sobota, 13 sierpnia 2011

Ostatnie ruiny na trasie



Siedząc na pomoście nad Grand Cenote (J: tak, tak „Grand”, nie „Gran”), usłyszałyśmy rozmowę dwóch dziewczyn. Jedna z nich wybierała się następnego dnia do Chichén Itzá, twierdząc, że to jeden z ostatnich Nowych 7 Cudów Świata, których jeszcze nie widziała. Znamy oczywiście wyniki głosowania w tym konkursie sprzed kilku lat (pl.wikipedia.org/wiki/Siedem_nowych_cudów_świata), ale tego typu motywacja podróżnicza nie przyszła nam jakoś do głowy. Szczególnie, że w stosunku do nowego rankingu jesteśmy bardzo krytyczne, a umieszczenie wśród najwspanialszych budowli świata posągu Chrystusa z Rio uważamy za daleko idące nieporozumienie, wynikające tylko i wyłącznie z faktu, że w Brazylii mieszka blisko 200 milionów ludzi, z których większość posiada telefony komórkowe (dzięki którym mogli głosować) oraz masowej akcji promocyjnej, podczas gdy np. Kambodża liczy sobie tylko 13 milionów mieszkańców, a Chile 16 milionów (głównymi kontrkandydatami do złotej siódemki były Angkor i Moai z Wyspy Wielkanocnej). Z całym szacunkiem dla brazylijskiego monumentu, ale jego spektakularność „na żywo” jest taka, że nawet Kolumna Zygmunta wydaje się budzić w nas większe emocje estetyczne. Nie miałyśmy jednak uprzedzeń jadąc do Chitchén Itzá – najsłynniejszych ruin Majów nie tylko na Jukatanie, ale również w całym Meksyku.

Podstawowy komentarz jaki przychodzi nam do głowy po wizycie, jest taki, że żadnemu zabytkowi nie robi dobrze, jeśli z największym kurortem kraju łączy go kilku pasmowa autostrada. Nawet jednak, gdyby w Chichén Itzá nie było więcej turystów niż kamieni, a napastliwych handlarzy badziewiem więcej niż cudzoziemców, to i tak byłyby to najmniej imponujące ruiny Majów, jakie dane nam było zobaczyć. Jedno trzeba przyznać - centralna piramida jest rzeczywiście piękna, poza nią można jednak zobaczyć jedynie kilka pomniejszych ruin (ledwo widocznych zza przemieszczających się chmarami amerykańskich wczasowiczów), a największe boisko do rytualnej gry w piłkę na świecie jest skandalicznie zamknięte na głucho bez udostępnienia turystom możliwości spojrzenia na nie choćby z zewnątrz (na szczęście słynne kamienne pierścienie widać dość dobrze). Trochę na siłę, spędziłyśmy w Chichén Itzá półtorej godziny i uciekłyśmy. Jeśli Meksykanie, w patriotycznym obowiązku, chcieli umieścić w siódemce cudów jedno miejsce ze swojego kraju, powinno to być Palenque (P) lub Teotihuacán (J). Tyle tylko, że żadne z nich nie leży na mega turystycznym Jukatanie. Amerykanie, zjeżdżający tłumnie na półwysep, obowiązkowo odwiedzają Chichén Itzá, rzadziej natomiast Palenque. To też mogło mieć wpływ na wynik głosowania. Po rozczarowaniu „Chicken Pizza”, jak nazwał ruiny jeden z forumowiczów Lonely Planet, miałyśmy trochę dość turystyki kulturalnej i dlatego też nie pojechałyśmy do Cobá, które bardzo wiele osób rekomendowało, jako najciekawsze miejsce. Czy lepsze od Tikal i Palenque? Nie sądzimy. Jeśli jednak wrócimy kiedyś na Jukatan, zobaczymy je i się przekonamy.





W trakcie tej podróży widziałyśmy wszystkie najsłynniejsze ruiny świata poza trzema: Petrą, Koloseum i Piramidami Egipskimi. Tylko w jednym jesteśmy zgodne – ze wszystkich opuszczonych, zaginionych i odnalezionych miast, starych świątyń, ruin, budynków i wszelkiego typu dawnych konstrukcji, najwspanialsze, najbardziej magiczne i zwyczajnie najpiękniejsze, są khmerskie świątynie kompleksu Angkor, a potem długo, długo nic. Dalej nasze klasyfikacje się rozbiegają. J w pierwszej trójce umieszcza Machu Piachu i ex aequo Teotihuacán i Tikal. Nagrodę wyróżnienia przyznaje (zupełnie odmiennemu w charakterze) opuszczonemu miastu na pustyni Nazca – Cahuachi. Na P największe wrażenie zrobiły Tikal, potem Machu Picchu, z tym, że słynne inkaskie miasto wygrywa jedynie dzięki położeniu, same ruiny są zaś jedynie dodatkiem do scenerii. Gdyby jednak miała tworzyć ranking obejmujący miejsca zobaczone również w trakcie innych podróży, to jordańska Petra niewątpliwie plasuje się na tym samym miejscu, co inkaska twierdza. I w ten oto sposób stworzyłyśmy pierwszy ranking w naszej podróży, czyli zrobiłyśmy to, czego obiecałyśmy sobie nigdy nie robić :-). Z tym, że ocena ta była dobrowolna, w przeciwieństwie do odpowiedzi na pytanie, które najczęściej słyszymy – „który kraj był najlepszy?”. Ta w zasadzie nie istnieje.

piątek, 12 sierpnia 2011

Plaża idealna - finał



Nasze doświadczenia ze słynnymi kurortami były dotychczas nie najlepsze. Tajlandia nie przypadła nam zbytnio do gustu, a na Bali zachwyciła nas dopiero mała, rybacka wioska. Zobaczywszy kawałek świata (w tym np. rajski podobno Mauritius), jesteśmy głęboko przekonane, że przy tworzeniu katalogów biur podróży oraz bajecznych obrazków do kalendarzy, największą rolę odgrywa nie natura i talent fotografa, tylko… Photoshop. Na Jukatan jechałyśmy z kilku powodów, plaże jednak nie były tym podstawowym. Na początku naszego pobytu zaliczyłyśmy szereg wpadek (paskudne i drogie hotele czy rower zepsuty 5 km od najbliższego punktu naprawy), tak więc w połowie drugiego dnia miałyśmy ochotę uciec stąd najdalej, jak się tylko da. Godzinę później dotarłyśmy jednak na wybrzeże w Tulum i natychmiast wiedziałyśmy, że patrzymy na najpiękniejszą plażę, jaką kiedykolwiek mogłyśmy podziwiać. Cud natury. Po raz pierwszy widziałyśmy obrazek z Photoshopu na żywo :-). Idealnie biały, miękki piasek, turkusowe morze, błękitne niebo z kilkoma chmurkami. Nie mogłyśmy uwierzyć własnym oczom. Nareszcie znalazłyśmy plażowy raj (J skomentowała wprawdzie, że za mało palm, ale przyznała, że dla takiej wody i takiego piasku można się z ich brakiem pogodzić).





Tulum ma mnóstwo wad, ale też i parę zalet. Nie jest zabudowanym Sheratonami kurortem jak Cancún (postawimy tam stopy, ale z góry wiemy, że jeśli miałybyśmy spędzić wakacje w takim miejscu, lepiej byłoby dla nas zostać w domu). Miasteczko jest za to położone w pewnym oddaleniu od morza i bajecznej plaży. Za daleko na spacer, na szczęście wystarczająco blisko, aby dotrzeć tam rowerem. Jedną z zalet jest to, że rzut beretem od miasteczka znajduje się też kilka cenotów – fenomenu na skalę światową. Cenoty to podziemne rzeki i jeziorka, czasami półotwarte, innym razem prawie niewidoczne . Ich system obejmuje cały Jukatan, ale to, co możemy zobaczyć z powierzchni, to z pozoru małe stawiki wypełnione krystalicznie czystą wodą. Można się tu wykąpać, ale z estetycznego punktu widzenia, pływanie w nich nie będzie różnić się niczym od zanurzenia się w zwykłym polskim stawie (tyle tylko, że czystym). Najlepszym tego przykładem jest nasz wieczór spędzony z grupą turystów z wielu stron świata, w trakcie którego osoby, które w cenocie nie snorklowały, ani nie nurkowały, stwierdziły, że zupełnie nie rozumieją, o co tyle hałasu. Ich niezwykłość polega mianowicie na tym, co znajduje się pod wodą. Stalaktyty i stalagmity, tunele skalne, ażurowe sufity przez które wpada słońce, pieczary i ogromne, podwodne jaskinie, w których nietoperze fruwają na przestrzeni między sklepieniem a wodą. Wszystko to w wodzie tak przejrzystej, jakiej nie spotyka się nigdy w żadnym morzu ani jeziorze. Snorklowanie pozwala zajrzeć do tego podwodnego cudu (nam udało się zobaczyć żółwia!), nurkowanie pozwala go poznać. Nie wymaga przeszkolenia jaskiniowego, ale na pewno braku klaustrofobii. Wrażenia są nieporównywalne z niczym. Zdjęcia mamy niestety tylko z powierzchni. P, po nurkowaniu w cenocie Dos Ojos, mogła kupić płytkę z profesjonalnymi zdjęciami zarówno swoimi, jak i całego otoczenia, ale koszt jej zakupu przekraczał koszt noclegu w bardzo drogim - jak na naszą kieszeń - hotelu w Tulum. Google jest jednak niezawodny i znajdziecie w nim setki podwodnych zdjęć z cenotów na całym Jukatanie.




czwartek, 11 sierpnia 2011

Miasto Meksyk


Nasza ekspresowa wycieczka do Ciudad de México była bardziej niż owocna, mimo że w stolicy (zwanej najczęściej „el D.F.” od „Distrito Federal”), spędziłyśmy tylko dwa dni. W ciągu całego roku podróży, żadnego miejsca nie zwiedzałyśmy jeszcze w takim tempie, więc gdy po 48 godzinach, wsiadłyśmy do autokaru, czułyśmy się jak po przebiegnięciu maratonu. Pomimo tego, dwa dni to bardzo mało, biorąc pod uwagę rozmiary miasta oraz mnogość czekających tu na podróżnych atrakcji. Wprawdzie na pierwsze rozczarowanie nie trzeba było czekać długo – wychodząc z metra na Zócalo, głównym placu miasta, w pobliżu którego mieścił się nasz hostel, ujrzałyśmy gigantyczny maszt, na którym powiewać powinna olbrzymia trójkolorowa flaga (widok znany wszystkim miłośnikom meksykańskiej kinematografii). Niestety, tym razem był on całkiem pusty. Okazało się, że z powodu trwających na placu protestów, słynna ceremonia porannego jej wciągnięcia nie odbywa się już… od ponad roku. 



Nasza wyprawa do Ciudad de México miała na celu zobaczenie bardzo konkretnych miejsc. Od nich też zaczęłyśmy. Najdawniejszymi zabytkami z listy miejsc, których pominąć nie sposób, są oddalone o 50 km ruiny azteckiego miasta Teotihuacán. Mimo przerażającego najazdu turystów i irytujących sprzedawców pamiątek (z których najgorszą jest gwizdko – tałatajstwo, imitujące ryk jaguara, który brzmi jak dźwięk wydawany przez osobę, która krztusi się i dusi równocześnie), na pewno warto je odwiedzić. Olbrzymia Piramida Słońca (mierząca 65 m) zrobiła na mnie (J) wielkie wrażenie. Także widok z Piramidy Księżyca jest niezwykły. P nie podobało się aż tak bardzo (P: szaro, buro, tłoczno, a piramidy bardziej sprawiają wrażenie dekoracji filmowych niż tysiącletniego zabytku; w moich oczach brak im uroku budowli Majów czy Inków), ale też i nasz osobisty ranking ulubionych ruin kształtuje się jak dotąd całkiem odmiennie (z wyjątkiem pierwszego miejsca), ale o tym wkrótce. Tak czy siak, wspinaczka na świątynie Teotihuacánu najbardziej wysportowanych przyprawi o kołatanie serca.




Miasto Meksyk zamieszkuje 20 milionów ludzi i wierzcie nam, że podróż metrem w godzinach szczytu (szczególnie, gdy pada) jest tu doznaniem traumatycznym. Zaryzykować jednak warto, bo właśnie tym środkiem transportu najszybciej i najtaniej dotrzeć można do wielu fascynujących miejsc, takich jak Coyoacán. Obecnie jest to jedna z ładniejszych dzielnic metropolii, choć jeszcze 100 lat temu, była ona spokojną podmiejską osadą, którą upatrzyli sobie artyści i intelektualiści. To właśnie tu, w tzw. la Casa Azul (Niebieski Dom) urodziła się i umarła genialna meksykańska malarka Frida Kahlo. Po śmierci jej męża, Diego Rivery, pieczę nad domem sprawowała niejaka Dolores Olmedo. Zgodnie z testamentem artysty, część pomieszczeń i kufrów pozostać miała zamknięta przez kolejnych 15 lat. Po upływie tego czasu, opiekunka nie zdecydowała się jednak na upublicznienie ich zawartości. Dopiero, gdy zmarła ona w 2004 roku, z tajemniczych kufrów Diego wydobyto nieznane prace malarskie, gorsety, których używała malarka i inne osobiste przedmioty. Ekspozycję Muzeum Fridy Kahlo powiększono także o kolejne pomieszczenia, zamknięte dotychczas dla publiczności. Ciekawostką jest fakt, że jednymi z lokatorów Fridy i Diego był Lew Trocki z żoną, Natalią, którzy po kłótni z Riverą, wynajęli dom na sąsiedniej ulicy. Mieści się tam bardzo ciekawe muzeum, w którym odtworzyć można ostatnie 15 miesięcy życia ideologa Rosyjskiej Rewolucji, spacerując po pokojach, w których zachowano oryginalny wystrój z dnia drugiego, udanego zamachu na jego życie.



Gabinet w którym zamordowano Lwa Trockiego
 
Wskazówki pierwszego zegara zatrzymano, gdy państwo Rivera - Kahlo rozwiedli się, po tym jak Frida odkryła romans Diego ze swą siostrą, Cristiną. Tarcza drugiego pokazuje czas ponownych zaślubin.


Jeden z gorsetów ozdobionych przez Fridę


Pośmiertna maska Fridy
 

Gdy wracałyśmy z domu Fridy Kahlo, nadciągnęła potężna burza, przed którą nie byłyśmy w stanie schronić się pod żadnym daszkiem. Gdy przemoczone, wcisnęłyśmy się między mur i bramę, z pobliskiej galerii wybiegł właściciel i zaprosił nas do środka. Pomimo naszych usilnych protestów, kazał nam usiąść na zabytkowych krzesłach (które natychmiast zamokły), a gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, ze swoim wspólnikiem, zaczął przeszukiwać komputerowa archiwa galerii. W końcu, z dumą zaprezentowali nam zdjęcia dwóch, starych kandelabrów z Polski, które sprzedali parę tygodni wcześniej za jedyne 10 tys. USD. Niestety, nie mając kilku tysięcy dolarów do wydania, nie mogłyśmy odwdzięczyć się za gościnę drobnymi zakupami, ale raczej tego nie oczekiwali :-).

Nie udało nam się niestety dotrzeć ani do muzeum, ani pracowni Diego Rivery, ale w Pałacu Narodowym (Palacio Nacional) obejrzałyśmy fresk jego autorstwa, ilustrujący historię Meksyku, która obejmuje czasy imperiów indiańskich, brutalną konkwistę i kapitalistyczny wyzysk po wizję świetlanej przyszłości pod marksistowskimi hasłami. Jego ideologiczny wydźwięk przemilczmy, artystycznie jest niewątpliwie fascynujący.

Fragment muralu z Fridą
Miasto Meksyk nie żyje jednak bynajmniej samą przeszłością. To nowoczesna, modna metropolia, na której ulicach mijają się zdesperowani sprzedawcy badziewnych breloczków, ultra eleganccy biznesmeni i młodzi emo, wystylizowani tak, że nie wyróżnialiby się szczególnie na tokijskim Harajuku. Jako że nasz pobyt w meksykańskiej stolicy przypadł w weekend, w miejscach takich Zona Rosa, mogłyśmy obserwować wesoły tłum, spieszący do barów i klubów. Co ciekawe, naprawdę duży odsetek wszystkich par stanowiły te jednopłciowe, co może być wyzwaniem dla stereotypowego postrzegania całości meksykańskiego społeczeństwa jako konserwatywnego w europejskim znaczeniu tego słowa.

Wszystko to razem sprawia, że miasto Meksyk jest jedną z bardziej interesujących metropolii, jakie widziałyśmy w czasie całej naszej podróży. Niewątpliwie, to najbardziej barwne i ciekawe z dużych miast Ameryki Łacińskiej. Dwa dni to z pewnością za mało, żeby poznać dobrze miejsce tak różnorodne i złożone jak D.F., tym razem nie miałyśmy jednak więcej czasu (P: w sumie miałyśmy, ale w końcu postawiłam na swoim i udałyśmy się na Jukatan, abym mogła tam kilka razy zanurkować). Mimo że ciężkie nocne podróże i intensywne zwiedzanie dały nam nieźle w kość, nie żałujemy tej impulsywnej decyzji. I wiemy na pewno, że Ciudad de México będzie jednym z niewielu miast Ameryki Łacińskiej, do którego będziemy jeszcze chciały wrócić. 


poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Ameryka Środkowa - ceny i parę uwag praktycznych



Pod względem cen, kraje Ameryki Środkowej podzielić można na dwie grupy. Do tanich zaliczyłybyśmy Gwatemalę, Honduras i Nikaraguę. Panama i Kostaryka są za to znacznie droższe. Podstawowym sposobem na oszczędzanie we wszystkich krajach Mezoameryki (poza Kostaryką) jest podróżowanie chicken busami. Transport nastawiony wyłącznie na turystów (który spotkać można wszędzie poza Nikaraguą) jest kilkanaście lub kilkadziesiąt razy droższy.

Hotele – od 10–12 USD za pokój z łazienką w Nikaragui, Hondurasie, niektórych miejscach w Gwatemali, do 30-35 USD w Kostaryce i Panama City (średnio 15-20 USD). W jednym z postów napisałyśmy, że podróż po Ameryce Środkowej w trakcie pory deszczowej nie ma, naszym zdaniem, sensu. Nadal tak uważamy, ale dostrzegamy także pewną zaletę tego okresu. Mianowicie, ceny hosteli są czasami aż o połowę niższe od tych, jakie obowiązują w szczycie sezonu, czyli między grudniem a lutym. Może z tym być powiązana następująca prawidłowość - w tej części świata, po raz pierwszy nie sprawdzają się serwisy typu hostelbookers lub hostelworld. Ceny oferowane bezpośrednio przez hostele są znacznie niższe od tych, jakie zapłacimy, robiąc rezerwację przez internet. (Przy okazji jedno ostrzeżenie – unikajcie jak ognia hostelu „Quachoch” vel „Gabriel” w Antigua de Guatemala – najbrudniejsza i najbardziej zakaraluszona dziura, w jakiej spałyśmy od wielu miesięcy).

Transport – koszt trzy - czterogodzinnej podróży chicken busem to zazwyczaj wydatek rzędu 1-2 USD w Gwatemali i 3-4 w Panamie. Przykładowo, podróż z Bocas del Toro w Panamie do Puerto Viejo w Kostaryce kosztuje 6-8 USD (łódź i dwa autobusy). Podróż z Panajachel nad jeziorem Atitlán do Quetzaltenango to koszt 3,5 USD (trzy autobusy). Te same trasy pokonane turystycznym busikiem to odpowiednio 28 USD (Panama – Kostaryka) i 20 USD (Gwatemala). W każdym z państw kursują też lepsze autokary, ale zazwyczaj tylko między głównymi miastami. Z Panama City do Meksyku można dostać się z firmą Tica Bus, która oferuje połączenia między wszystkimi stolicami regionu, a w niektórych miejscach także noclegi w hotelu na dworcu. Koszt trasy San José – Rivas (Nikaragua) to 26 USD i ok. 8-9 h jazdy autokarem w typie polskiego PKSu. León (Nikaragua) do San Pedro Sula (Honduras) dzieli 13 h jazdy za 36 USD. Przejazd do gwatemalskiej stolicy z Flores autobusem lokalnym (nieznacznie lepszym od chicken busa, ale równie powolnym) to 12 USD. Ta sama trasa nocnym, wygodnym i bezpiecznym autokarem z rozkładanymi siedzeniami to 24 USD (z możliwością bezpośredniej kontynuacji shuttlem do Antigua).

Taksówka wodna z Almirante na Bocas del Toro – 4 USD. Prom na Ometepe – 2-3 USD w zależności od jego rodzaju. W Hondurasie i Ciudad de Guatemala, zarówno miejscowi, jak i przewodniki, odradzają turystom korzystanie z autobusów miejskich, które obrabowywane są z dużą regularnością. Z taksówek korzystałyśmy tylko w przypadku konieczności dostania się o świcie lub późno wieczorem na dworzec czy do hostelu. Wyjątkowo tanie były one w Kostaryce (3 USD), drogie w Gwatemali, gdzie trzeba się długo i mocno targować (od 5 USD w górę za kurs).

Jedzenie – obowiązuje złota reguła, która sprawdza się prawie wszędzie – jeśli jesz na ulicznych straganach i tam, gdzie miejscowi, jedzenie jest bardzo tanie. W knajpach dla turystów ceny są europejskie. Wyjątki to Kostaryka, gdzie ceny są wysokie wszędzie i dania z owocami morza w Panamie. Za 1-2 USD można w Gwatemali najeść się tacos, burritos, tostadas i podobnymi przekąskami. W kraju tym jest też największy wybór ulicznych garkuchni. W Hondurasie i Nikaragui obiad może kosztować od 3–4 USD w górę. W Kostaryce i na karaibskim wybrzeżu Panamy 10 USD to minimalna cena za danie.

Wstępy – Copán Ruinas i Tikal – 15-17 USD;

Wycieczki - 20 USD za oglądane żółwic w Tortugero (Kostaryka); 25 USD za całodzienną wycieczkę łodzią po wyspach archipelagu Bocas del Toro, w tym snorkelling (Panama); 10 USD za wejście na wulkan Pacaya (Gwatemala).

niedziela, 7 sierpnia 2011

Palenque



W drodze do Ciudad de México (wstąpił do piekieł, pod drodze mu było :-), zobaczyłyśmy kolejne ruiny Majów, tym razem w Palenque. Bardzo imponujące, w pewien sposób podobne do tych z Tikal, ponieważ również położone są one w dżungli. Zrozumiałyśmy tu jednak, na czym polega różnica pomiędzy turystycznym Meksykiem a dużo mniej popularną Gwatemalą. W porównaniu z Tikal, zwiedzanie Palenque to udział w pochodzie pierwszomajowym za jego najlepszych czasów.







Boisko do rytualnej gry w piłkę

piątek, 5 sierpnia 2011

W drodze do Meksyku



Opuściłyśmy Gwatemalę turystycznym busikiem, kilkadziesiąt razy droższym niż lokalne autobusy, ale szczerze mówiąc, chicken busy ostatnio nas wykończyły. Zarówno w trakcie tej, jak i poprzednich podróży, jeździłyśmy najprzeróżniejszymi środkami transportu i mamy dużą odporność na niewygody typu brudne, rozpadające się autobusy, wielogodzinne spóźnienia etc. Podróż chicken busem jest fantastycznym doświadczeniem - kolorowym i mocno folklorystycznym. J narzeka wprawdzie, że nie udało jej się spotkać w żadnym z nich jednego choćby kurczaka (było za to dużo kotów - jako towar deficytowy kupowane są one na targach, a następnie wiezione do nowego domu w reklamówce lub pudełeczku; drą się przy tym niemiłosiernie, o co nie mamy do nich pretensji :-). Mimo wszystko, podróż takim środkiem transportu, trwająca dłużej niż 2 godziny, staje się torturą. Siedzenia są niewygodne i skonstruowane dla dwóch krasnoludków (nawet P nie mieszczą się nogi, J skazana jest więc na siedzenie z kolanami pod brodą), na których ściśnięte są trzy osoby plus jedno lub dwoje dzieci, kierowcy jeżdżą szybko i na każdym zakręcie wszyscy spadają ze skajowej kanapy, aby na następnym wcisnąć w ścianę nieszczęśnika siedzącego pod oknem. Ścisk i, powiedzmy to wprost, smród są nieznośne. Nie ma bagażników, więc tobołki walają się wszędzie (tylko największe trafiają na dach). Oczywiście wyje muzyka, co nie jest żadną nowością, ale nadal wkurza itd. Jeździłyśmy chicken busami od Panamy po Gwatemalę i mamy dosyć. Wyjeżdżając więc z Quezaltenango do Meksyku, z finansowym bólem serca, kupiłyśmy dwa miejsca w turystycznym busie. No i nas pokarało. Wszyscy ładnie pachnieli i siedzenia były wygodne, ale za to towarzyszył nam niejaki… Héctor.

Zanim o nim napiszemy, słowo wyjaśnienia. Nie mamy nic przeciwko jakimkolwiek używkom (P mówi „nie” papierosom palonym publicznie, ale we własnym domu, każdy może robić na co ma ochotę). Jeśli ktoś chce ćpać, proszę bardzo. Zapić się na śmierć – jego/jej wybór. To, co jednak wzbudza w nas agresję, to dorabianie jakiejkolwiek ideologii do własnych uzależnień i pranie mózgu innym ludziom. Héctor był właśnie takim wyjątkowo uduchowionym ćpunem. Gdy wsiadł do busa, śmierdział trawą tak bardzo, że pierwsza myślą, jaka przeszła przez nasze głowy, było to, że zbliżamy się właśnie do przejścia granicznego z Meksykiem, w związku z czym, pozostaje mieć nadzieję, że gdy celnicy zajmą się trzepaniem Héctora i jego bagażu w poszukiwaniu dragów, nie wstrzyma to naszego odjazdu. Póki co, filozof natychmiast zagadał do siedzącej obok Holenderki, która szybko dowiedziała się, że jakkolwiek wszystkie rządy na świecie są złe, skorumpowane i knują spiski przeciw obywatelom, to holenderski, jako jedyny, zasługuje na uznanie, oczywiście dlatego, że w Holandii można legalnie palić trawkę. Héctor był wysokim mężczyzną o tubalnym głosie, który natychmiast wypełnił cały bus, gdy zaczął udzielać wszystkim rad, gdzie powinni zamieszkać, co jeść i które miasta w Meksyku są niebezpieczne. „Niebezpieczne” miejsce, w rozumieniu Héctora, to takie, w którym jest dużo policji, co zwiększa szanse na bycie zatrzymanym i przeszukanym. Nowozelandczyk, który nieopatrznie przyznał się, że jest ogrodnikiem, został natychmiast zarzucony poradami, jak hodować różne zioła i grzybki. Nieszczęśnik zajmował się projektowaniem ogrodów, ale może po powrocie zmieni specjalizację. My dwie musiałyśmy mieć na twarzach wypisane złotymi zgłoskami „nie zbliżaj się do nas i zamknij się wreszcie”, bo gdy Holenderka i Nowozelandczyk wcisnęli w uszy słuchawki, Meksykanin rzucił się na jedyną osobę w busie, która podzielała jego światopogląd. Postać dosyć nietypową – bardzo wysokiego Japończyka, niechlujnie ubranego, z rzadką, długą kozią bródką i z gigantycznym kokiem z dredów na czubku głowy, który skrywał ponoć jakąś czakrę (no comment). To było to. Héctor pokochał go do razu i zaczął dzielić się z nim swoimi przemyśleniami i opowieściami typu: „Tylko Ty i ja mamy otwarte umysły, ponieważ trawa otwiera nasze myśli i pozwala rozpocząć wewnętrzny dialog z samym sobą. Dlatego jest nielegalna. Jak chcesz mam jeszcze jednego jointa, więc zapalimy wspólnie, przyjacielu, w trakcie postoju na siusiu”. Jak powiedział, tak uczynili. Dalsze opowieści dotyczyły modyfikowanej żywności, rewolucji przemysłowej w Anglii, końca świata, który ma nadejść w grudniu oraz narkotyzowania się na Isla del Sol na jeziorze Titikaka - miejscu magicznym i wyjątkowym, aczkolwiek dopiero odpowiednia porcja pejotlu pozwala dostrzec jego duchowość w pełni (pewnie dlatego nam się niezbyt podobało, bo zapodałyśmy sobie jedynie piwo i wino :-). Héctor był tam z przyjacielem, który nie umiał grać na flecie, ale po połączeniu kilku substancji, które panowie wypalili, wciągnęli i wypili, kolega wziął instrument w ręce i zaczął grać jak sam anioł, a chmury nad Titikaka się rozstąpiły. I w ten oto sposób, Héctor zabawiał nas wszystkich (słuchawki ani stopery nie odcinały od jego donośnego głosu) przez ponad trzy godziny. Gdy wszyscy (włączając Japończyka i kierowcę) dali mu ostentacyjnie do zrozumienia, że nie chcą go już słuchać, wyjął komórkę i puścił na cały regulator (miał słuchawki, ale nie uważał za stosowne ich używać) swoją muzykę, do której głośno śpiewał i pogwizdywał. I tak przez następną godzinę. Héctor nie był dzieckiem z ADHD, tylko facetem po 40-tce. Mieszkał w hippisowskim San Marcos nad Atitlánem, gdzie zajmował się handlem biżuterią. Jesteśmy pewne, że nie tylko to można było od niego kupić. Wykończył nas bardziej niż najgorszy chicken bus. Na całe szczęście zniknął na granicy i zupełnie nas nie obchodzi, co się z nim stało. Wszystko to jest niestety elementem szerszego problemu. Gwatemalskie nastolatki obserwując takich jak on, oraz innych przybyszy z bogatego Zachodu (Héctor był akurat Meksykaninem, ale niewątpliwie zamożnym), święcie wierzą, że chlanie i ćpanie jest normalnym sposobem na życie i "fajną codziennością" modnych i bogatych.

W ten oto sposób dotarłyśmy do Meksyku, do San Cristóbal de las Casas (SCC) w stanie Chiapas. Ładnie tu i kolonialnie, choć gdy wjechaliśmy na główny plac miasta, zblazowana J rozejrzała się i zapytała, czy znowu jesteśmy w Granadzie w Nikaragui. Coś w tym jest. Kolonialne miasta Ameryki Łacińskiej są bardzo ładne, przyjemnie się w nich mieszka i miło po nich spaceruje. Jeśli ktoś lubi takie atrakcje, może spędzić w nich tydzień, odwiedzając setki kościołów. Prawdą jest jednak, że większość z nich jest do siebie bardzo podobna. Po blisko 5 miesiącach w Ameryce Łacińskiej, kolorowe miasteczka zaczynają się nam trochę zlewać . 


Chiapas jest najbardziej buntowniczym i rozpolitykowanym meksykańskim stanem. Pod katedrą w SCC trwa protest jednej z lewicowych organizacji.
 

To, co jednak bardzo nas uderzyło w tracie pierwszych godzin pobytu w SCC, to wygląd miejscowych Indianek i ich dzieci. Gwatemalę dzieli do Meksyku ekonomiczna przepaść i nawet jeśli Chiapas jest jednym z biedniejszych stanów Meksyku, to nadal poziom życia i zamożności społeczeństwa jest tu dużo wyższy niż u sąsiadów. Dlatego też nie mogłyśmy pojąć, dlaczego właściwie wszystkie indiańskie kobiety i ich dzieci, handlujące rękodziełem i pamiątkami, są brudne, zabiedzone i zaniedbane. W Gwatemali to do nie pomyślenia, nawet w najmniejszych i najbiedniejszych wioskach. Praca dzieci jest tam powszechna, bo to bardzo biedny kraj, a Indianie znajdują się na dole drabiny społecznej. W Meksyku jest podobnie, ale mimo wszystko, wygląd miejscowych dzieci był dla nas szokiem. Jedyne porównanie, jakie przychodzi nam do głowy, to Indie.



Ostatnie dwa tygodnie naszej podróży miały być spokojnym odpoczywaniem na plażach Jukatanu, przeplatanym krótkimi wycieczkami po okolicy. To nie mogło się udać. W drodze do Meksyku, J uznała, że jej największym marzeniem jest zobaczenie Ciudad de México z domem Fridy Kahlo, gigantyczną flagą i piramidami w Teotihuacan. Tyle tylko, że stolica jest nam bardzo nie po drodze. Podróż ta jednak ma być realizacją marzeń właśnie, więc zamiast odpoczywać, zwiedzając ruiny Majów i snorklując na rafie koralowej, pakujemy się w autobus nocny i jedziemy na dwa dni do stolicy. Potem czeka nas 20 godzin podróży i jesteśmy na Jukatanie. Kompletne szaleństwo, ale po gwałtownej wymianie myśli i poglądów, J postawiła na swoim. Jak zwykle zresztą :-).

W Warszawie stały kiedyś krowy, w Monachium widziałyśmy lwy, w SCC pełno jest za to kolorowych jaguarów.