piątek, 11 lutego 2011

Pod wulkanem ;-)

Całkowicie nieświadomie zafundowałyśmy sobie przygodę, której nie zapomnimy do końca życia. Nie zdecydowałybyśmy się na nią, gdybyśmy były świadome okoliczności.  A wszystko przez dziecięcą wręcz fascynację P wulkanami.  Indonezja, jak wiadomo, ma ich pod dostatkiem – blisko 200 czynnych.  Pierwszym, który chciałyśmy zobaczyć z bliska był słynny Krakatau, znajdujący się na oceanie pomiędzy Sumatrą i Jawą (jego wybuch pod koniec XIX wieku zasypał popiołem australijskie Perth).  Okazało się to jednak niemożliwe ze względu na porę deszczową.  Brak turystów oznacza brak wycieczek, a samodzielne zorganizowanie transportu oraz wynajęcie łodzi kosztowałoby nas 500 usd bez gwarancji wypłynięcia w wypadku złej pogody.  Następna teoretyczna okazja trafiła się w Yogyakarcie, leżącej u stóp wulkanu Merapi.  Merapi wybuchł potężnie parę miesięcy temu, zasypując pyłem wulkanicznym wiele wiosek u swoich podnóży.  Mimo że widziałyśmy jego sylwetkę, majaczącą w oddali, jak również ruiny domów wykopywanych (dosłownie) spod grubych na kilka metrów popiołów, nie można do niego podjechać.  Po drugim fiasku, trzecim podejściem miała być jedna z największych atrakcji turystycznych Indonezji – wulkan Bromo.  Jest on słynny, ponieważ oferuje wspaniałe widoki oraz możliwość wejścia na obrzeże krateru.  W Yogya dowiedziałyśmy się jednak, że wybuch Merapi rozgniewał także Bromo, który dymi od końca listopada.  "Co to dla nas oznacza?" – spytałyśmy w agencji, organizującej transport. Tyle tylko, że nie można na niego wejść, ale jak najbardziej da się go obserwować z okolicznego wzgórza.  P widziała już dymiący wulkan w Gwatemali, z krateru którego wydobywała się strużka, podobna do dymu z papierosa. Widowiskowe i na pewno nie niebezpieczne.  Zapadła decyzja - jedziemy.  Gdy wczesnym wieczorem, w towarzystwie pary Belgijek i dwójki Holendrów, dojechałyśmy do miasteczka oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów od Bromo, nic nie zapowiadało tego, co nas czeka.  Zmieniliśmy tylko kierowcę i nasz mini bus na bardziej rozklekotany i brudny.  Wkrótce miałyśmy się dowiedzieć dlaczego.  Jechaliśmy w całkowitych ciemnościach, mocno wspinając się w górę.  Mijaliśmy wioski, które wyglądały na wymarłe.  Zamknięte na głucho domy, czasami jakieś światło w oknach jedynego zamieszkałego budynku.  Droga słabo przejezdna, bus ledwo dawał sobie radę.  W pewnym momencie, przejeżdżając przez lepiej oświetlony fragment drogi, zrozumiałyśmy dlaczego.  Wszystko wokół było zasypane grubą warstwą popiołu.  Droga, domy, pola – wszystko pokryte czarnym śniegiem.  Z każdym kilometrem było go więcej.  Na tle ciemnego nieba widoczna natomiast była potężna chmura pyłu.  Zrobiło nam się bardzo nieswojo.  Prawdziwy strach opanował nas jednak, gdy dojechałyśmy do hotelu - schroniska.  Gdy wysiadłyśmy z busa, usłyszałyśmy coś, co przypominało odgłos startującego samolotu albo serię grzmotów, następujących jeden po drugim.  Mocno spanikowane zapytałyśmy „co to?”.  Zaskoczony chłopak z hotelu odparł, zadowolony: „Wulkan.  Dziś możecie zobaczyć jak pluje ogniem, jest w trakcie erupcji”.  Chwilę później przekonałyśmy się, co to oznacza.  Schronisko, do którego nas przywieziono, położone było na skraju kaldery. Dosłownie naprzeciwko nas, w pewnym oddaleniu, czarne niebo rozświetliły czerwone fajerwerki lawy wyrzucanej z krateru.  Grzmoty się wzmogły.  Wulkan wydawał się na wyciągnięcie reki, choć byliśmy od niego oddaleni o 3 km.  Powiedzmy jednak szczerze, w przypadku potężnego wybuchu, 3 km to jak milimetr.  Byłyśmy autentycznie przerażone i zszokowane, podobnie jak pozostali cudzoziemcy.  Była 22, od miasta dzieliło nas kilkadziesiąt kilometrów i nikt nie planował tam jechać.  Oczywiście gdybyśmy zadeklarowały, że zapłacimy sto dolarów za natychmiastowe zwiezienie nas na dół, znalazłby się pewnie chętny.  Podobno, w trakcie listopadowej silnej erupcji, która miała miejsce w środku nocy, połowa obecnych w hotelu gości, zażądała natychmiastowego transportu w bezpieczne miejsce, niezależnie od kosztów. Nas trochę uspokoił stoicki spokój miejscowych.  Gdy tylko Bromo zaczynał pluć lawą, natychmiast zbiegali się i patrzyli w zachwycie na to widowisko (my też, tylko kolana nam się trzęsły), ale poza tym zachowywali się jakby nic się nie działo.  Gdy Holender z naszej grupy zapytał „przeżyjemy tę noc?”, roześmiali się serdecznie i odpowiedzieli „nie wiemy”.  Rozbroili nas.  Z Belgijkami postanowiłyśmy, że mimo wszystko zjemy kolację.  Mogła być to nasza ostatnia wieczerza, więc nie oszczędzałyśmy i wzięłyśmy najlepsze dania z menu.  Wulkan wydawał przeciągłe pomruki i pluł lawą, wszystko się trzęsło, a z głośników w restauracji leciała piosenka „I wanna live forever”.  Belgijka nie wytrzymała i gdy po raz kolejny zadrżały wszystkie szyby w oknach, stwierdziła „głupi ten Bon Jovi”.  Groza wzmogła się jeszcze, gdy okazało się, że w naszym pokoju (najbliżej przepaści) trzęsie się dosłownie wszystko, gdy tylko Bromo mocniej huknie.  Chyba nigdy nie byłyśmy bardziej przerażone.  Pomimo tego zasnęłyśmy, tylko J budziła się przy kilku groźniejszych pomrukach wulkanu.  O 3.30 zadzwonił budzik i wyruszyłyśmy oglądać wschód słońca.  Gdy tylko lekko się rozjaśniło, Bromo przestał pluć lawą (to były widoki nocne, bardziej spektakularne w ciemnościach) natomiast ze zdwojoną siłą zaczął wyrzucać popiół.  Sam wulkan okazał się być bardzo mizernych rozmiarów, w porównaniu z zamieszaniem, jakie robił.  W międzyczasie udało nam się jednak dowiedzieć, że obok Merapi, Bromo jest jednym z potężniejszych wulkanów Jawy i wybucha średnio co pięć lat.  Jest naprawdę groźny.  W świetle dnia nabrałyśmy animuszu i nawet bardzo gwałtowne erupcje nie wywoływały takiego przerażenia, jakiego dane było nam doświadczyć w nocy.  Strach powoli się ulotnił i zaczynałyśmy rozumieć, że miejscowi przywykli do tych grzmotów, popiołu i od czasu do czasu – fajerwerków z lawy.  Dla nich był to niemalże element codzienności.  Gdy parę godzin później, wracaliśmy do stosunkowo bezpiecznego miasta poniżej, minęliśmy działające przedszkole oraz matki ważące swoje maluchy w przenośnym punkcie pielęgniarskim.  Widziałyśmy też zasypane popiołem domy oraz poletka cebuli i kapusty, rosnących na wulkanicznym pyle, wśród których krzątali się ludzie.  Inni zamiatali pył z obejść swoich domostw - prawdziwie syzyfowa praca, biorąc pod uwagę, że Bromo dymi od listopada i najprawdopodobniej nie prędko zamierza przestać.  Panorama wiosek, zasypanych popiołem była niezwykłym widokiem. Nie mogło opuścić mnie (J) wrażenie literackiego deja vu – jadąc przez ciemne (pył odcina dopływ światła słonecznego) wioski z grafitowymi poletkami i wymarłymi drzewami, miałam wrażenie jakbym znalazła się w mieście umarłych rodem z powieści „Pedro Páramo” J.Rulfo.  Apokalipsa, inaczej nie da się tego określić.




Widok wulkanu w trakcie erupcji (niewielkiej jak na wulkanie możliwości) jest nieporównywalny z żadnym innym doświadczeniem.  Mieszanka strachu, zachwytu i podziwu dla sił natury.  Bałyśmy się bardzo, ale z perspektywy bezpiecznego Bali – wydaje się, że warto było.  Choć teraz możemy się przyznać, że oryginalnie planowałyśmy zostać pod wulkanem dwa dni, ale widząc i słysząc co się dzieje, uciekłyśmy przy pierwszej sposobności, czyli nazajutrz.  Wystarczyło nam to, co widziałyśmy - takiej dawki adrenaliny nie dostarczyło nam jeszcze nic w trakcie tej podróży (ani na długo przed nią).  


 

 
na skarpie po lewej stronie widać wioskę, gdzie spałyśmy

wtorek, 8 lutego 2011

Kazuar na Jawie


Już wiemy gdzie podziali się w Indonezji wszyscy turyści – otóż masowo ściągnęli do Yogyakarty.  Pewnie jeszcze więcej będzie ich na Bali, ale już samo przybycie tu było dla nas szokiem.  Po dwóch tygodniach w Indonezji, w trakcie których spotkałyśmy czwórkę turystów (następnych czworo widziałyśmy gdzieś po drodze) widok tylu białych był dla nas wstrząsem :-). 

Tam gdzie turyści, tam też ciekawe miejsca, niekoniecznie o lokalnym kolorycie.  W Yogya (jak zdrobniale nazywają ją miejscowi, czytaj: „Dżiogdżia”) trafiłyśmy do knajpki, raczej europejskiej w wystroju, zwanej ViaVia.  Nie byłoby o czym pisać, przemilczawszy nawet donośny fakt, że podają tam gruboziarnisty chleb oraz bezpieczne (myte w gotowanej wodzie) sałaty, za którymi tęsknimy równie mocno jak za śledziami ;-), gdyby nie to, że jest to cały, bardzo interesujący projekt.  Grupa Belgów, mówiących o sobie, że są „zbyt młodzi, by być oryginalnymi hippisami, wystarczająco starzy jednak, by zostać jednymi z pierwszych nowoczesnych podróżników”, po latach podróżowania po świecie, osiedliła się w swoich ukochanych miejscach i otworzyła kilka knajpek.  Obecnie jest ich już 13-cie i poza dwoma w Belgi (Antwerpia i Leuven) pozostałe znajdują się w tak egzotycznych miejscach jak Mali, Senegal, Tanzania, Peru, Ekwador, Nikaragua, Nepal czy Honduras.  Wszystkie działają wedle podobnej zasady, czyli serwują zdrową żywność, z obowiązkowym włączeniem do menu dań wegetariańskich oraz kuchni miejscowej (choć o gustach „tradycjonalistów” też pamiętają – patrz frytki z majonezem), wspierają organizacje pozarządowe, dają pracę lokalnej ludności, propagując ekologię i rozsądną, świadomą turystykę w danym regionie.  Ciekawe miejsce i jeśli ktoś będzie w okolicy, w której znajduje się jedna z ViaVia – gorąco polecamy.  WWW.ViaViacafe.com

 
Turyści walą do Yogya tłumnie ze względu na znajdujące się pod miastem dwie świątynie – potężną, buddyjską Borobudur i mniejszą – hinduistyczną Prambanan.  Obydwie są bardzo ładne, choć my jesteśmy już tak zepsute tygodniem spędzonym w kompleksie Angkor, że tego typu przybytki nie robią na nas odpowiednio wielkiego wrażenia. 

Borobudur
Prambanan
To, co fascynuje nas zdecydowanie bardziej, to bahasa indonesia, czyli oficjalny język kraju (lokalnych dialektów jest ponad 300).  Sam język jest z pewnością ciekawy dla filologa (J), ale laika z Polski rozbawi ogromna liczba polsko brzmiących słów, które można spotkać na ulicach miast, głównie na szyldach.  Rozumiemy, skąd w bahasa indonesia wzięły się słowa holenderskie, angielski i portugalskie ( a jest ich wiele), ale skąd te polsko brzmiące?  Oczywiście to tylko złudzenie, bo zbieżność jest zupełnie przypadkowa, choć często jest to bardzo zabawne. 




Pranie dla pani Padliny z Polski :-)
A na koniec kazuar z parku wokół świątyni Prambanan (w naturze żyją one tylko na Nowej Gwinei i w części Australii) - wściekła bestia, ponoć potrafi rozszarpać człowieka, a jego potężne łapy są żywym dowodem na ewolucję gadów w ptaki;-)



poniedziałek, 7 lutego 2011

Foto niespodzianka


Czy pamiętacie naszą opowieść o sympatycznych studentkach anglistyki z Padang (tych, które wyłapywały nielicznych cudzoziemców, aby przeprowadzić z nimi 10-minutowy wywiad)? Jako że Facebook cieszy się tu ekstremalną wręcz popularnością, zaraz po rozmowie następowały nieodmiennie prośby o podanie naszych facebookowych namiarów. Kilka dni później, na profilu jednej z naszych interlokutorek znalazłyśmy następujące fotokolaże, które bardzo nas poruszyły:



Nasze zdjęcia nijak się jednak mają do obrazka, na którym wystąpił wspomniany przez nas Anglik (ten, który próbował przed dziewczętami uciekać). Myślimy, że nawet w najśmielszych marzeniach nie liczył na to, że pewnego deszczowego dnia w Indonezji, zostanie ściganym przez paparazzi Bradem Pittem z nadobną Angie u swego boku:-). Gdyby wiedział, że wyląduje na okładce People, pewnie założyłby koszulę :-)


sobota, 5 lutego 2011

Zdrowie w podróży - cz. 2



Istnieje całe mnóstwo chorób, na które szczepionki nie ma.  Większość z nich jest albo mało groźna albo łatwo ich uniknąć.  Podstawowa zasada w tropikach brzmi - jedz tylko to, co ugotowane lub usmażone, tylko te owoce, które można SAMODZIELNIE obrać ze skórki oraz nigdy nie pij wody niebutelkowanej.  W rejonach o wysokim zagrożeniu, do jakich zaliczamy Afrykę od Sahary na południe oraz Indie, wody butelkowanej używaj także do mycia zębów.  Przestrzeganie tej zasady powinno uchronić nas przed większością chorób spowodowanych przez pasożyty (P: w Tanzanii złapałam amebę i jestem prawie pewna, że miało to miejsce wtedy, gdy, po długim safari, dotarłam do cywilizacji i ciepłego prysznica, w trakcie którego umyłam zęby w wodzie z kranu).  W Afryce, Azji Południowo – Wschodniej i nielicznych miejscach w Ameryce Południowej unikać należy też kąpieli w słodkich wodach stojących (jeziora, zalewy etc.), gdyż mogą one grozić zarażeniem bilharcjozą, nieprzyjemnym pasożytem, całkowicie jednak wyleczalnym. 

Choroby tropikalne budzą grozę, w rzeczywistości jednak nie są powszechne i zwykle okazują się skutecznie wyleczalne, o ile zostaną szybko wykryte.  Jedyną częstą przypadłością, zarówno trampów w tropikach, jak i urlopowiczów w Egipcie, jest biegunka podróżnika - mimo że nieprzyjemna, na pewno jednak niegroźna. 

Największym wrogiem podróżników są komary.  Roznoszą szereg chorób, do najpoważniejszych z nich należą gorączka dengue i malaria.  Na dengue nie ma ani leków, ani szczepionek, a jedyną ochronę stanowią silne repelenty i zakrywanie ciała.  W praktyce jednak, całkowite uniknięcie ukąszeń komarów jest, naszym zdaniem, niemożliwe.  Najgorszą sławą ze wszystkich chorób tropikalnych cieszy się malaria.  Szczepionki na nią nie ma i zapewne długo nie będzie.  Choroba ma wiele odmian, z których najgroźniejsza - malaria mózgowa, występuje tylko w Afryce.  Istnieje jednak profilaktyka antymalaryczna, temat budzący tyle kontrowersji, że osiągnięcie porozumienie wydaje się niemożliwe.  W naszej opinii, bezwzględnie należy brać antymalaryki w przypadku podróży do Afryki.  W pozostałych przypadkach jest to zagadnienie dużo bardziej skomplikowane.  Antymalaryki są lekami bardzo obciążającymi organizm, niektóre z nich mają szereg skutków ubocznych.  Nie można ich też brać dłużej niż 3-4 tygodnie.  Do najpopularniejszych należy zaliczyć zakazany przez US Army i odradzany przez wielu lekarzy, Lariam (P: osobiście nie polecam, brałam parę lat temu i miałam wszystkie możliwe objawy uboczne - bezsenność, lęki, halucynacje, wahania nastrojów, etc.), wypierający go z rynku Malarone oraz doksycyklinę.  Malarone jest lekiem drogim, ale skutecznym i bezpiecznym. Doksycyklina jest antybiotykiem, wymagającym dość długiego stosowania. 
Kiedy brać antymalaryki?  W trakcie dwutygodniowych wakacji w Tajlandii, które spędzimy na plaży i w Bangkoku – raczej byśmy to odradzały, szkoda wątroby.  Jeśli w Kambodży mamy zamiar zobaczyć tylko Angkor – podobnie, ryzyko zachorowania jest minimalne.  W Indiach zagrożenie malarią występuje przez cały rok w większości kraju – sugerowałybyśmy zatem ochronę farmakologiczną.  W każdym z rejonów ryzyko zachorowania zwiększa się w trakcie pory deszczowej.  My wjechałyśmy do strefy malarycznej na początku listopada (południe Chin).  Od tej pory – ze względu na długość wyjazdu - zdecydowałyśmy się brać leki tylko dwa razy – w Indiach (3 tygodnie) i Indonezji (4 tygodnie).  Staramy się unikać ukąszeń, choć repelenty nie zawsze dają pełną ochronę. 

Gdzie szukać informacji o zagrożeniach dla zdrowia w różnych rejonach świata? Niewątpliwie godnym polecenia źródłem jest seria wydawnictw „Healthy Travel” Lonely Planet.  Przydatne informacje podaje także strona http://wwwnc.cdc.gov/travel/ - warto sprawdzić aktualne zagrożenie malarią w danym rejonie i zalecane szczepienia. 

Zdrowie w podróży - cz. 1



Zgodnie z obietnicą daną w komentarzu, zamieszczamy post o szczepieniach i zdrowiu w podróży. Pisałyśmy kiedyś na ten temat na innym blogu. Jako że niewiele osób miało okazję przeczytać wspomniany tekst, pozwalamy sobie go przekleić, uzupełniając nieco:

W każdym zakątku świata, który odwiedziłyśmy, spotkać można pewien typ podróżnika, który utrzymywać będzie, że szczepionki i antymalaryki to wymysł pazernych koncernów farmaceutycznych, a najlepszym remedium na choroby tropikalne jest czosnek lub wódka. Gdy dwa lata temu J zdarzyło się leżeć w warszawskim Szpitalu Zakaźnym, mogła na własne oczy obserwować do czego prowadzi tego rodzaju myślenie - na jeden z oddziałów, z objawami wirusowego zapalenia wątroby typu A, prosto z lotniska, przywieziona została połowa uczestników pewnej wycieczki do Egiptu.  Nie musimy dodawać, że tej przykrej sytuacji można było zaradzić dzięki jednej, łatwo dostępnej szczepionce. 

Na co i gdzie się szczepić?  W Warszawie szczepienia przeciw chorobom tropikalnym wykonywane są w Sanepidzie na ulicy Żelaznej (poza Warszawą – w wojewódzkich stacjach sanitarno – epidemiologicznych oraz w niektórych, wybranych przychodniach). Również tam otrzymuje się międzynarodową żółtą książeczkę, która poświadcza, że jej właściciel posiada ważne szczepienie przeciw żółtej febrze. Posiadanie takiego dokumentu jest wymagane przy wjeździe na terytorium niektórych krajów, np. afrykańskich (i naprawdę egzekwowane wbrew opinii wielu osób, które twierdzą, że to martwy przepis, chociażby w Mali). Wpisywane są do niej również pozostałe szczepienia. To przeciw żółtej febrze podawane jest w jednej dawce i daje odporność na 10 lat.  Jest to jedna z tych szczepionek, które każda osoba, udająca się do Afryki lub Ameryki Południowej, mieć powinna. Choroba jest śmiertelna, zarażenie następuje w wyniku ukąszenia komara czyli zdarzenia, którego nie da się nijak uniknąć. 

Dobór szczepionek zależy, rzecz jasna, od chorób występujących w miejscach, do których się udajemy; zawsze zaleca się jednak wykonanie zastrzyków przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i B, ochrona tego rodzaju przyda się wszak także w Polsce.  WZW typu A przenosi się drogą pokarmową, natomiast typu B jest chorobą wszczepienną. Biorąc pod uwagę standardy higieniczne panujące w wielu krajach, warto w to szczepienie zainwestować. Składa się ono z 3 zastrzyków, szczepionka działa przez 10 lat.

Innymi popularnym szczepieniami są: 
 
- szczepienie przeciw durowi brzusznemu (tyfus): jedna dawka, okres działania: 3 lata;
- szczepienie przeciw chorobie meningokokowej: jedna dawka, okres działania: 3 lata;
- szczepienie przeciw poliomyelitis: jedna dawka przypominająca szczepienia z dzieciństwa, ważna 10 lat;
- szczepienie przeciw tężcowi/błonicy: jedna dawka przypominająca zastrzyki z czasów szkolnych.

Szczepienie przeciwko tężcowi i durowi brzusznemu zaliczyłybyśmy do obowiązkowych.  Jeśli ktoś wybiera się na dwutygodniowe wakacje w popularne turystycznie miejsca, w naszej opinii, o pozostałych może raczej zapomnieć. 

Istnieje również doustna szczepionka przeciw cholerze, którą czasem zalecają lekarze przy dłuższych wyjazdach, jednak - zwłaszcza na Zachodzie - jej skuteczność budzi wiele kontrowersji, tak więc przed jej przyjęciem warto by zasięgnąć kilku opinii.  Podobno, choć nie jest to potwierdzone klinicznie, ma ona również osłabiać efekty biegunki podróżnika, na którą cierpi większość osób, trafiających w tropiki.  Ciężko wyrokować w sprawie cholery, niemniej w tej drugiej kwestii, wielkiej różnicy in plus nie zanotowałyśmy.

Przed naszym rocznym wyjazdem wzięłyśmy dwie szczepionki niestandardowe, polecone nam przez dr G.Karczewskiego (serdecznie polecamy, jest to pierwszy, poznany przez nas, warszawski specjalista od chorób tropikalnych, który autentycznie zna się na tym, co robi, a jego opieka nie ogranicza się do wypisania recepty na malarone).  Była to szczepionka przeciwko kleszczowemu zapaleniu mózgu (tylko dlatego, że w okresie aktywności kleszczy byłyśmy na Syberii) oraz przeciwko wściekliźnie.  Ta ostatnia, w przypadku krótkich wyjazdów, jest zupełnie niepotrzebna.  W razie ugryzienia, mamy 7 – 10 dni na otrzymanie pierwszego zastrzyku, dlatego też zaleca się ją tylko tym podróżnikom, którzy przez dłuższy czas przebywać będą w rejonach ryzyka.  Nie oszukujmy się, poza Europą, Ameryką Płn i Australią nikt nie szczepi psów i kotów, szczególnie tych wałęsających się do ulicach.  W całej Azji występują stada małp, nierzadko agresywnych, z którymi czasami nie można uniknąć kontaktu (Indie, Kambodża, Tajlandia, Indonezja). W naszym wypadku szczepionka przeciwko wściekliźnie była dobrym pomysłem - już na Syberii szczeniak drasnął P do krwi w trakcie zabawy.  W Wietnamie uciekłyśmy przed małpą, która zadrapała towarzyszącą nam Angielkę.  Podobnych sytuacji było więcej. 

Niestety, trzeba liczyć się z tym, że koszty szczepień będą znaczne. Cena jednej dawki szczepionki waha się zwykle od 150 do 280 zł. Dlaczego jednak nadal uważamy, że warto? Kalkulacja jest prosta:
- łączny koszt 2 z 3 dawek szczepionki przeciw WZW A i B, które należało przyjąć przed wspomnianym wyjazdem do Egiptu: 400-500zł.
- wrażenia z pobytu w warszawskim Szpitalu Zakaźnym z jego - co by tu nie mówić - dość szczególną atmosferą a la "Królestwo" Larsa von Triera oraz przymusowym kohabitowaniem z kwiatem mazowieckiej żulerii, stanowiącym nielichą grupę wśród ogółu hospitalizowanych, bezcenne ;-(

O malarii i innych chorobach tropikalnych napiszemy w osobnym poście. 

Dlaczego nie pojedziemy na Borneo?


W jednym z komentarzy Asiaya (przy okazji polecamy bardzo fajny blog o Indiach http://asiaya.blox.pl/html) napisała, że zdaniem wielu osób, Indonezja rozczarowuje.  My nie czujemy się rozczarowane (przyroda jest tu fascynująca, a Indonezyjczycy więcej niż przyjaźni), ale na pewno trochę zmęczone, bo jest to kraj trudny do podróżowania.  W porównaniu z mega turystycznym szlakiem łączącym Singapur z Hanoi, Indonezja to inny świat.  I różnice te nie wynikają jedynie z tego, że podróżujemy przez nią w najmniej turystycznym okresie roku.

Na papierze (czytaj: w Lonely Planet) i w internecie wszystko wygląda bardzo kolorowo.  Po przetelepaniu się przez ponad połowę Sumatry założyłyśmy, że teraz z pewnością będzie lepiej.  Szczególnie, że z Borneo napłynęły oferty kilkudniowych wypraw do dżungli, dających nam szansę na spotkanie z orangutanami.  Trzeba było tylko się tam dostać.  Pelni – narodowy przewoźnik promowy – ma fantastyczną stronę internetową, na której informuje, że wypływa z Jawy do Kumai (interesujący nas port na Borneo) co drugi dzień, a wraca stamtąd co, mniej więcej, 5 dni.  Uparłyśmy się na Pelni, ponieważ są to jedyne promy dające jako taką gwarancję jakości.  Każdy słyszał nie raz w wiadomościach informację o zatonięciu promu w Indonezji.  Zdarza się to niestety nazbyt często.  Płynąc z Sumatry na Jawę (2 godziny) miałyśmy wątpliwą przyjemność zapoznać się z promem równie przerdzewiałym, co przeładowanym.  Wybranie się w 24-godzinną podróż czymś takim zakrawa na szaleństwo.  Pozostawało więc tylko Pelni. 

Spędziłyśmy piekielne dwie godziny na deszczu i w ponad 30-stopniowym upale (tak wygląda rzeczywistość pory deszczowej na równiku), szukając biura agencji, która sprzedaje bilety.  Gdy ją w końcu znalazłyśmy, okazało się, że jest zamknięta.  Nikt nie potrafił wyjaśnić czy tylko tego dnia, czy w ogóle.  Zrezygnowane wzięłyśmy taksówkę i pojechałyśmy daleko poza centrum (Dżakarta to moloch porównywalny tylko z Mumbajem, nie tylko pod względem wielkości, ale też natężenia ruchu ulicznego i chaosu) do biura wspomnianej firmy Pelni.  Tam przyjęto nas po królewsku i zaoferowano bilety na 9 lutego.  Co z promami, które - zgodnie z informacjami podanymi na stronie - wypływają 6-tego i 8-go, nie wiadomo. W każdym razie nie ma ich.  Jest jakiś statek 9-tego, co nawet nam pasuje.  Już niemal wyciągałyśmy portfel, gdy zapytałyśmy o bilety powrotne.  Okazało się, że jedyny prom z Kumai na Jawę wypływa 24 lutego.  Myślałyśmy, że się przesłyszałyśmy.  Pan potwierdził – tak, po 2 tygodniach.  Nie byłoby to aż tak dużym problemem, gdyby nie to, że 22 lutego kończy nam się wiza.  Nie można jej przedłużyć bez opuszczenia terytorium Indonezji (są podobno jakieś opcje ze znalezieniem tzw. sponsora, ale brzmi to groźnie i skomplikowanie.  Nie chcemy sponsorów, nawet gdyby się jakiś nawinął :-).  Pat.  Wracając, weszłyśmy do biura podróży zapytać o samoloty.  Zaskakująco długo trwała próba znalezienia połączenia.  W końcu okazało się, że w okolice Kumai lata jedna linia, dysponująca zapewne jedynym (kiepskim) samolotem. Teoretycznie oferuje ona połączenia na tej trasie trzy razy w tygodniu (tak się składa, że jak na złość ;-) orangutany siedzą właśnie tam, a nie w okolicach dwóch czy trzech dużych miast Borneo, gdzie samoloty latają regularnie).  W praktyce jednak – doczytujemy w mailach z agencji turystycznych – loty są przekładane i odwoływane w nieskończoność, często nie wylatuje żaden samolot w ciągu dwóch tygodni i wyraźnie odradza się turystom korzystanie z tego połączenia.  Alternatywnie można… i tu następuje wyliczenie szeregu połączeń niezbędnych do dostania się w okolice Kumai.  Koszt?  Wielokrotnie za wysoki.  Gwarancja, że dolecimy (z punktu widzenia technicznego i czasowego) praktycznie żadna.  I w ten sposób, ocierając łzę w kąciku oka, pożegnałyśmy się z marzeniem o zobaczeniu orangutanów.  Kiedyś wrócimy w te rejony i poświecimy cały urlop na zwiedzenie Borneo.  Tam gdzie pojawia się minus, znajdzie się i plus.  W naszym wypadku, minusa, jakim jest niezrealizowanie wyjazdu na Borneo, równoważy plus w postaci możliwości lepszego zwiedzenia Bali.  Gdybyśmy poleciały na Borneo, spędziłybyśmy tam tylko dwa-trzy dni. 

Strona operatora promów Pelni nie jest jedyną, której nie można ufać.  Przeuroczy młodzi ludzie z hostelu, w którym mieszkamy w Dżakarcie, spisali nam z internetowej strony kolei indonezyjskich rozkład jazdy pociągów, kursujących między Dżakartą a Yogyakartą.  Gdy dotarłyśmy na dworzec aby zakupić bilet (rozsądnie podjęłyśmy się tego z wyprzedzeniem), okazało się, że pomiędzy rozkładem podanym w internecie a tym rzeczywistym nie ma ani jednego zgodnego punktu.  Morał?  Na podróżowanie po Indonezji potrzeba czasu, cierpliwości i dużej dozy sceptycyzmu w stosunku do tego, co podają przewodniki i internet. 

środa, 2 lutego 2011

Monsunowe wesele na Sumatrze


Po przeszło tygodniu na Sumatrze wiemy, że wyspa ma do zaoferowania jedne z najpiękniejszych tropikalnych krajobrazów, wspaniałych i przyjaznych ludzi, paskudne miasta, jakich nie ma nawet w Indiach oraz najgorsze drogi i transport poza Czarną Afryką.  Do Bandarlampung dotarłyśmy po 33 h spędzonych w rozklekotanym autobusie, który przez półtorej doby pokonał niewiele ponad 1000 km.  Gdy wymęczone dotarłyśmy do polecanego przez przewodnik LP hotelu (wcale nie taniego), przywitała nas tam banda potężnych karaczanów, dzięki którym, po raz pierwszy w tej podróży, mieszkamy teraz w stosunkowo luksusowym miejscu (z basenem!!), do którego uciekłyśmy w nocy z zakaraluszonego przybytku.  Po 33 h w autokarze zasłużyłyśmy na spokojny sen, bez niechcianego towarzystwa ;-)

Padang, który opuściłyśmy przedwczoraj, podobnie jak inne miasta Sumatry, nie zachwyca niczym, choć są po temu powody.  Miasto zostało najpierw zniszczone przez tsunami w 2004 roku, a następnie, we wrześniu 2009, potężne trzęsienie ziemi zrównało je praktycznie z ziemią.  Błyskawicznie podniosło się ono na nogi i po półtora roku większość budynków jest nowiutka, choć nadal wiele z nich nosi ślady tragedii.  



Pobyt w Padang byłby kolejnym bezbarwnym przystankiem na trasie, gdyby nie Ani - młodziutka recepcjonistka z hotelu, w którym się zatrzymałyśmy. Wpisując nasze dane do książki meldunkowej, przyglądała nam się bacznie, trajkocąc cały czas radośnie jak katarynka, po czym zapytała „chcecie iść ze mną dziś na wesele?  Mój kuzyn się żeni”.  Oczywiście, chciałyśmy.  Gdy powiedziałyśmy parze Holendrów, że idziemy wieczorem na lokalne wesele, aż pozielenieli z zazdrości.  Jak później oznajmiła nam Ani: „chciałam ich zabrać, bo byli pierwszymi gośćmi tego dnia, którzy przyjechali do hotelu, ale ta dziewczyna była dla mnie bardzo niemiła”.  No i Holenderka dostała za swoje :-). Malutka Ani sama w sobie była ewenementem na skalę światową – na hasło „Polandia”, zareagowała następującymi skojarzeniami „Żydzi”, „Lista Shindlera”, „Pianista”, „gotyckie zabytki.” Jak się okazało, jej brat fascynuje się filmami historycznymi o II Wojnie Światowej i judaicą, a swą pasją zaraził młodszą siostrę.  Poza tym, Anie znała geografię Europy i reszty świata na poziomie bardzo zawansowanym (lepiej, zapewne, niż 90% polskich maturzystów zna geografię Azji), uczyła się ze słuchu kilku języków obcych oraz w małym palcu miała europejską kinematografię. 

Zanim w strugach deszczu dotarłyśmy na wspomniane wesele, udzieliłyśmy większej liczby wywiadów niż Angelina Jolie w ciągu miesiąca.  Miejscowi studenci otrzymali zadanie, aby przeprowadzić 10 – minutowy wywiad, po angielsku, z cudzoziemcem goszczącym w mieście.  Niestety, obcokrajowców było w sumie z 10 w całym Padang, a studentów dziesiątki.  Uciekając przed kolejnymi anglistami in spe, chcącymi zadać nam setne pytanie o to skąd jesteśmy i jakie jest nasze hobby, wpadłyśmy na Brytyjczyka.  Chcąc uszczęśliwić go towarzystwem kilkunastu ślicznych, młodych Indonezyjek zasugerowałyśmy, żeby udzielił im wywiadu.  „To byłby 15-ty dziś” odparł ze śmiechem i uciekł do hotelu.  


Wesele okazało się de facto przyjęciem weselnym, którego główną atrakcję stanowiły dwie białe Europejki w osobach niżej podpisanych.  Sama ceremonia odbyła się rano, ale rodzina i pracujący znajomi przychodzili posilić się przez cały dzień.  Panna młoda, zgodnie z miejscowym obyczajem, „uciekła” już do domu rodzinnego.  Pan młody był nadal obecny, przywitał nas i zaprosił na swoje wesele. Był już w zwyczajnym, codziennym stroju – wymyślne kostiumy (z masywnym, złotym nakryciem głowy panny młodej) zakłada się tylko na pierwszą część uroczystości, a większość krewnych ogląda je tylko na zdjęciach.  W nocy, świeżo upieczony małżonek miał się udać w „pościg” za panną młodą.  Kiedy dochodzi do konsumpcji małżeństwa, nie udało nam się ustalić. 

Nasze przybycie spowodowało początkowo lekkie onieśmielenie weselników.  Wszyscy się nam przyglądali, tylko dzieci dopadły nas natychmiast i nie opuściły aż do naszego wyjścia, tytułując nas „tante” (ciociu).  Dostałyśmy jeść, pić (wodę, żeby nie było wątpliwości), a następnie zaproponowano nam obejrzenie pomieszczeń, w których odbywała się ceremonia.  Dwa pokoje, udekorowane były ręcznie wyszywanymi tkaninami w kolorach złotym i czerwonym, centralnym punktem zaś był rodzaj tronu z wymyślnym baldachimem dla pary młodej, za którym udrapowane były zasłony – jak stwierdziła Ani, „nie wiem jaka filozofia się za tym kryje, ale zawsze musi być ich dziewięć”.  Ona z kolei, ładnie ubrana od stóp do głów, z zakrytymi włosami, sama siebie określiła jako „złą dziewczynkę”, przyznała, że ma w nosie tradycję, a chustę zakłada tylko na uroczystości rodzinne (rzeczywiście, w hotelu włosy miała odkryte). O tradycyjnym ślubie nie myśli, bo najbardziej interesują ją dojrzali mężczyźni z USA, około 40-tki, najlepiej surferzy „surfers are soooo cool” (ocean wokół Padang jest popularnym miejsce wśród wielbicieli tego sportu).  Z drugiej strony jednak, na informację 31-letniej kuzynki, że ta starać się będzie o stypendium doktoranckie w Europie, zareagowała „Może znajdziesz tam męża. Inshallah.” Co zabawne, familia Ani nie tylko jest bardzo ze sobą zżyta i liczna (łatwo się pogubić w konotacjach przy prezentacji), ale na dodatek, występuje tam… gen bliźniaczości. Sama Ani ma siostrę bliźniaczkę i starszych braci bliźniaków, z których jeden sam doczekał się już własnych bliźniąt :-).

Gdy wszyscy przywykli do naszego widoku, uznali, że czas na sesję zdjęciową.  Musiałyśmy zapozować razem i osobno niemalże z każdym obecnym na weselu.  Radości było co niemiara.  Potem zaczęła się sesja pytań i odpowiedzi w stylu „jaka pogoda jest teraz w Polsce”, „czemu wy dwie macie inny kolor włosów i oczu”.  Nie pozostałyśmy dłużne i też wypytałyśmy naszych gospodarzy o miejscowe zwyczaje.  Dzieci obdarowały nas swoimi rysunkami na serwetkach (życząc nam szczęścia w podróży) i weselnymi breloczkami w kształcie serca.  Na drogę, mimo że się broniłyśmy, dostałyśmy torbę weselnych słodyczy, przygotowanych przez pannę młodą. 

Cała ta wizyta była niesamowitym doświadczeniem – rodzina Ani okazała się niezwykle ciepła, gościnna i otwarta. Powiedzieli nam, że następnym razem gdy przybędziemy do Padang, koniecznie musimy u nich zamieszkać :-). Ciekawostka jest fakt, że – tak jak większość mieszkańców tych stron – należą oni do malajskiej etnii Minangkabau, która posługuje się własnym dialektem oraz żyje w systemie matrylinearnym (podstawą klanu są kobiety, dziedziczenie następuje w linii żeńskiej, a do rodziny należą dzieci córek seniorki rodu, ale już nie jej synów).  Wspomniana dominacja kobiet nie kłóci się jednak z wyznawanym przez Minangkabau islamem. 

Od lewej: seniorka rodu, pan młody, Ani, J
 


Torty weselne są takie same na całym świecie :-)
 

J i jej fanclub; ośmiolatka po raz pierwszy widziała na żywo białego