wtorek, 21 grudnia 2010

Indyjskie epicentrum - Waranasi

Wyjątkowo jednym głosem:     :-)

Waranasi to Indie w swoim ekstremum.  Jeszcze bardziej chaotyczne, brudniejsze niż gdziekolwiek indziej, ale również bardziej kolorowe i fascynujące. Ganges, przepływający przez Waranasi, uważany jest przez wyznawców hinduizmu za świętą rzekę.  Do miasta przybywają pielgrzymi, aby dokonać rytualnych ablucji w rzece, rodziny, po to by skremować swoich zmarłych oraz starzy i chorzy, którzy pragną tu umrzeć.  Śmierć w Waranasi ma zagwarantować koniec procesu reinkarnacji. Przyjazd do tego miejsca wywiera równie silne wrażenie jak wkroczenie do Starej Jerozolimy przez Bramę Damasceńską lub widok glinianego meczetu w malijskim Dżenne – jest to uczucie całkowitego odrealnienia oraz zawieszenia w jakiejś historycznej przestrzeni, gdzieś poza wymiernym czasem.

Miasto zaczyna się (lub kończy, jak kto woli) u stóp rzeki.  Do wody prowadzą schodki zwane ghatami.  Niektóre mają większe znaczenie niż inne (rytualną kąpiel należy odbyć w pięciu z nich, w ściśle określonej kolejności, tego samego dnia).  Tylko kilka przeznaczonych jest na kremację.  Rytuał ten zrobił na nas wielkie wrażenie.  Wprawdzie trudno skupić się na uroczystości, gdy wokół banda naciągaczy próbuje przekonać nas, że tu nam wprawdzie stać nie wolno, bo godzi się w uczucia rodziny, ale oni zabiorą nas w specjalne miejsce „especially for you lady, special place, special price”. Jeśli jednak uda się ich pozbyć (oraz właściciela Tea Masala Emporium, który próbuje każdemu wcisnąć szklaneczkę z herbatą,) to obserwowanie uroczystości kremacyjnych jest doprawdy niezwykłym przeżyciem.  Na dwóch niewielkich podwyższeniach nad rzeką układane są stosy.  Kilka koło siebie.  Zaskoczyła nas ich wielkość - są małe.  Wysokie na 40-50 centymetrów, tworzą jedynie platformę na ciało, które po złożeniu na stosie przykrywa się jeszcze dwoma warstwami niezbyt grubych gałęzi.  Im większy stos, tym bogatsza rodzina – sprzedażą drewna na wagę, całunów i wieńców z nagietków zajmują się okoliczne sklepiki. Najcenniejsze jest, podobno, drewno sandałowe.  Zanim jednak dojdzie do kremacji, kasta niedotykalnych, jako jedyna parająca się pochówkiem, przygotowuje zwłoki, a następnie owinięte w całun, niezwykle kolorowe materie oraz obsypane kwiatami znosi na noszach do rzeki.  Ciało zostaje zanurzone w świętej wodzie i dopiero po tym rytuale, zwłoki w całunie, ale już bez kolorowych szat, zostają złożone na stosie.  Po podpaleniu go, stos zostaje obsypany wonnymi proszkami, które mają zabić zapach palącego się ciała.  Równocześnie odbywa się kilka kremacji, jedne stosy się dopalają, inne dopiero się układa, zabłąkana krowa wchodzi między nie, aby zjeść porozrzucane kwiaty.  Wokół nie widać rodzin, nie odbywają się żadne modły.  Bardzo mało jest w tym wszystkim powagi i celebry.  Ludzie kręcą się w pobliżu, mijając palące się stosy w drodze do domu (miejsca kremacyjne znajdują się miedzy innymi ghatami, nad nimi wznoszą się domy, sklepy etc.).  W najsłynniejszym takim punkcie, odwiedzanym przez turystów, zazwyczaj gromadzą się tłumy.  Natomiast w innych, przy palących się zwłokach są jedynie ci, którzy zajmują się kremacją.  W niczym nie przypomina to uroczystości pogrzebowych znanych w naszym kręgu kulturowym.  Jeżeli udacie się kiedyś, by obserwować tę uroczystość, pod żadnym pozorem nie wyciągajcie jednak aparatu.  

Niestety, Waranasi – ze względu na swą wagę dla wyznawców hinduizmu – stało się celem licznych ataków terrorystycznych. Ostatnia bomba wybuchła 7 grudnia, podczas celebrowanych tu codziennie, o 6 wieczorem, uroczystości ganga aarti.  Do przeprowadzenia zamachu przyznali się Indyjscy Mudżahedini.  My, na szczęście, dowiedziałyśmy się o tym dopiero w pociągu do Khajuraho, dzięki czemu w spokoju uczestniczyłyśmy w spektakularnym widowisku.  Uroczystość odbywa się po zmroku nad brzegiem Gangesu.  Kilku młodych kapłanów (byli to zdecydowanie najprzystojniejsi Hindusi w całym stanie, jesteśmy pewne, że wybierali ich pod tym kątem), przy dźwiękach modlitw, wykonuje szereg rytualnych aktów poświęconych rzece.  Wszystko jest niesłychanie malownicze, kapłani palą ogień, kadzidła, rozsypują płatki nagietków i grają na instrumentach.  W trakcie trwania ceremonii, zbiera się tłum, warto jednak wziąć w niej udział.  Aby dostać się do największego ghatu Dasaswamedh, gdzie odbywają się uroczystości, trzeba przejść przez kontrolę, która jest największą kpiną z wszelkich procedur bezpieczeństwa, jaką widziałyśmy.  Bramki do wykrywania metalu, ustawione przy wejściach, mają z 50 lat i albo piszczą non stop albo w ogóle.  Za bramami stoją policjanci, którzy sprawdzają przechodzących przesuwając rękoma wzdłuż ciała, zazwyczaj nie dotykając nikogo.  Kobiety sprawdzają policjantki, ale jeśli akurat ich nie ma, kobiety przechodzą bez kontroli.  Torby obmacuje się lekko z zewnątrz, najczęściej bez otwierania.  W środku musiałaby być bazuka, żeby w ten sposób można by ją było znaleźć. Nota bene, zamachowcy użyli ostatnim razem plastiku, którego nijak nie dałoby się w taki sposób wykryć. Generalnie, komedia.  Szkoda tylko, że w tym wypadku naprawdę chodzi o bezpieczeństwo ludzi.  Policjanci z Waranasi powinni iść na przeszkolenie do pracowników linii Delta. Tamci nauczyliby ich jak wyszukiwać w tłumie terrorystów, np. takich jak my :-) (patrz post o powrocie z Japonii).  

Na koniec, warto wspomnieć o jeszcze jednym problemie, z którym stykają się w Waranasi wszyscy turyści. Chodzi, mianowicie, o masowe żebractwo. Zjawisko to występuję, rzecz jasna, w całym kraju, jednak tu osiąga swe apogeum. Żebrzą wszyscy - dzieci, kobiety, tzw. święci mężowie (ci ostatni budzili w nas wyjątkową niechęć, ze względu na perfidię tego procederu, polegającego na mieszaniu materializmu z potrzebami duchowymi ludzi). Uzasadnieniem dla tego zachowania jest wyjątkowy status żebraka w hinduizmie - jest on osobą, która przez swą prośbę o jałmużnę, daje bliźniemu szansę na poprawienie jego karmy. Wyjątkowo nadużywaną szansę, dodajmy. Gdybyśmy wsparły w Indiach każdego proszącego, powinnyśmy osiągnąć stan nirwany w przeciągu  najbliższego tygodnia :-)


chwila samotności w Waranasi :-)
 







W oddali - największy ghat kremacyjny
 

ceremonia ganga aarti

Dzieciaki

Zostałyśmy zapytane o to, jak wygląda sytuacja dzieci w krajach, przez które jedziemy. Nie miałyśmy wprawdzie zbyt wiele możliwości przyjrzenia się jej dokładnie, niemniej nasze pierwsze (pobieżne) spostrzeżenia są następujące:

Edukacja

Dzieci chińskie i japońskie widuje się niemal wyłącznie w mundurkach – chodzą do szkoły 6 dni w tygodniu i uczestniczą w niezliczonej liczbie edukacyjno-patriotycznych wycieczek do muzeów, najważniejszych zabytków, etc.  Także w Indiach, odwiedzając kolejne zabytki, spotykamy wiele takich „mundurkowych” grup, różnica jest jednak taka, że 90% z nich złożona jest tylko i wyłącznie z chłopców. Dość rozwydrzonych chłopców, trzeba dodać.

W naszej dotychczasowej podróży, Indie są pierwszym krajem, w którym ogromną część dzieci (nie dysponujemy statystykami) nie chodzi do szkoły.  Dziewczynki nie wychodzą z domu, chłopcy natomiast od małego pracują.  Często siedmiolatek pracujący dla turystów mówi dosyć płynnie po angielsku, z drugiej strony jednak, nie posiada absolutnie podstawowego wykształcenia w zakresie własnego języka, historii czy matematyki. 

Wychowanie

Jeśli miałybyśmy uszeregować dzieci z odwiedzonych przez nas krajów pod względem ich zachowania, to jeden koniec skali stanowiliby, zapewne, mali Japończycy i Rosjanie, przeciwległy zaś pociechy hinduskie i chińskie. Zwłaszcza te ostatnie, wydają się wyjątkowo źle wychowane. Najprawdopodobniej, dzieje się tak z powodu polityki jednego dziecka, obowiązującej nadal w Chinach – wyobraźcie sobie tylko rozanielonych rodziców i zestaw czworga dziadków gotowych przychylić nieba upragnionemu małemu księciu lub księżniczce. Wydaje się także, że obecnie coraz więcej rodzin zadowolonych jest z faktu posiadania córki – jak dowiedziałyśmy się z prasy, młodzi chłopcy przestali „się opłacać”, ponieważ, gdy podrosną, zamiast wspierać rodzinę, emigrują do dużych miast, a w przypadku ich ożenku, do obowiązków rodziców należy zakup lokum dla młodej pary.  Mali Japończycy są, natomiast, wręcz wzorowym przykładem dobrze wychowanych i ułożonych małych obywateli.  Nie było w naszej podróży zbyt wielu okazji, aby obserwować młodych Rosjan (nie miałyśmy też żadnej styczności z dziećmi ulicy w Moskwie czy Sankt Petersburgu), ale te, które widziałyśmy, były grzeczne i niesłychanie dobrze ułożone.  W Galerii Trietiakowskiej, widziałyśmy absolutne kuriozum, czyli grupę dziesięciolatków, zwiedzających muzeum, wsłuchanych w słowa przewodniczki - niemalże bez mrugnięcia powieką, wszyscy, jak jeden mąż, wydawali się zafascynowani opowieściami o rosyjskim malarstwie.  Czy ktoś widział kiedyś grupę dziesięciolatków, która w skupieniu trwającym dłużej niż trzy minuty słuchałaby wykładu o sztuce? 

Co ciekawe, najmniejsi Mongołowie są jeszcze bardziej rozpieszczani przez rodzicieli niż ich chińscy sąsiedzi (autobusy pełne są małych, śmiesznych dzieciaków, karmionych bez przerwy i obcałowywanych po rumianych polikach), niemniej nijak nie przekłada się to na ich późniejsze zachowanie. Może się to wiązać z tym, że już 7-8 latki muszą pomagać rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa.  Nie odbywa się to kosztem nauki, ale po szkole dzieci pomagają we wszystkich pracach domowych, także tych cięższych jak np. przynoszenie drewna, rozpalanie w piecach ogrzewających namiot, etc.  Dzieci w Mongolii chodzą jednak do szkoły nawet w najodleglejszych rejonach kraju.  Obowiązek szkolny traktowany jest bardzo poważnie. 

Praca dzieci

Przekroczenie granicy z Kambodżą jest też wkroczeniem do całkiem odmiennego świata. Na ulicach po raz pierwszy spotykałyśmy wiele pracujących dzieci, sprzedających pocztówki, pamiątki, owoce itd. Podobna sytuacja jest w Indiach. Wprawdzie już wcześniej, w Mongolii czy Wietnamie, wiedziałyśmy wiele dzieciaków pomagających rodzicom, jednak nigdy ich praca nie miała charakteru czysto zarobkowego.  Zakładamy również, że pracowały po szkole. 

W Kambodży dzieci pracują zarobkowo i jest to widoczne.  Zakładałyśmy, że w związku z tym nie uczą się.  Któregoś dnia w Angkor, nasza znajoma, Marta, zapytała małą sprzedawczynię bransoletek czy ona i pozostałe dzieci chodzą do szkoły. „Popołudniami, Lady” – padła odpowiedź, która wówczas wydała nam się mało wiarygodna. Kilka dni później jednak, w Kampot, ze zdumieniem wsłuchiwałyśmy się koło 18-ej w chóry dziecięcych głosów, dobiegające z murów pobliskiej podstawówki.  Zapytałyśmy właściciela hotelu, w którym mieszkałyśmy, czy wieczorem odbywają się regularne lekcje czy raczej dodatkowe zajęcia.  Potwierdził, że wiele dzieci chodzi do szkoły wieczorami.  Być może więc to, co powiedziała dziewczynka sprzedająca pamiątki w świątyniach, było to jednak prawdą.

W Kambodży (i Wietnamie) dodatkowym problemem jest także prostytucja dziecięca i seksualne wykorzystywanie dzieci.  Temat jest szeroko opisany, my możemy jedynie podzielić się swoimi własnymi obserwacjami.  W jednym z barów, który odwiedziłyśmy w wietnamskim Nha Trang (boski Crazy Kim), sprzedawane są specjalne koszulki „Ręce precz od dzieci” – dochód z ich sprzedaży ma sfinansować akcje edukacyjne dla najbardziej narażonych dzieciaków.  Bar prowadzony jest przez Wietnamkę, kobietę około 50-letnią, która toczy prywatną wojnę z procederem wykorzystywania dzieci.  Część dochodów z baru, fitness klubu oraz kilku dodatkowych biznesów, które rozwinęła w ciągu lat działalności, zasila fundację, mająca na celu edukację dzieci i pomoc tym, które padły już ofiarą pedofilii.   Prawda jest jednak taka, że dopiero w Phnom Penh (w Bangkoku byłyśmy póki co za krótko i nieco na uboczu), atmosfera zrobiła się niepokojąca i praktycznie nagminnie widziałyśmy podejrzane pary dorosły-dziecko.  Pewnego wieczoru siedziałyśmy w barze dla turystów, którego 70% gości stanowili podstarzali Europejczycy w towarzystwie bardzo młodziutkich Khmerek.  W pewnym momencie do siedzącego samotnie mężczyzny przysiadła się na oko 10-letnia, uliczna handlarka. Zaczęli rozmawiać, pan postawił jej obiad i colę. Patrzyłyśmy na to wszystko z rosnącym niepokojem, zwłaszcza, gdy mężczyzna poprosił o coś kelnerkę. Po chwili przyniosła ona jednak plastikowy pojemnik, w który zapakowana została część posiłku dla rodziny Khmerki, a mała ruszyła (samotnie) w dalszą drogę. To budujący obrazek, jednak odstający od tego, co widzi się na kambodżańskiej ulicy.  Co ciekawe, w Indiach, gdzie najbiedniejsze dzieci wyglądają nieporównywalnie gorzej niż w Kambodży (włóczą się po ulicach w grupach i żebrzą lub zaczepiają turystów), problem seksturystyki jest znacznie mniejszy. Najprawdopodobniej dzieje się tak z powodu różnic kulturowych i dużego konserwatyzmu Hindusów w podejściu do seksualności jako takiej.  To jednak tylko nasze spekulacje, postanowiłyśmy zgłębić ten problem w miarę dostępności źródeł. 


Obyczaje

O dziwnym – naszym zdaniem – zwyczaju chińskich rodziców, którzy nie zakładają dzieciom pieluch pisałyśmy już w poście o Chinach. Kolejną ciekawostką, na jaką się natknęłyśmy (tym razem w Mongolii), była niechęć do wypowiadania w obecności obcych imion dzieci, dopóki te nie ukończą pewnego, „bezpiecznego” wieku z obawy przed rzuceniem na nie uroku. Podobnie rzecz ma się z robieniem im zdjęć.

Innym zjawiskiem, którego nie umiemy póki co wyjaśnić, jest malowanie obwódki oczu najmłodszych dzieci w Indiach na czarno, co nadaje im lekko demoniczny wygląd.  

P.S. Poznałyśmy dziś znaczenie ostatniego rytuału.  Malowanie oczu najmłodszych dzieci kajalem ma wzmocnić ich wzrok oraz uchronić przez złym urokiem.

Rosja

Japonia

Mały pomocnik motorniczego w Kambodży

Kambodża - zepsuta dętka jest bezcenną zabawką

Indie - mała sprzedawczyni lampionów zaczyna pracę przed świtem

Indie

Mongolia




niedziela, 19 grudnia 2010

Wielki Taj


Są takie miejsca na świecie, które zobaczyć chciałby niemal każdy.  Miejsca legendy.  Ich obrazy funkcjonują w masowej świadomości, tak jak dzieje się to w przypadku piramid egipskich czy wieży Eiffla.  Taj Mahal jest jednym z takich obrazów.  Egzotycznym, ale zapewne każdy widział kiedyś choć jedno zdjęcie wspaniałego, marmurowego mauzoleum, które Shah Jahan wystawił swojej ukochanej żonie Mumtaz Mahal.  Warto dodać, że biedna kobieta zmarła, rodząc mu 14-te dziecko.  (Pragmatyczna P pyta zatem: skoro tak ją kochał, mógł chyba wziąć pod uwagę, że kilkanaście porodów może nie tylko poważnie nadwyrężyć zdrowie ukochanej żony, ale nawet ją zabić?)  Na swoje usprawiedliwienie Shah Jahan ma to, że wydarzenia te miały miejsce w XVII wieku i świadomość medyczna była wówczas niższa niż obecnie. :-)

Z wielkimi zabytkami bywa nieraz tak, że gdy się je wreszcie zobaczy na własne oczy, to - nawet jeśli nie rozczarowują- nie zawsze spełniają pierwotne oczekiwania.  Myślicie teraz zapewne, że to właśnie chcemy powiedzieć o Taj Mahal, prawda?  Rzeczywiście, miałyśmy takie obawy, idąc do mauzoleum.  Niesłusznie.  Grobowiec jest naprawdę oszałamiający.  Zaskakuje rozmiarami, posągowością i – przede wszystkim -nieskazitelną bielą.  Podobno, jakości marmuru zawdzięcza to, że w takim otoczeniu (czytaj: zanieczyszczeniu) oraz klimacie, od tylu wieków stoi nienaruszony. 

P.S. Jeśli będziecie w Agrze, koniecznie odwiedźcie "Moon Garden", rozciąga się z niego fantastyczny widok na Taj Mahal, który można podziwiać praktycznie w samotności.  Nasz szalony rikszarz Aslam, zabrał nas tam i zanim się zorientowałyśmy o co mu chodzi, poustawiał nas do "niebanalnych" zdjęć.  Efekt jego działań artystycznych widać na pierwszym zdjęciu poniżej :-)









Indyjska kolej

Indie mają ponad 64 000 kilometrów torów kolejowych.  Pociągiem można dojechać niemalże wszędzie.  Wprawdzie poruszają się one w ślimaczym tempie (za nami już 17-godzinna podróż z Delhi do Waranasi -jedyne 800 km, a przed nami jeszcze zygzakowata droga do Khajuraho - 12 h = 450 km) i zatrzymują na każdej małej stacyjce, ale mimo wszystko są dużo wygodniejszym i bezpieczniejszym środkiem podróżowania niż autobusy.  Mają jednak poważny defekt – kupno biletów to mission impossible.  Zaraz po wylądowaniu w Delhi, dowiedziałyśmy się od właścicielki naszego hotelu, że nie mamy żadnych szans na kupno biletów kolejowych na popularne trasy na najbliższe 2 tygodnie. Było to tylko pół prawdy.  Kobieta chciała nam sprzedać oferowane przez hotel wycieczki i przekazywała niestety gościom mnóstwo nieprawdziwych informacji. Rzeczywiście jednak, kupno biletów nie jest wcale łatwe, choć w teorii być powinno.  Bilety, mianowicie, można kupować przez internet (www.cleartrip.com; www.irctc.co.in; www.makemytrip.com).  Trzeba płacić kartą, ale jest to operacja bezpieczna, serwisy są prowadzone przez firmy godne zaufania.  System ten działa od lat bez poważniejszych zakłóceń.  Tyle tylko, że wyszukiwarki zazwyczaj pokazują, że dostępnych biletów nie ma.  Można się zapisać na tzw. waiting list, ale dla nas jest to opcja najgorsza z możliwych.  O tym czy bilet dostaniesz, dowiadujesz się 4 h przed odjazdem pociągu.  Alternatywnie, można poczekać - 48 h przed odjazdem pociągu, w internecie pojawia się specjalna pula „Tatkal”.  Jest to zazwyczaj niezbyt duża liczba biletów na daną trasę dla tych, którzy zdecydowali się na podróż w ostatnim momencie i są gotowi zapłacić więcej.  Czasami wystarczy jednak kilkanaście minut, aby pula ta została całkowicie wyczerpana, więc trzeba się wykazać refleksem.  Kiedy indziej, natomiast, bilety te są dostępne niemal do odjazdu pociągu.  Loteria.  Na pierwszy tydzień naszej podróży, tzn. Złoty Trójkąt Delhi – Jaipur – Agra – Delhi udało nam się w końcu kupić bilety przez internet po ponad 2 h przeszukiwania serwisów i sprawdzania każdego pociągu (dziennie między Agrą i Delhi kursuje ok. 50 pociągów, wyszukiwarka nie pokazuje, w którym są miejsca, trzeba ręcznie sprawdzić dostępność biletów na każdy pociąg i wszystkie klasy).  Niestety, na dalszą podróż do Waranasi biletów uparcie nie było.  Pierwsze dostępne były na 31 grudnia.  Zrezygnowane zaczęłyśmy szukać biletów na samolot.  Z tymi nie było problemu, ale cena okazała się nie na naszą kieszeń.  J podpytała w hotelu w Jaipurze (rewelacyjny Krishna Palace), którego uroczy właściciel powiedział, żebyśmy spróbowały na dworcu.  Koleje mają szereg puli biletów - ogólną, dla zagranicznych turystów, dla kobiet.  Systemy internetowe pokazują, zdaje się, tylko pulę ogólną.

Na dworcu w Jaipurze zobaczyłyśmy kasy, przed którymi kłębił się dziki tłum mężczyzn.  Była też kasa tylko dla kobiet, przed którą stały kobiety stacze.  Obok nich, stali mężczyźni, dla których kupowały bilety.  Wszyscy się przepychali, krzyczeli, wyrywali sobie dokumenty i pieniądze (sądzimy, że ponad połowę kolejki stanowili zawodowcy). Wszystko to wyglądało dramatycznie.  W przewodnikach czytałyśmy o specjalnych okienkach dla cudzoziemców, gdzie bez kolejki można kupić bilet.  Autor nie widział chyba dworca w Jaipurze.  Nasze chińskie doświadczenia z zakupem biletów wydały nam się w porównaniu z tym, miłą i radosną przygodą.  Na dworcu była jednak również tablica informująca, że na peronie 1 znajduje się punkt informacyjny dla turystów zagranicznych.  Rzeczywiście - urzędujący w nim miły, wąsaty pan (wszyscy Hindusi maja wąsy, ogolonych ze świecą szukać) pokazał nam budynek znajdujący się obok dworca i wyjaśnił, że w okienku 679 zakupimy bilety bez żadnego kłopotu.  Okienko przeznaczone jest tylko dla cudzoziemców i nielicznej grupy kombatantów i dziennikarzy.  Gdy weszłyśmy do wskazanego budynku, przed okienkiem stał jeden kombatant, jeden turysta i tłum młodych Hindusów.  Staczy.  Komenderowała nimi zażywana pani w sari.  System istnieje w założeniu, praktyka natomiast jest, jaka jest.  Sprzedawca oczywiście obsługiwał rzutkich, młodych Hindusów, dla niego w sumie to żadna różnica, komu sprzedaje bilety.  Jak mówi nasz hinduski przyjaciel – „mamy dobre i nowoczesne prawo, problem tylko taki, że funkcjonuje ono tylko w kodeksach, a nie w życiu”. 

Aby kupić bilet nie wystarczy odstać swoje.  Trzeba także wypełnić formularz.  Imię, nazwisko, wiek, płeć, numer paszportu, datę planowanej podróży, preferencje dotyczące umiejscowienia leżanki, skąd, dokąd i … numer pociągu.  Tak, to nie żart.  My miałyśmy masę szczęścia, bo sprzedawca był wyrozumiały i przyjął od nas kartkę bez niego, zadowalając się naszym wyjaśnieniem, że chcemy bilety na dowolny pociąg do Waranasi.  Słyszałyśmy jednak historię ludzi, którzy bez numeru pociągu nie byli w stanie kupić biletów.  Numer można sprawdzić w internecie, tylko co począć w sytuacji, gdy chcemy nabyć bilet na dowolny pociąg, a dziennie odjeżdża ich np. siedem?  Tego jeszcze nie wiemy.  Koniec końców, okazało się, że bilety jednak są (chwała właścicielowi hotelu za dobrą informację), wprawdzie na najwolniejszy pociąg, ale wiemy już z doświadczenia, że różnica między 13 a 17 h jest właściwie żadna  Człowiek albo wpada w stupor albo śpi lub czyta. 

trasa pociągu Waranasi - Khajuraho
Dalszy zakup biletów okazał się nie mniej kłopotliwy.  Mieszanka godzin spędzonych na stronach, na których rezerwuje się bilety i w kolejkach na dworcach.  Koniec końców, mamy bilety aż do Mumbaju.  Przy okazji odkryłyśmy kolejny paradoks indyjskiego systemu.  Pomimo braku biletów na wybranej przez nas trasie z Jhansi do Mumbaju, zostałyśmy poinformowane, że nawet, gdy brakuje ich dla wsiadających w Jhansi, na ten sam pociągu dostępne są bilety dla wsiadających w Agrze (kilkaset kilometrów wcześniej).  Okazuje się, że także każda stacja ma swoją pulę biletów.  Te same leżanki, jeśli nie zostaną sprzedane w Agrze, będą dalej jechały puste, my jednak nie możemy kupić ich na krótszej trasie Jhansi – Mumbaj. Na szczęście pan z biura rezerwacji był miły i wykombinował - możemy je kupić płacąc cenę za całą trasę z Agry, zaznaczając równocześnie (pisemnie), że wsiądziemy w Jhansi.  Lekkie deja vu - czarny rynek biletów w Chinach działa w podobny sposób.  Z tą różnicą, że w tym wypadku ten drobny myk proponuje nam urzędnik państwowy.  Chciałyśmy zobaczyć również Goa, ale w okresie noworocznym zdobycie biletów na pociąg na trasie Goa - Mumbaj jest niewykonalne.  Mamy dwa – trzy dni, aby podjąć ostateczną decyzję czy kupujemy drogie bilety na samolot czy zostajemy w Mumbaju, co raczej średnio się nam uśmiecha.  Prawda jest zresztą taka, że obecnie linie lotnicze ( w tym tanie Kingfisher, Spice Jet, IndiGo) przejęły znaczną część rynku komunikacyjnego w tym kraju. Konkluzja jest następująca – Indie, o ile ktoś nie przyjeżdża tu na wiele miesięcy i nie ma żadnych ograniczeń czasowych, nie są krajem pozwalającym na spontaniczną podróż i zmianę planów w ostatniej chwili.  Być może w rejonach bardzo oddalonych od głównych szlaków jest to możliwe. Jednak na trasach między dużymi miastami, stolicami stanów, ważnymi ośrodkami religijnymi – podróż trzeba zaplanować dużo wcześniej, inaczej tak jak my walczy się o każdy bilet.

Gdy już uda się jednak nabyć upragniony bilet, wsiadając do pociągu (tylko przy założeniu, że jedzie się z pierwszej stacji i komuś chciało się nakleić listę pasażerów) można przeczytać swoje nazwisko na kartce przyklejonej do ściany wagonu.  


Pociągi w Indiach to temat rzeka.  Każdy zapewne widział w telewizji obrazy przeładowanych pociągów, w których ludzie siedzą na dachach i zwisają z poręczy na zewnątrz wagonów.  To nie jest jednak scena z filmu National Geographic, tylko smutna rzeczywistość.  W pociągach funkcjonuje kilka klas. Legendarna, klimatyzowana pierwsza klasa jest tak rzadka, że można przejechać całe Indie i nigdy się na nią nie natknąć.  W jednym z naszych pociągów były trzy przedziały.  Nie był to Orient Express, raczej coś, co wyglądało jak sypialny II klasy w polskich pociągach.  Następne w kolejności są klimatyzowana (AC) klasa druga i trzecia.  Klasa druga AC wygląda dokładnie tak jak rosyjski plackartnyj, sześć leżanek zgrupowanych po dwie wzdłuż ścian przedziału plus dwie w korytarzu.  W trzeciej klasie leżanek jest osiem, trzy przy ścianach, dwie w korytarzu.  Drzwi rozdzielających przedziały brak w każdej klasie poza pierwszą.  Następnie można spotkać klasę AC Chair, w teorii zbliżoną do naszego wagonu otwartego z siedzeniami, siedzenia zgrupowane są po dwa i po trzy.  Większość wagonów jest stara, mocno zdezelowana i zazwyczaj bardzo brudna (tylko raz widziałyśmy w AC Chair nowiutkie fotele jak z naszego Intercity)..  Na te cztery klasy sprzedaje się bilety z oznaczonymi miejscami, a na długich, nocnych trasach wagony są zamykane w trosce o bezpieczeństwo pasażerów i ich bagażu.  Karaluchy biegają jednak równo po wszystkich klasach. Pierwszą nie jechałyśmy, ale nasza druga sąsiadowała z pierwszą (pół wagonu zajmowała klasa pierwsza, pół – druga), więc karaluchom nie robiło to żadnej różnicy i za nic sobie zapewne mają luksusy, za które trzeba słono zapłacić.  Poniżej klas AC następuje autentyczna rzeźnia.  Klasa druga nieklimatyzowana (tzw. second chair) i również nieklimatyzowany sypialny (second sleeper).  W sypialnym miejsca powinny być numerowane, ale to tylko teoria.  Na drugą klasę nieklimatyzowaną sprzedaje się tyle biletów, ile tylko się da i przy wejściu do pociągu odgrywają się dantejskie sceny.  Ludzie wiszą przy wejściu i na oknach (pozbawionych szyb, ale za to zakratowanych – zapewne po to, aby łatwiej się można złapać), bijąc się o możliwość dostania się do środka.  Pociągi jadące z ludźmi siedzącymi na dachach nie należą do rzadkości.  


Indyjska kolej nie jest również wzorem punktualności.  Jak na razie, opóźnienia naszych pociągów były nieznaczne, największe 1, 5 godziny. Jednak siedząc na dworcu w Delhi, wsłuchiwałyśmy się w ogłoszenia, wypowiadane nienaganną, ale dosyć archaiczną angielszczyzną, informujące o 10-13 godzinnych opóźnieniach, za które kolej bardzo przeprasza – „Any inconvenience is deeply regretted”. 

Są jednak plusy takiego podróżowania (poza samą możliwością przemieszczania się, rzecz jasna).  Mianowicie jedzenie.  Kolej karmi smacznie i tanio.  Po wagonach biegają panowie roznoszący czaj, kawę (w teorii, w praktyce to słodkie mleko zaprawione paroma ziarenkami neski), czaj, zupę pomidorową, omlety, samosy, biryani, a nawet kilkudaniową kolację.  Spałyśmy z robalami, ale jadłyśmy jak królowe.  

na śniadanie - omlet

kolacja - przepyszna

piątek, 17 grudnia 2010

Dlaczego podróżowanie po Indiach nie jest (aż tak) trudne?

Krótki komentarz J:

Wszystko, co napisała P o brudzie, pociągach i smogu w stolicy (w Jaipurze i Agrze jest lepiej) jest oczywiście prawdą – rzeczywiście są one straszne. Mimo tego jednak, łatwiej mi znieść zanieczyszczenie w miejscu takim jak Delhi, niż np. w malijskim Bamako, a to dlatego, że samo miasto wydaje mi się dużo ciekawsze wizualnie, dzięki czemu zapominam częściowo o innych niedogodnościach.

Odnośnie namolności mężczyzn, to nasze wrażenia są tak odmienne, jakbyśmy chodziły po innych ulicach. Ja muszę przyznać, że jestem w sumie dość pozytywnie zaskoczona. Po opowieściach, których wysłychałam o molestowaniu turystek w Indiach, zaraz po wyjściu z samolotu, spodziewałam się tłumu gotowych rzucić się na nas lokalsów :-) Ku mojemu zdziwieniu, oprócz jednej osoby, do końca pierwszego wieczoru nikt się nawet do nas nie odezwał (łącznie z taksówkarzem mrukiem.) Oczywiście, „taxi, madam?” słyszymy teraz na każdym kroku, ale wystarczy pokręcić głową i nikt nas nie goni, zamęczając naleganiem, tak więc dla mnie osobiście nie jest to w ogóle męczące. Szczerze mówiąc, moja świadomość nie do końca nawet rejestruje te konwersacje, tak są bezwiedne. To samo pamiętam z Tunezji (która, koniec końców, również mi się podobała) – tam także każdy taksówkarz zatrzymywał się na widok turystek, ale w skali ogólnej nie było to żadną wielką uciążliwością. Zresztą jeszcze nie tak dawno, w Wietnamie i Kambodży, wszyscy oferowali nam podwózkę motorkami lub tuktukami. 

To, co okazało się dużym zaskoczeniem in plus, jest fakt, że Hindusi – w przeciwieństwie do Arabów – raczej nie zaczepiają kobiet w kontekście otwarcie seksualnym. Tylko jeden jedyny raz w przeciągu 6 dni ktoś otarł się o mnie (co, rzekomo miało być zachowaniem nagminnym), a kilku pryszczatych nastolatków z wycieczki szkolnej szepnęło porozumiewawczo „hello”. I tyle, żadnych „your eyes beautiful”, „Polish girls sexy” czy tym podobnych (BTW, zdanie „Polki wspaiałe kobiety, znają całą Kamasutrę” usłyszałyśmy nie w Indiach, a w zimnej Rosji od Białorusina, który stacjonował w Polsce w latach 80-tych, oczywiście z Armią Czerwoną).  Statystycznie, 99% zaczepek ma charakter biznesowy „really cheap Taj Mahal, lady” :-) i tylko na dworcu w Jaipurze hotelowi naganiacze trochę nas wymęczyli – całej reszcie wystarczyło zwykłe „nie, dziękuję”. Podobnie, rzecz się ma z pociągami – spodziewałam się scen rodem z Chin, podczas gdy nikt nas nigdy w nich nie zaczepił, a (męska) obsługa była zawsze bardzo miła.

To, co jest jednak dla mnie najważniejsze, to fakt, że poza ewidentnymi niedogodnościami związanymi z różnicami kulturowymi, Indie są najprawdopodobniej najbardziej niezwykłym (obok Mali) krajem, jaki dane mi było zobaczyć. Nigdzie indziej nie widziałam tak niesamowitych strojów, oszałamiających kolorów, ani tak żywych ulic - szaleńcze przejażdżki motorikszą są moją słabością (aczkolwiek ostatnio trafiłyśmy na niejakiego Aslama – jedynego kierowcę w Indiach, szczycącego się tym, że jeździ wolno i nigdy nie używa klaksonu, „I have a manner to drive, M’am” :-).  No i gdzie indziej jak nie tu, można by było zjeść tak genialne thali?


Mała księżniczka
Przygotowania do święta
Z wizytą w hotelowej restauracji
Pranie suszące się na drodze w Agrze
Bliskie spotkanie trzeciego stopnia - nasza riksza versus bawół (water buffalo, zwany przez nas czule wołkiem wodnym)
Najładniejsze sari

Dlaczego podróżowanie po Indiach jest trudne?

Jak wspomniałyśmy, nasz odbiór Indii jest krańcowo różny i nie zgadzamy się co do większości kwestii związanych z postrzeganiem tego kraju. Co ciekawe, wszyscy podróżujący wcześniej po subkontynencie cudzoziemcy, których poznałyśmy po drodze, również dzielili się na dwa, maksymalnie nacechowane emocjonalnie obozy. Nikt z nich nie potrafił jednak pozostać wobec tego miejsca obojętny. 
 
Z tego względu, niemożliwe jest praktycznie zredagowanie jakiegokolwiek wspólnego postu. W związku z tym, będziemy zawsze zaznaczać opinie której z nas przedstawiamy.

Poniższe uwagi pochodzą tylko i wyłącznie od P:

Indie to, moim zdaniem, najtrudniejszy kraj do podróżowania.  Pobyt w wielu bardzo biednych i nierozwiniętych krajach (np. w Czarnej Afryce) nie przygotował mnie na to, co czekało na mnie w Indiach.  Jest kilka rzeczy, które powodują, że pobyt w tym kraju jest niesłychanie trudnym doświadczeniem.

Brud

Wielokrotnie narzekałam, że jakieś miejsce jest brudne.  Nie rozumiałam co to słowo oznacza dopóki nie wyszłam na ulicę Delhi.  Indyjskie miasta są dosłownie zasłane śmieciami.  Resztki jedzenia, szmaty, plastikowe torebki, gnijące tektury - wszystko to zaścieła każdy centymetr chodników, poboczy, trawników i klepisk.  Momentami chodząc po ulicy brodzi się po kostki w śmieciach.  Nie trzeba dodawać, że te gnijące odpadki śmierdzą.  Woń zgnilizny miesza się z odorem odchodów.  Toaleta publiczna nabiera w Indiach nowego znaczenia.  Toaletą może być pobocze drogi, ale również chodnik.  Otoczenie ulicy biegnącej wzdłuż fortu w Agrze (drugiego po Taj Mahal najważniejszego zabytku) jest jedną wielką latryną.  Podobno do wszystkiego się można przyzwyczaić, ale nie wiem ile czasu potrzebne jest na przywyknięcie do takiego smrodu.  Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze potworny smog.  Powietrze w Delhi jest tak ciężkie i ołowiane, że gdy zapada zmrok światło latarni z trudem przebija się przez gęstą warstwę dymów.  Wygląda to jak typowy obraz z horroru, w którym słabe światło próbuje rozjaśnić bardzo gęstą mgłę.  Z tym, że w Indiach to nie mgła tylko spaliny.  Obydwie mamy astmę, więc to powietrze byłoby dla nas na dłuższą metę zabójcze, ale również zdrowi ludzie z trudem oddychają w dużych miastach Indii.

Hałas

Turyście w Indiach towarzyszy nieustający hałas.  Ruch uliczny jest większy i bardziej chaotyczny niż gdziekolwiek na świecie, co samo w sobie jest już dosyć uciążliwe.  Każdy kierowca dowolnego pojazdu motorowego w Indiach nie zdejmuje ręki z klaksonu.  Ryk tysięcy klaksonów jest ogłuszający.  Do tego dochodzi często wydobywająca się ze sklepów, restauracji i domów muzyka, puszczona oczywiście na cały regulator.  To oznacza, że od świtu do nocy, indyjska ulica jest nieustającą kakofonią dźwięków.  I nie są to dźwięki miłe dla ucha.  Po dniu spędzonym na wdychaniu spalin w hałasie potężny ból głowy gwarantowany. 

Mężczyźni

Ogromna większość Hindusów to uroczy, mili i pomocni ludzie.  Ale w kraju ponad miliarda mieszkańców nieliczne wyjątki są aż nadto widoczne.  Pierwsza grupa to faceci próbujący, „przez przypadek” dotknąć kobietę, wpaść na nią, otrzeć się choćby ramieniem.  Nie jest to bardzo agresywne zachowanie, nie pozwalają sobie na więcej niż dotknięcie ręki czy ramienia (to nasze doświadczenie, słyszałyśmy i czytałyśmy o przypadkach bardzo drastycznych), ale jest to ohydne i wkurzające.  Jedynym sposobem na uniknięcie tych dotyków jest unikanie tłumów.  To natomiast jest kompletnie niemożliwe.  Tłum jest wszędzie, nie da się przejść 200 metrów nie będąc otoczoną przez tłum mężczyzn.  Zamknięte koło. 

Druga grupa to kierowcy riksz.  Można albo odpowiadać na każdą zaczepkę „nie, dziękuję, nie chcę rikszy”, ale to oznacza, że od opuszczenia hotelu rano do późnego wieczora wypowiada się to zdanie 100 razy na godzinę.  Alternatywą jest ignorowanie kierowców, co jest bardzo niegrzeczne, szczególnie dlatego, że ich zaczepki są zawsze miłe i okraszone ogromnym uśmiechem.  Niestety nie ma wyjścia.  Inaczej można by oszaleć.  Wypracowałyśmy jeszcze taka pośrednią metodę, którą stosujemy przez pierwsze dwie godziny dziennie, potem już brakuje nam sił.  Mianowicie wykonujemy odmowny gest ręką.  Podobna strategię trzeba przyjąć w stosunku do niezliczonych sprzedawców pamiątek (po dwóch dniach pobytu w Agrze prawie już wierzę w to, że bardzo pragnę mieć Taj Mahal z plastiku imitującego marmur, z inkrustacjami wykonanymi flamastrem. J natomiast marzy o szklanej kuli, w której na Taj Mahal pada śnieg :-)oraz samozwańczych przewodników, którzy oprowadza nas po forcie, mieście, bazarze, zaprowadzą nas do naszego hotelu choć doskonale znamy drogę etc. 

Trzecia grupa jest najgorsza i powoduje we mnie narastającą agresję.  Naciągacze.  Wszędzie otaczają nas mężczyźni, którzy wyciągają rękę po pieniądze z tytułu niby wyświadczonej usługi.  Usługi zazwyczaj niezamawianej i niepotrzebnej. Hindusi nie patyczkują się czekając na ewentualny napiwek tylko podstawiają ci pod nos dłoń pocierając palcami w międzynarodowym geście oznaczającym pieniądze.  Jeden idzie obok nas ulicą i koniecznie chce nas gdzieś zaprowadzić.  Znamy drogę i dochodzimy tam same, oczywiście w jego niechcianym towarzystwie.  Wyciąga rękę po bakszysz, bo przecież nas przyprowadził.  Przed wejściem do świątyni stoi facet, który przekonuje mnie, że nie mogę wejść do środka z aparatem, który mam w ręku.  Zapewne guzik prawda, ponieważ nikt nie sprawdza toreb i aparaty w torbach (np. w torbie J) spokojnie wchodzą do świątyni.  Chce schować swój aparat, ale mówi, że muszę go jemu zostawić.  Obawiam się tego oczywiście, ale że wokół stoi z pięciu mu podobnych z aparatami na szyjach, zostawiam mu go w końcu.  Wychodzę po 10 minutach a ten nie chce mi oddać aparatu jeśli mu nie zapłacę.  Nie zapłaciłam, zabrałam aparat wyjaśniając mu, że nie prosiłam go o tę przysługę.  Nie mam nic przeciwko dawaniu napiwków, szczególnie w biednych krajach.  Ale mam dużo przeciwko byciu robioną w konia.  Podobna historia powtarza się potem z gościem przed mauzoleum.  Każe nam zdjąć buty i zostawić przed wejściem.  Po pierwsze informują o tym napisy, po drugie trudno się nie zorientować, widząc rząd butów przed wejściem.  Gdy wracamy po paru minutach on oczekuje zapłaty.  Za co?  Pewnie za to, że nasze buty nie zginęły.  Ale na to też już mamy sposób, wchodzimy do świątyń po kolei, pilnując same swoich butów.  Takie przykłady można by mnożyć, nie ma dnia bez co najmniej kilku prób wyciągnięcia z nas kasy.  Inne metody stosują rikszarze i sprzedawcy.  Podana przez nich cena jest zazwyczaj z kosmosu.  Trzeba się targować o wszystko, w tym np. o butelkę coca- coli.  Są podobno tacy, którzy to lubią.  Ciekawa jestem czy byli w Indiach.  Dodatkowo sprzedawcy nigdy nie mają reszty licząc na to, że odejdziesz nie dopominając się o nią.  Zazwyczaj chodzi o bardzo drobne sumy, ale na przestrzeni trzech tygodni niewydana reszta urośnie do całkiem pokaźnej kwoty.  Innym sposobem na zarobek jest złe wydawanie reszty.  Właściwie co drugi sprzedawca ma poważne kłopoty z matematyką.  100 minus 50 zazwyczaj daje 40.  Oddają brakujące 10 jak tylko się upomnisz, ale resztę trzeba przeliczać zawsze.  Itd. 

I to w skrócie tyle.  Karaluchy w pociągach to już drobiazg w porównaniu z powyższym.  

nasz hotel w Delhi w dawnym szpitalu urologicznym, w którym przeżywamy naprawdę mistyczne momenty :-)
okienko do obsługi zagranicznych turystów
branie prysznica nigdy nie było tak emocjonujące - nasz hotel w Agrze




wtorek, 14 grudnia 2010

Krótkie spotkanie z Radżastanem

Wraz z Delhi i Agrą, Jaipur tworzy tzw. „indyjski złoty trójkąt”, będący podstawą trasy niemal każdej wycieczki do tego kraju. Przerażone czarnymi scenariuszami, kreślonymi przed nami za każdym razem, gdy zaczynałyśmy mówić o tym, że nie mamy jeszcze zarezerwowanych biletów kolejowych, pierwsze godziny zaraz po przylocie poświęciłyśmy na zabookowanie online połączeń Delhi – Jaipur – Agra – Delhi.

Ponad czterogodzinna podróż do Radżastanu była naszą pierwszą stycznością z tutejszą koleją i konfrontacja ta przebiegła nader bezboleśnie. Nawet na ciche towarzystwo pewnych brązowych insektów w wagonie spuścimy litościwie zasłonę milczenia. Rehabilitujące dla indyjskiego przewoźnika było za to jedzenie, roznoszone nieustannie przez szwadron pracowników („W końcu mamy miliard ludzi”, jak zwykł mawiać nasz hinduski znajomy :-).

Sam Jaipur zdecydowanie okazał się być wart odwiedzenia. Jest tu wiele pierwszorzędnych atrakcji turystycznych, chociażby takich, jak będący symbolem miasta pałac Hawa Mahal.  Jest to niezwykła, barokowa konstrukcja, obfitująca w ażurowe balkoniki, zza których kobiety z haremu mogły swobodnie obserwować ulicę. (Radżastan nadal uchodzi za jeden z najbardziej konserwatywnych stanów w Indiach - w fabryce tkanin, którą odwiedziłyśmy, powiedziano nam, że wszystkie pracownice wykonują zlecenia zdalnie, z domu, podczas gdy mężczyźni pracują w siedzibie firmy. Na ulicy można także zobaczyć sporo kobiet w ubraniach zakrywających twarze, podobnych do arabskich kwefów).

Położony na wzgórzu, XVIII-wieczny Fort Amber również jest bardzo interesujący, podobnie jak Jal Mahal (Wodny Pałac), który chwilowo można oglądać tylko z brzegu. Madho Singh I zbudował go na środku jeziora, które zapewniało ochłodę jemu i jego dworzanom. Ciekawostką jest fakt, że w czasie monsunu, budynek do połowy wysokości zalany jest wodą.



Kolejnym niezwykłym miejscem jest obserwatorium astronomiczne Jantar Mantar. Jai Singh II zgromadził tu 16 gigantycznych instrumentów pomiarowych. Całość wygląda trochę jak futurystyczne miasto Brasilia, zaprojektowane przez Oscara Niemeyera. To, co jednak zdumiewa, to fakt, że powstało ono w XVIII wieku.


Wszystkie te miejsca same w sobie zasługują na uwagę, jednak (przynajmniej dla mnie, J,) najbardziej fascynujące jest w Jaipurze obserwowanie ulic, otoczonych rzędami różowych budynków. Są tu handlarze, którzy siedząc na ziemi, zachwalają swoje warzywa i owoce. Obok, grupka pięknie ubranych kobiet daje się skusić zachętom właściciela sklepu z różnobarwnymi tkaninami. Przed wejściem i rozpoczęciem negocjacji, obowiązkowo należy zdjąć buty i rozsiąść się wygodnie. Kilka metrów dalej, za przysypiającymi w swych pojazdach rikszarzami, stoją sprzedawcy nagietków, którzy przypominają nam natychmiast jednego z bohaterów filmu Miry Nair „Monsunowe Wesele”, zajadającego się z lubością tymi kwiatkami. Są tu też knajpki, gdzie za dolara można zjeść tyle dalu z chlebkiem chapati i ryżem, ile jest się tylko w stanie. Przed ich wejściami defilują majestatyczne święte krowy, a czasem, także nieco mniej święte świnki (wieprzowinę spożywa się ponoć w dobrze zamaskowanych restauracjach). Do tego trzeba dodać sprzedawców samos, rozstawione wszędzie worki z suszącą się papryką chilli, miski z czerwonym pudrem, którym zdobią przedziałek we włosach mężatki oraz muzułmańskich chłopców, walących z zapałem w bębny z okazji zbliżającego się religijnego święta.

I pomyśleć, że w pierwotnym planie podróży po Indiach miałyśmy to wszystko pominąć…