z najbardziej „orgiastycznych” potraw wszech czasów – tandoori tuna tikka, czyli wielkie kawałki steku z tuńczyka, w przyprawie tikka upieczone w piecu tandoori.  Najlepsze z piekielnie ostrych dań świata, nie do spróbowania nigdzie indziej, poza miejscami dysponującymi piecem tandoori, opalanym aromatycznym drewnem.  Dla tego doświadczenia kulinarnego warto polecieć na Goa :-)

Thali

Śniadaniowe samosy

***

Hindusów można w uproszczeniu podzielić na dwie grupy – tych, którzy pracują dla/z turystami, których jedynym zadaniem jest wyciągnięcie z Europejczyków (a jeszcze lepiej Amerykanów) tak dużo kasy, ile się tylko da.  Są oni maksymalnie wkurzający i czynią pobyt w Indiach męczącym.  Cała reszta to najmilsi, najbardziej pomocni ludzie na świecie.  My miałyśmy to szczęście, że zarówno w Delhi, jak i Mumbaju, mieszkałyśmy poza turystycznym centrum, gdzie na ulicy stanowiłyśmy wprawdzie atrakcję roku, z drugiej strony, jednak, spotkałyśmy się z niezwykłymi przejawami gościnności i chęci opieki nad cudzoziemcem, który - w przekonaniu miejscowych - nie poradzi sobie sam w Indiach.  Dlatego trzeba go niańczyć.  Przykładów takiego podejścia mamy dużo, ale najsłodszym z nich była sytuacja z małego sklepu w Mumbaju.  Trzeba zaznaczyć, że indyjskie sklepy są również chaotyczne jak cała reszta krajobrazu – mleko trudno kupić w sklepie z jogurtami, za to bez kłopotu znajdzie się je na stoisku z ziarnami (fasole, soczewice etc.).  W Mumbaju zmuszone byłyśmy zakupić sprej na karaluchy, jako że nasze lokum było ich, niestety, pełne.  Biegałyśmy po sklepach, w których - naszym zdaniem - taki sprej powinien się znaleźć (chemiczne, przemysłowe).  Bez skutku.  W końcu weszłyśmy do sklepu z kosmetykami i zabawkami.  Upragniona trucizna stała na półce obok dezodorantów dla mężczyzn i perfum dla kobiet.  W Mumbaju teoretycznie wszyscy mówią po angielsku, ale w praktyce bywa różnie.  Pięciu panów z obsługi rzuciło się, aby podać nam wszystko, czego tylko sobie zażyczymy.  Wyraźnie powiedziałyśmy, że chcemy sprej na karaluchy i wskazałyśmy go palcem.  Jeśli nawet panowie nas zrozumieli, to nie uwierzyli i zaczęli wystawiać na ladę dezodoranty Brutt i Gillette oraz lokalne perfumy.  Kręciłyśmy głowami, że nie o to nam chodzi i dalej uparcie wskazywałyśmy na dużą puszkę trucizny.  W końcu ją dostałyśmy.  W tym momencie, przyglądający nam się z oddali klient sklepu, rzucił się w naszym kierunku krzycząc, że to są groźne pestycydy.  Zapytałyśmy czy mamy rozumieć, że nie można ich użyć w mieszkaniu?  Czy nadają się tylko do trucia zewnętrznego?  Pan pokiwał głową, że nie, ale że są to pestycydy, więc w żadnym wypadku nie powinnyśmy ich używać.  Zapanowała konsternacja.  W końcu uprzejmy pan, mocno już przejęty tym, że jednak chcemy dokonać zakupu, wskazując na stojące na ladzie dezodoranty i perfumy powtórzył, że te rzeczy nadają się do tego, żebyśmy się nimi popsikały, ale wybrana przez nasz puszka trucizny zdecydowanie nie powinna być przez nas używana jako woda toaletowa.  Zachowując kamienną twarz - w końcu miał dobre intencje - wyjaśniłyśmy, że nie szukamy perfum tylko chcemy wytruć niechcianych lokatorów.  Odetchnął z ulgą. 

***

Na ulicach właściwie wszystkich miast, w których byłyśmy, zastanawiał nas widok mężczyzn, z pofarbowany na czerwono włosami.  Niektórzy zdobili tak również brody lub ich części.  Panowie ci byli zdecydowanie statecznymi ojcami rodzin, a nie gwiazdami zespołów rockowych, zazwyczaj też byli w starszym wieku.  Wyglądali groteskowo i co tu dużo mówić – dosyć paskudnie.  Nie byłyśmy w stanie pojąć natury tego zjawiska.  W końcu zapytałyśmy.  Okazało się, że dotyczy właściwie jedynie muzułmanów, wśród których popularne jest używanie henny jako środka wzmacniającego i odżywiającego włosy.  Henny używa się od młodości i nie zaprzestaje się jej stosowania, gdy włosy siwieją, podobnie jak ma to miejsce w przypadku brody i wąsów.

***

Korzystając z dużej oferty anglojęzycznych gazet w Indiach, umilałyśmy sobie podróże czytając lokalne dzienniki.  Była to lektura dająca dosyć zaskakujący obraz społeczeństwa indyjskiego.  Strony dotyczące polityki zazwyczaj donosiły o skandalach korupcyjnych, następnie, następowały zazwyczaj doniesienia o dramatycznych wydarzeniach, takich jak kradzieże i nienaturalne zgony.  Pierwsze dotyczyły najczęściej złotych łańcuchów, zerwanych z szyj i nadgarstków (dopóki nie przeczytałyśmy indyjskich gazet nie miałyśmy świadomości ile taki łańcuch może być warty) oraz nieporozumień rodzinnych zakończonych morderstwem, próbą morderstwa lub podpaleniem.  To ostatnie dotyczyło niestety często młodych mężatek, które - zdaniem rodziny męża - wniosły zbyt małe posagi.  Kolejnym tematem przewijającym się przez gazety w trakcie całego naszego pobytu były ceny cebuli.  Tak jak u nas ceny mięsa, chleba i jajek stanowią temat debat politycznych, tak w Indiach, produktem-wskaźnikiem jest cebula.  Sprawa jest obecnie na tyle poważna, że rząd podjął specjalne kroki i uwolnił cebulowe rezerwy, żeby zbić trochę ceny rynkowe.  Przedstawiciele wielu hoteli i restauracji wypowiadali się natomiast, że w chwilowo zaprzestają serwowania dań z cebulą, co jednak okazuje się bardzo trudne, ponieważ prawie każde indyjskie danie ją zawiera. 

A.Raja to prominentny polityk przyłapany na korupcji

źródło: http://cartoonistsatish.blogspot.com/2010/12/onion-prices-haunt-santa-claus.html

Wiadomością polityczną dnia naszego wyjazdu stała się deklaracja majątkowa sędzi Sądu Najwyższego, jednej z nielicznych kobiet na tak wysokim szczeblu władzy.  Dama ta, mianowicie, w pozycji „zobowiązania” wykazała swoje dwie córki, które są w wieku odpowiednim do zamążpójścia.  Mimo że wydanie córki za mąż to w Indiach przedsięwzięcie finansowe porównywalne z budową luksusowego domu w Europie, prasa nie zostawiła na sędzi suchej nitki, przypominając jej jak bardzo zmienia się w Indiach pozycja kobiet, jak dążą one do równouprawnienia oraz jak bardzo politycznie niepoprawne jest wpisanie córek w jedną rubrykę z pożyczką zaciągnięta na zakup domu.  Co do zmian mentalności, wystarczy wspomnieć, że obecnie posiadanie córek staje się pewną miejską modą (oczywiście w bogatszych rodzinach), a my mogłyśmy zobaczyć na własne oczy nie tylko dwie hinduskie pilotki, ale i...kobietę-rikszarkę  Absolutny fenomen.

Przedział dla pań w mumbajskim pociągu

piątek, 31 grudnia 2010

Sylwester

Kochani!

Dotarłyśmy do Bangkoku, gdzie zostaniemy niestety chwilę dłużej kosztem naszego pobytu w Laosie. Winę za tę zmianę ponosi (prawdopodobnie) niewinnie wyglądająca, acz zdradziecka, kanapka z serkiem paneer, która znokautowała P na mumbajskim lotnisku. W związku z tym, Sylwestra spędzamy w łóżku (J w towarzystwie piwa Chang, P wody mineralnej :-)

Korzystamy zatem z okazji, aby życzyć Wam Wszystkim, aby Nowy Rok okazał się dla Was szczęśliwy!!! Wszystkiego, co dobre w 2011!!!

J i P

wtorek, 28 grudnia 2010

Pierwsza tercja za nami

Jutro mijają dokładnie 4 miesiące od dnia, kiedy żegnane przez naszych przyjaciół, wsiadłyśmy do pociągu na warszawskim Dworcu Centralnym. Były to, z pewnością, najintensywniejsze i najbardziej obfitujące we wrażenia 4 miesiące naszego życia. Z jednej strony ciężko w sumie uwierzyć, że minęło tylko tyle(Rosja i Bajkał wydają nam się naprawdę odległe), z drugiej zaś, czy to możliwe, że za nami już 1/3 zaplanowanej trasy?

W mailach często pytaliście nas, czy nie jesteśmy już zmęczone nomadycznym stylem życia, jaki przyszło nam wieść. Oczywiście, czasami podróżowanie lokalnymi środkami transportu jest bardzo męczące, podobnie jak brak stałego lokum. Staramy się jednak minimalizować niedogodności z tym związane. To dlatego właśnie zawsze, gdy to tylko możliwe, rezerwujemy z góry noclegi w hotelach (uwielbiane przez część backpackersów bieganie po nowym miejscu z ciężkimi plecakami na grzbiecie i szukanie wolnych miejsc wydaje nam się wyrafinowaną torturą, szczególnie, gdy można tego uniknąć małym lub zerowym kosztem), staramy się wybierać pokoje prywatne (raczej z łazienką), chyba, że nie ma innej możliwości. Wtedy dormem nie pogardzimy. Nie korzystałyśmy także z opcji coachsurfingu – traktujemy ją jako coś więcej niż „nocleg za darmo”, bardziej jako wymianę międzyludzką, wymagającą dużego zaangażowania emocjonalnego. Bez wątpienia jest to wspaniała sprawa, jednak w naszym przypadku (czyli dłuuugiej tułaczki z męczącymi przejazdami) poczucie pewnego „długu” wobec gospodarzy (nie materialnego, oczywiście) byłaby dla nas trudne. Wiele osób pytało nas dlaczego nie korzystamy z możliwości jakie daje coachsurfing. Sądzimy, że głównymi powodami są nasza duża potrzeba prywatności i niezależności oraz nasze charaktery. Obydwie jesteśmy bowiem urodzonymi podglądaczkami – naszym żywiołem jest zdecydowanie bardziej voyeryzm, niż obserwacja uczestnicząca. Nie zamykamy się na ludzi, ale wolimy stać cicho z boku, patrzeć i słuchać. Doskonale rozumiemy jednak, że są to kwestie czysto indywidualne, a wielu naszych znajomych ma doskonałe doświadczenia z coachsurfingiem.  Dla wielu osób jest to fantastyczna możliwość taniego zwiedzenia świata. 

Część osób zastanawia się także jak radzimy sobie z finansami w podróży. W tej chwili lekko przekraczamy założony budżet (o około 12%), ale, de facto, naruszyły go tylko i wyłącznie pobyty w Rosji, Japonii i Hongkongu. We wszystkich pozostałych krajach nie przekraczałyśmy wyznaczonego dziennego limitu. 

Na koniec, to, co najważniejsze, czyli odpowiedź na pytanie, jak nam się to wszystko do tej pory podoba? Odpowiedź jest tylko jedna: BAAARDZO! Jedynym założeniem naszej wyprawy był absolutny brak jakichkolwiek założeń. Nie miała być ona wyczynem, dlatego nie narzucałyśmy sobie żadnych wstępnych ograniczeń, np., że będziemy przemieszczać się za wszelką cenę lądem i wodą, że wrócimy dokładnie rok po wyjeździe (najlepiej pociągiem), etc. Jedziemy dokąd chcemy i tak jak chcemy. Gdy się męczymy, zwalniamy, gdy odwiedzają nas znajomi, przyśpieszamy. Oczywiście pilnujemy założeń budżetu, niemniej nie wpadając w przesadę. Jeżeli miałybyśmy zrezygnować ze zwiedzenia wyjątkowo pięknego i ważnego miejsca, na pewno wysupłamy na to dodatkowe środki i ewentualnie wrócimy do domu wcześniej.

I to w sumie tyle. Cały czas nasza podróż przynosi nam satysfakcję, dostarcza nam różnorodnych wrażeń i refleksji, a to, co widzimy, nie przestaje nas zadziwiać. Mamy nadzieję, że tak pozostanie, nie tylko przez najbliższych 8 miesięcy…

Rosja - Bajkał

Mongolia - pies, którego nie zapomnimy, gdybyśmy spotkały go w Polsce, mieszkałby już nami

Chiny - staruszek z Pingyao marzył o zdjęciu

Wietnam

Japonia

Kambodża - Uwaga na słonie!

Indie - scena na dachu

Modne Goa

Goa to fascynujące miejsce. Nie tylko przez indyjski koloryt zmieszamy z kolonialną architekturą, ale także ze względu na to, że rodzą się tu ciekawe zjawiska popkulturowe. Oczywiście króluje tu styl „modern hippie” – co drugi turysta, zaraz po przyjeździe, inwestuje w spodnie alladynki, zwane tu „Ali Baba”. Co zabawne, wbrew temu co sądzą cudzoziemcy, odzież ta nie ma absolutnie nic wspólnego z tradycyjnymi strojami indyjskimi - nie bez kozery zwiewne szmatki dla turystów określa się tu jako ”western”. (Warto w tym miejscu wspomnieć, że wśród samych Hindusek, słynne sari z końcem przerzuconym przez lewe ramię zostało obecnie zdetronizowane przez północy strój punjabski – tuniczkę z szalem i spodniami, które uchodzą za dużo bardziej praktyczne).
Pierwszy plan - sari, w tle - strój punjabski
Oprócz luźnych tiuli, goańscy hippisi noszą we włosach kwiaty, chusty, a na biodrach skórzane, ciężkie pasy z kieszeniami (koniecznie na wspomniane alladynki). Do kanonu obowiązkowych akcesoriów zaliczają się również kolorowe, sztuczne dredy i zmywalne tatuaże z Ganeszą :-)



To co, po drugiej parze? :-)

Jako że atmosfera Goa szybko się udziela, również J postanowiła zainwestować w odpowiednio orientalne odzienie :-)


poniedziałek, 27 grudnia 2010

Goa

Witajcie po świętach!!! Podczas gdy Wy łasuchowaliście w najlepsze (śledziki, śledziki, śledziki: -), my zdążyłyśmy przemieścić się do Mumbaju, zapoznać z urokami jego nieturystycznej dzielnicy New Bombay oraz sprawdzić naszą wytrzymałość psychiczną podczas podróży lokalnym pociągiem (wisząc początkowo w drzwiach wagonu dla kobiet). Następnie przeleciałyśmy na Goa (55 minut lotu, poprzedzone ponad godzinnym przejazdem przez Mumbaj).  Warto wspomnieć, że tanie i małe - jak na warunki indyjskie - linie lotnicze GoAir wywarły na nas lepsze wrażenie niż narodowy przewoźnik Air India. Zabawnym elementem było ogłoszenie pilota, który zamiast miłego lotu, życzył nam „happy shopping” – zakupy są zdecydowanie narodową obsesją Hindusów, co dobrze rokuje ich gospodarce. (Podobny konsumpcyjny fenomen zaobserwowałyśmy w Chinach).

O Goa wszystko już chyba powiedziano, rzeczywiście jest tu pięknie, są palmy kokosowe i plaża (ta w Anjunie, gdzie się zatrzymałyśmy, akurat niezbyt spektakularna). Są też backpakersi z całego świata (czytaj: głównie z tzw. krajów Lonely Planet, t.j. Wielkiej Brytanii, Stanów, Australii, którzy uwielbiają przejechać pół świata, żeby później bawić się jak w domu - we własnym sosie, pijąc na umór i objadając się pizzą czy hamburgerami). Największą atrakcją Anjuny jest czynna 24h na dobę rave’owa tancbuda na plaży. Są tu też podstarzali hippisi, którzy przetaczają się pijani i upaleni po piasku, zaczepiają święte krowy i zachowują jak ostatni kretyni na wiele innych, dziwnych sposobów (większość uznałaby to pewnie za romantyczne -jeżeli jest coś romantycznego w niszczeniu sobie ostatnich szarych komórek a la Ozzy Osbourne – ja (J) muszę jednak przyznać, że jestem absolutnym dzieckiem backlashu i widok geriatrycznych Piotrusiów Panów wywołuje we mnie reakcję podobną do tej, która musiała towarzyszyć Pol Potowi, gdy po latach partyzanckiej walki i siedzenia w malarycznej dżungli, zobaczył na ulicach Phnom Phen długowłosych bonvivantów  :-).

Generalnie jednak bawimy się tu dobrze i odpoczywamy.