czwartek, 13 stycznia 2011

Travelery

Ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu, radości i dumie, nasz blog uzyskał nominację do nagrody National Geographic Travelery 2010.  W kategorii „blog travelerowca” konkurujemy z autorami czterech innych blogów.  Informacje o konkursie można znaleźć na stronie


oraz w styczniowym wydaniu National Geographic Traveler i lutowym National Geographic.  Głosować można smsem, wszystkie informacje i szczegóły są na stronie i w miesięcznikach.  Dla tych z Was, którzy zechcą na nas zagłosować (Uwaga! – po 15-tym stycznia!; jeszcze dwa dni) podajemy, dla ułatwienia, kod do głosowania na nasz blog – TR.F4 na numer 71001.  Dla głosujących są nagrody, których symbol należy wpisać pomiędzy TR. i F4.  My, ze swojej strony, życzymy Wam wygrania wybranej nagrody :-)

Dziękujemy!

Durian i śledzie



Na ulicach Bangkoku pojawiły się stragany z durianem - legendarnym, azjatyckim śmierdzielem.  Każdy, kogo interesują podróże lub kuchnia, prędzej czy później natrafi na nazwę durian, mimo że w Polsce owoc ten jest niedostępny (tak się nam przynajmniej wydaje, nigdy nie widziałyśmy go w kraju, nawet w sklepach z żywnością orientalną).  Wielka, kolczasta kula jest słynna ponieważ uchodzi za najbardziej śmierdzący owoc świata. Jego smak zwolennicy określają jako niebiański, przeciwnicy zaś jako obrzydliwy.  Durian jest fenomenem, ponieważ wzbudzą niesłychanie silne emocje, jego wielbiciele zakładają w sieci specjalne strony poświęcone swojemu ulubionemu owocowi, opisują smaki danego sezonu, wygląd, konsystencję.  Wiedziałyśmy zatem, że musimy spróbować duriana za wszelką cenę. 

Poznawanie nowych smaków jest jednym z ważnych dla nas elementów tej podróży.  Byłyśmy więc bardzo rozczarowane gdy przeczytałyśmy, że sezon na duriany zaczyna się pod koniec marca.  Wiadomość okazała się jednak nieprawdziwa, ponieważ gdy wróciłyśmy z Laosu, stoiska z durianami były już właściwie w całym mieście.  Zakładamy, że sprzedawane teraz okazy nie są bardzo dojrzałe, co na pewno ma wpływ na zapach i smak owocu.  Tajski durian uchodzi również za mniej szlachetny od odmiany hodowanej w Indonezji.  A jednak go kupiłyśmy.  Stało się to dokładnie w dniu, w którym do Bangkoku przyleciała nasza przyjaciółka Ania, która dołączy do nas na najbliższe dwa tygodnie podróży.  Durian stał się więc naszym wspólnym doświadczeniem. 

Pierwsze wrażenie – wcale nie śmierdzi aż tak strasznie.  Spodziewałyśmy się zapachowego knock outu, a poczułyśmy lekki smrodek gnijących owoców i warzyw.  Ciężki i mdlący, ale niezbyt intensywny.  Durian okazał się jednak bardzo zdradziecki, ponieważ zapach uwalnia się powoli, za to skutecznie.  Zostawiłyśmy go na balkonie naszego pokoju i poszłyśmy odebrać Anię.  Gdy wróciłyśmy, wprowadziłyśmy naszą przyjaciółkę do ślicznego pokoju (zachwalanego w mailach), który teraz, dzięki owockowi, śmierdział brudnymi skarpetkami małego plutonu wojska.  Zna nas, więc uwierzyła, że to nie wynik naszych kłopotów z higieną ;-).  Szybko jednak zapadła jednogłośna decyzja – jemy go natychmiast, bo inaczej zasmrodzi cały hotel (malutki).  Wszystkie trzy jesteśmy jednogłośne odnośnie jego walorów smakowych.  Durian jest paskudny, na pewno nie ma się czym zachwycać.  Nie zjadłyśmy do końca zakupionych dwóch cząsteczek miąższu, a P. otrzymała zadanie specjalne upłynnienia duriana gdzieś z dala od naszego hotelu.  Po tym, czego naczytałyśmy się o durianie, jego paskudność okazała się dużo mniejsza niż się spodziewałyśmy.  Budyniowo – maziowaty miąższ jest lekko włóknisty.  Smak bardzo trudno opisać.  J natychmiast skojarzyła go ze smakiem syropu z cebuli, który mamy serwowały nam w dzieciństwie na przeziębienie, aczkolwiek pozbawionego cukru.  Ania uznała, że jest to zwyczajnie paskudne i tyle, nie będzie jeść dalej.  P podjęła trzy próby i każda kolejna była gorsza.  Przede wszystkim ma się wrażenie jedzenia czegoś co zatęchło i podgniło.  I wbrew opisom, nie ma ten smak (ani zapach) nic wspólnego z francuskimi serami pleśniowymi.  Słodkawy, mdlący, z lekką goryczką, rzeczywiście trochę cebulową.  Długo pozostaje w ustach.  Myślę, że w Indonezji spróbujemy raz jeszcze, żeby przekonać się czy rzeczywiście nie lubimy duriana.  Podsumowując – owoc jest paskudny i śmierdzi, aczkolwiek jego smak i zapach są dużo mniej odrażające niż się tego spodziewałyśmy po dotychczasowej lekturze przedmiotu :-)


Szybko zapomniałyśmy o durianie (do wieczora pokój się wywietrzył, uff).  Na przyjazd Ani zakupiłyśmy dojrzałego ananasa, maleńkie, słodkie bananki i mandarynki.  To azjatycka i niskobudżetowa wersja staropolskiej uczty powitalnej (chlebem i solą).  Ania natomiast zbroiła nam prezent roku.  Pokazała, że czyta naszego bloga i w plecaka wyciągnęła dwie łódeczki śledzi.  Nasza radość była nie do opisania.  Pół godziny później po śledziach nie było ślad,u a my z błogostanem na twarzy i w brzuchach słuchałyśmy doniesień z Warszawy:-)


Dziś wyruszamy eleganckim autobusem VIP (tajskie autobusy są pierwsza klasa) na południe, do Krabi.  Na plażę, na rafę, na nurkowanie, snorklowanie i oddawanie się lenistwu.  Wiemy jak wygląda obecnie polska rzeczywistość pogodowa, więc postaramy się ją trochę rozjaśnić i osłodzić zdjęciami tropikalnego raju;-). 

poniedziałek, 10 stycznia 2011

W drodze do Bangkoku

Nasz powolny powrót z Luang Prabang do Bangkoku daje nam nie tylko możliwość kontemplowania okolicy w czasie wielogodzinnych podróży, ale również zobaczenia miejsc, do których zapewne nigdy byśmy nie przyjechały z innego powodu.  Żadne z nich nie zachęca do odwiedzin niczym szczególnym, ale jest w nim port albo duży dworzec autobusowy i dalsze połączenie, które nas interesuje.  Zazwyczaj nie ma w tych miasteczkach i wioskach niczego więcej, a „zabicie” kilku godzin jest dużym wyzwaniem, jeśli nie chce się siedzieć w pokoju hotelowym i czytać książki.  Biorąc pod uwagę, że czytanie książki jest jedną z trzech aktywności, jakim się oddajemy w trakcie długich podróży wodno – drogowych (drugą jest słuchanie muzyki, a trzecią jedzenie noodli), kontynuowanie lektury po opuszczeniu autobusu lub łodzi nie jest najbardziej pożądaną czynnością.  Zwiedzamy więc okolicę, obserwując miejscowych i przyjezdnych. 


Pak Bang nad brzegiem Mekongu to mała wioska, w której kończy się droga.  Mieszka w niej 200 osób, wliczając niemowlęta.  W trakcie sezonu turystycznego zdarza się jednak, że jednego wieczoru ilość mieszkańców powiększa się nawet trzykrotnie.  Wsiadając na łódź w Luang Prabang zupełnie nie spodziewałyśmy się jak może wyglądać wieczór w Pak Bank, ponieważ oprócz dużej grupy Laotańczyków, na łodzi było maksymalnie 10 zagranicznych turystów.  Jak się później okazało, płynęłyśmy w „złą” stronę.  Z niejasnych dla nas powodów, trasa Luang Prabang – granica tajska jest mało popularna, w przeciwieństwie do tej samej drogi w kierunku przeciwnym.  Nasza skromna dziesiątka dopłynęła do Pak Bang pierwszą, tego dnia, łodzią.  Miejsc noclegowych było pełno, jedyna ulica we wsi zdawała się prawie wymarła, ale ilość zamkniętych knajp wskazywała na to, że musi toczyć się tu jakieś życie.  W ciągu następnych dwóch godzin do nadbrzeża przybiło kilka łodzi płynących z Tajlandii, wypełnionych po brzegi tłumem turystów.  Jak się okazało, dużą ich część stanowił nasz „ulubiony” typ - młodzi (góra 25-27 lat) anglosascy mężczyźni, podróżujący w dużych grupach, otoczeni poznanymi po drodze dziewczynami.  Te zazwyczaj nie są ich krajankami i w większości reprezentują kraje skandynawskie, Holandię, Niemcy i Austrię.  Godzinę później senna wioska wyglądała jak największy i najbardziej hałaśliwy bar świata.  Panowie w celu zaimponowania kolegom i koleżankom skakali (czytaj spadali) z wysokości pierwszego piętra wprost na ulicę (schodami było zbyt prosto), demolowali lokalne knajpki, maltretowali złapane na ulicy koty i psy i bili rekordy ilości alkoholu, jaki organizm człowieka jest w stanie przyjąć w ciągu jednego wieczora.  O pierwszej w nocy my, reszta naszego hoteliku oraz kilka okolicznych guesthousów (tani hotelik mieści się w Pak Bang w każdym domu, turyści to właściwie jedyne źródło utrzymania dla miejscowych) zostaliśmy postawieni na równe nogi przez wrzaski jednej z takich grup, a w szczególności Brytyjczyka, który postanowił udawać koguta.  Pijackie darcie mordy (bo na inne określenie ta patologia nie zasługuje) trwało ponad godzinę i odbywało się na naszej werandzie, częściowo dzięki temu, że właściciele hoteliku otworzyli sklepik i sprzedawali imprezowiczom piwo.  Plus słono policzyli sobie za połamane krzesła, za odszkodowanie odkupią pewnie podwójną ich liczbę. Wiemy, że brzmimy jak stare, zrzędliwe ciotki, ale każdy, kto nas zna, zaświadczy, że pomimo iż nieco znudziło nas już imprezowe życie, obie mamy w tej materii nie małe doświadczenie.  Każda z nas też miała kolegów i koleżanki, którzy po kilku głębszych kompletnie tracili rozum i robili rzeczy, których nigdy nie zrobiliby na trzeźwo.  Ale żadnego z tych zachowań nie da się porównać z tym, co potrafi wyprawiać tłum pijanych Anglików i Australijczyków (czasami Amerykanów) w towarzystwie otaczających ich panienek.  Połowa hoteli i knajp Europy wywiesiła już na drzwiach napisy ”no STAG parties”, które de facto należy rozumieć jako „Pijanym Anglikom wstęp wzbroniony”.  Mieszkańcy Azji długo jeszcze tego nie zrobią, zbyt cenne są dla nich przepite tu funty, a szkoda.  Nasza główna refleksja po zarwanej nocy, dotyczyła także tego, jak słuszne jest jednak podejście większości władz, zakazujące obywatelom swobodnego dostępu do broni.  Gdybyśmy ją miały, prawdopodobnie byśmy jej użyły.  Przestrzelona stopa bezmózga udającego koguta o 1.30 w nocy, mającego w nosie płacz kilkumiesięcznego synka gospodarzy i terroryzującego cała okolicę, była by ukojeniem naszych nerwów.  Dobrze więc, że prawo jest w tej kwestii tak surowe. 

Dzień później dotarłyśmy do miasteczka po tajskiej stronie granicy, które było tak nijakie, że nawet nie pamiętamy jego nazwy (zaczynała się na Chiang, jak nazwy 70% miejscowości w północnej Tajlandii).  Miało jedną ulicę, która wymarła o 7 wieczorem.  Chodziłyśmy nią w tę i z powrotem i poza jedną świątynią, którą przystrajano na uroczystości, mające się odbyć następnego dnia, nie było tam dosłownie nic godnego uwagi.  A jednak coś przykuło nasz wzrok.  Tajowie mają bzika na punkcie swojego króla.  Jego portrety są dosłownie wszędzie, w każdej wsi stoi rodzaj ołtarzyka ze zdjęciami króla, kwiatami, girlandami etc.  We wspomnianym miasteczku miejscowi przebili jednak całą resztę kraju, z Bangkokiem na czele.  Król na fotografii wyglądał bowiem jak połączenie Michaela Jacksona z chińskim mafiosem i otoczony był najjaśniejszą aureolą, z tysiącem migających światełek.  Na tle sennego, wygaszonego miasteczka bez jednej latarni na głównej ulicy – pomnik ku chwale monarchii stanowił niezwykłą rozrywkę. Stałyśmy przed nim oniemiałe przez dłuższą chwilę.  W miasteczku, ku naszej uldze, dużych grup Anglosasów nie było (łatwo je można rozpoznać – panowie zawsze mają na sobie białe podkoszulki bez rękawów, okulary a la kierowca tira i słomkowe kapelusze. PRAWIE jak Colin Farrell).  Jak się okazało, wszyscy siedzieli po drugiej stronie Mekongu, w laotańskim odpowiedniku naszej „dziury”, po to aby wczesnym rankiem ruszyć do Pak Bang i zdemolować kolejną knajpkę.  To nie była przemyślana decyzja, ale okazało się, że opatrzność czuwała nad nami, gdy postanowiłyśmy jednak przepłynąć Mekong tuż przed zamknięciem posterunków granicznych i przenocować po tajskiej stronie.  


Podawali tu na śniadanie najlepszy chleb, jaki jadłyśmy od momentu wyjazdu z Moskwy i w dodatku dosyć szybko:-)
Miasteczko „bez nazwy” jest małą mieściną gdzieś w dżungli i w sumie trudno mieć do niego pretensje, że było tak nijakie.  Jednak prawdziwą „dziurą” jest dopiero Chiang Rai, do którego przyjechałyśmy wczoraj.  Jest to stosunkowo duże miasto, którego ulica pełna barów zalana jest zupełnie innym tłumem niż ten spotykany wcześniej.  Nieliczne osoby mają mniej niż 50 lat, większość jest zaś znacznie starsza.  Nie są to jednak uczestnicy typowych package tourów, mężczyźni wyglądają raczej jak „easy rider 30 lat później”.  Pań jest mało.  Większość sprawia wrażenie jakby w Chiang Rai spędzała więcej niż jedną noc.  Bary, w których przesiadują nie są bynajmniej burdelami, zresztą panowie siedzą zwykle sami (choć może jednak się mylimy, dwa lokalne bary nosiły dyskretne nazwy „Cabbage & Condoms” oraz „The Sperm Bar” – tylko co w tym wszystkim robi kapusta?:-).  Kim są?  Co tu robią i dlaczego w ogóle tu przyjechali?  Żaden z nich nie wygląda na kogoś, kto chciałby udać się na trzydniowy trekking po okolicznych górach, w celu spotkania lokalnych plemion.  Nie wiemy o co w tym wszystkim chodzi, ale jest to dość intrygujące.  Co chyba oczywiste, żaden z tych panów nie drze się nawet po wypiciu beczki piwa, nie łamie krzeseł i nie budzi całego hotelu w środku nocy.  Poza barami i ich rezydentami, w Chiang Rai nie ma nic więcej.  Jest świątynia (świątynie w Tajlandii, tak jak kościoły w Polsce, są wszędzie i jeśli nie jest się pielgrzymującym buddystą, nie są one zazwyczaj powodem do odwiedzenia jakiegoś miejsca), w której 700 lat temu znajdowała się statuetka szmaragdowego Buddy.  I tyle.  Aha! Jest jeszcze prawdziwe cudo – wieża zegarowa.  Jakby powiedział tata J, „Boooże, aaaale tu pięknie!!!!”




czwartek, 6 stycznia 2011

Order Miliona Słoni i Białego Parasola


Trudno nam napisać cokolwiek o Laosie jako całości. Biorąc pod uwagę, że spędzimy tu zaledwie tydzień i odwiedzimy tylko trzy miejsca, nie czujemy się uprawnione do wydawania jakichkolwiek osądów. Jednakże to, co widzimy, stanowi całkowite zaprzeczenie tego, co słyszałyśmy i czytałyśmy o tym kraju. 

„Nieodkryta perła Azji”, „najmniej turystyczny kraj Azji Płd- Wsch.”, „Laos dopiero czeka na to, aby zostać odkrytym” itd., itd.  Nie wiemy skąd ta opinia, niemniej jest w tych sloganach mniej więcej tyle prawdy ile w obietnicach wyborczych większości polityków.  Jedno jest pewne – Laos nadal ma tragiczne drogi i przedostanie się z miejsca na miejsce jest zazwyczaj upiorne.  Cała reszta wskazuje jednak na to, że jesteśmy w miejscu tak turystycznym, jak sąsiednie Kambodża i Wietnam.

Dotarłyśmy do Luang Prabang, byłej stolicy - miasta ciekawszego, ładniejszego i zdecydowanie bardziej wartego odwiedzenia niż stołeczny Wientian.  Z całą pewnością nie mamy poczucia, że znalazłyśmy się w miejscu, które dopiero czeka na to, aby zostać odkryte.  Luang Prabang to laotańskie połączenie kambodżańskiego Siem Reap z wietnamskim Hoi – An, ale w dużo bardziej designerskiej wersji.  Zadbane, śliczne miasteczko z infrastrukturą turystyczną o jakiej można tylko pomarzyć gdzie indziej.  Architektura pięknie odrestaurowanego centrum przypomina raczej alpejskie kurorty niż środek tropikalnej Azji.  Atmosfera miasta z szeregiem tanich knajpek, eleganckich restauracji, promenadą i barami nad rzeką oraz targami z lokalnym rękodziełem daje poczucie, że jesteśmy gdzieś nad Morzem Śródziemnym.  OK, powiedzmy to wprost – Luang Prabang w „nieodkrytym” Laosie jest najbardziej turystycznie rozwiniętym miastem Indochin.  Gdyby nie wielka historia skryta w murach tutejszych willi i świątyń, można by pomyśleć, że to sztucznie zaprojektowane miasteczko - ucieleśnienie tego, co w Azji najładniejsze, najmilsze i najbardziej przyjazne turyście.  Do tego wszystkiego, dochodzi jeszcze jedno – Laotańczycy.  Jesteśmy wprawdzie świeżo po pobycie w Indiach, a następnie po szeregu zatargów z niemiłymi, oszukującymi i aroganckimi Tajami, co mogłoby wpłynąć na naszą ocenę tubylców. Sądzimy jednak, że obiektywizm naszej opinii potwierdzi każdy, kto był kiedykolwiek w Laosie – miejscowi są najspokojniejszymi, najmilszymi i najmniej agresywnymi (turystycznie) ludźmi w całym regionie, i nie tylko.  Laotańczycy są uśmiechnięci, zrelaksowani, nienarzucający się.  Chodzące ideały.  Wprawdzie dziś miałyśmy niemiłą przygodę z pracownikami jednej z agencji turystycznych, ale skończyła się nad wyraz dobrze, a wszystko to dzięki spokojowi i urokowi innych Laotańczyków.  

Costa Brava?
Lazurowe Wybrzeże?
Garmisch - Partenkirchen? Nie - to Laos :)
Korzystając z tego, że w każdym budynku znajduje się biuro oferujące lokalne atrakcje turystyczne, udałyśmy się dziś na trekking zakończony przejażdżką na słoniu i kąpielą w wodospadzie.  Pora sucha oznacza wprawdzie również wyschnięty wodospad, ale w rzece było dość wody, żeby ochłonąć po kilkugodzinnym marszu w 35 stopniach.  Słonie też były i mimo dylematu czy powinnyśmy wspierać proceder trzymania zwierząt na uwięzi dla przyjemności turystów, zdecydowałyśmy się jednak na przejażdżkę.  P uważała, że w żadnym przypadku, ale J słusznie zauważyła, jak zadbane były zwierzaki i jak bardzo opiekunowie, zwani tu mahout, troszczyli się o ich komfort.  Nigdy wcześniej nie jechałyśmy na słoniu.  To był ten pierwszy i zapewne ostatni raz.  J przy okazji przypomniało się, że mimo szczerych chęci nie udało się nam przejechać w Mongolii na jaku, co bardzo ją zasmuciło i teraz kombinuje jak tu wrócić na mongolski step i odbyć taką przejażdżkę (P podpowiada – jedźmy do Nepalu, tam są jaki.  Pomimo podróży dookoła świata można snuć podróżnicze plany na przyszłość. Dla P takim niezrealizowanym marzeniem jest właśnie Nepal).  Wracając do słonia - był rozkoszny (choć nieco krnąbrny i baaardzo żarłoczny – w czasie spaceru zbiesił się i próbował wyrwać z ziemi drzewo na przekąskę :-) Żeby osłodzić mu to, że musiał wozić nasze ciężkie tyłki, zakupiłyśmy mu kiść bananów, którą wdzięcznie przyjął a na koniec zamachał trąbą.  Jesteśmy w tej kwestii jednomyślne (prawdziwa rzadkość :-) – słonie to najmądrzejsze, najwdzięczniejsze i najbardziej imponujące zwierzęta.  Aczkolwiek wolimy oglądać je żyjące wolno.  Jednym z naszych wspanialszych podróżniczych wspomnień było tropienie stada dzikich słoni w afrykańskim Mali.  Pomimo, że widziałyśmy tylko uciekające zwierzęta z dużej odległości plus potężnego samca, który chroniąc uciekające samice przedefilował przed naszymi nosami, było to jedno z najbardziej emocjonujących wrażeń, jakich dane nam było doświadczyć. 

Wracając do nieprzyjemnej przygody z Laotańczykami – z hotelu miał nas rano odebrać ktoś z biura, w którym wykupiłyśmy trekking.  O umówionej godzinie pojawił się niemówiący po angielsku człowiek i powtarzając „elephant trip; two people” kazał nam iść za sobą.  Zaprowadził nas na róg ulicy, gdzie po chwili zostałyśmy zapakowane do busa.  Po zebraniu reszty uczestników wyjazdu, wyjechaliśmy z miasta.  Wszystko się zgadzało, tak właśnie miała wyglądać nasza wycieczka.  Tyle tylko, że zamiast zawieźć nas do dżungli, po której mieliśmy iść, bus zatrzymał się po 30 minutach w ośrodku treningowym dla mahoutów poza miastem.  Dopiero tam, któryś z przewodników zapytał łamanym angielskim czy zapisywałyśmy się na trening opiekunów słoni (bardzo chciałyśmy, ale był obłędnie drogi, więc zrezygnowałyśmy).  Powiedziałyśmy, że nie.  Przewodnik stwierdził, że w takim razie to nie nasza grupa, inna agencja i trzeba nas odwieźć do hotelu.  Zapytałyśmy co z naszą wycieczką, stwierdził, że nie wie, kolega się pomylił, nie sprawdzając naszej tożsamości i jedyne co może zrobić, to odwieźć nas do Luang Prabang. Chwilę później jakieś niemówiące słowa po angielsku, półdzikie dziewczę kazało wpakować się nam do busa.  Wszystko to w atmosferze wyrzutu, że sprawiamy jaśnie państwu problem - ani razu nie padło słowo „przepraszam”, a pracownicy rzeczonego biura nie dość, że nie potrafili zaproponować żadnego sensownego rozwiązania, to byli jeszcze obcesowi i niekulturalni.  Uznali, że jeśli wywiozą nas z powrotem, to problem zniknie.  Co się stanie z nami i naszymi pieniędzmi (oraz zrujnowanym pobytem w Laosie, którego LP miało być główną atrakcją) nikogo nie interesowało.  W końcu niespiesznie odwieźli nas do miasta (zatrzymując się jeszcze po drodze, by coś załatwić). Próbowali odstawić nas prosto do hotelu, jednak nasze podniesione głosy zmusiły kierowcę do zawiezienia nas pod biuro firmy. P udała się tam robić awanturę i żądać zwrotu pieniędzy za naszą straconą wycieczkę (minęła ponad godzina od czasu naszego planowanego wyjazdu), a J pobiegła do właściwej agencji szukać wsparcie w dyskusji z bałaganiarzami.  Zanim udało się cokolwiek wytłumaczyć nadzwyczaj niemrawemu Panu z bałaganiarskiego biura, J wpadła w towarzystwie młodego chłopaka i zagoniła P do tut tuka.  Okazało się, że byłyśmy jedynymi trekkerami i nasz przewodnik, po tym jak w hotelu powiedziano mu, że już ktoś po nas przyszedł i nas zabrał, siedział zachodząc w głowę co się mogło stać i gdzie nas szukać.  Gdy się pojawiłyśmy, bardzo ucieszony stwierdził, że jedziemy na trekking, który będziemy musieli zrobić tylko trochę szybciej, bo zaczynamy z dużym opóźnieniem.  Awantury z bałaganiarzami nie skończyłyśmy, ale nie odmówimy sobie satysfakcji ostrzeżenia Wszystkich przed wspomnianą firmą All Lao Service aka Mahout Lodge (mają olbrzymie biuro vis—vis Informacji Turystycznej przy ulicy Sisavangvong). Abstrahując od braku kompetencji i podejścia do ludzi, ich personel posługuje się angielskim na poziomie dziecka z kiepskiej podstawówki, a ceny za standardowy program są dwukrotnie wyższe niż w jakiejkolwiek innej agencji. Godnym polecenia adresem jest za to Naga Express Travel, mieszcząca się na tej samej ulicy, tuż za bankomatami, przy Nocnym Targu.

Gdybyśmy miały więcej czasu, zostałybyśmy w Luang Prabang i poszły na parodniowy trekking po okolicznych górach.  Wprawdzie żadne z nas geolożki, ale naszym zdaniem, w północnym Laosie, widzimy efekt tych samych działań górotwórczych, które ukształtowały zatokę Ha Long i okolice Guilin w południowych Chinach.  Krajobraz jest bardzo podobny.  Nie mamy jednak czasu by zgłębić ten problem :-), musimy wracać do Bangkoku.  Po dwóch dniach w Luang Prabang, wsiadamy jutro na nieziemsko wolną łódź (szybkie mają opinię niebezpiecznych) i płyniemy Mekongiem w stronę granicy z Tajlandią.  Zajmie nam to dwa dni, z postojem w małym miasteczku gdzieś po drodze.  Potem będziemy musiały dotrzeć jakoś do Bangkoku, co zapewne oznacza z 15 godzin w autobusie. Gorsze jednak rzeczy mamy już za sobą :-)

O co chodzi w tytule posta?  Wspomniany order to nazwa najważniejszego odznaczenia, przyznawanego przez władze Laosu za wybitne zasługi dla kraju.  Zauroczyła nas ona tak bardzo, że nie mogłyśmy się powstrzymać, aby jej nie użyć.  Pomimo, że próbowałyśmy się tego dowiedzieć, nikt nie potrafi nam wytłumaczyć co w nazwie robi Biały Parasol.  




Odrabiamy zaległości - ceny w Indiach i Kambodży

Jako osoba pilnująca budżetu w trakcie naszej podróży, zostałam upomniana przez J, że nie przygotowałam podsumowania cenowego po wizytach w Kambodży i Indiach.  Nadrabiam więc braki, w przypadku Kambodży króciutko, o Indiach pisząc trochę szerzej. 

Ceny w Kambodży są o kilka procent wyższe niż w Wietnamie - zainteresowanych odsyłam do naszego postu o tamtejszych wydatkach.  Jedzenie i transport są przeciętnie o dolara – dwa wyższe, natomiast noclegi tańsze.  Za 10 usd można dostać porządny pokój z łazienką i ciepłą wodą. Miejscem będącym żywym dowodem na to, że konkurencja jest zdrowa dla konsumenta, jest Siem Reap.  Tamtejsze hotele i guesthousy, których jest zatrzęsienie, należą do najlepszych w tej części świata.  Można zatrzymać się w pałacu za 1000 usd za noc, ale i za 8 usd śpi się w miejscu czystym, ładnym, centralnie położonym, otoczonym ogrodem, prowadzonym przez miłą i pomocną rodzinę.  Suma summarum, koszt pobytu w Kambodży był dla nas o ok. 10% droższy niż pobyt w Wietnamie, ale wpływ na to ma w dużej mierze tygodniowy bilet wstępu do świątyń Angkor, co w przypadku dwóch osób stanowi wydatek rzędu 120 usd. 

Indie uchodzą w podróżniczej świadomości za niemalże najtańszy kraj świata.  Pewnie kiedyś tak było. Być może nadal może tak być, gdy podróżuje się poza sezonem i po mało turystycznych rejonach.  Nasze doświadczenia przeczą jednak temu stereotypowemu przekonaniu o "taniości" Indii.  Pobyt w Indiach był dla nas droższy niż w każdym z dotychczas odwiedzonych krajów poza Japonią, Rosją i Hongkongiem.  Winnym - po części - jest okres, w którym tam zawitałyśmy, czyli końcówka roku.  Można tym jednak uzasadniać tylko wyższe ceny zakwaterowania i właściwie niczego więcej.  Jak już pisałyśmy, w Indiach o wszystko trzeba się targować, pierwsza cena jest zazwyczaj z kosmosu.  Dotyczy to wszystkiego poza knajpkami, gdzie w menu znajdują się ceny.  Krótki przegląd wydatków:

Hotele – w Indiach można spać za 2 usd, ale nie należy wtedy oczekiwać niczego poza tym, że w pomieszczeniu będzie materac.  Zazwyczaj zapluskwiony.  Jakość tzw. hoteli budżetowych jest bardzo niska.  Ceny zakwaterowania zbliżone są do tych, jakie płaciłyśmy w dużych miastach w Chinach (gdzie spałyśmy w luksusach), natomiast jakość pokoi była jedną z najniższych z jakimi spotkałyśmy się kiedykolwiek (poza chlubnym wyjątkiem przepięknego hoteliku Krishna Palace w Jaipurze).  Poziom czystości hotelu turyści określają, dodając zwrot „jak na indyjskie standardy”.  Jeśli więc hotel jest czysty ”jak na indyjskie standardy” to należy spodziewać się, że pościel będzie uprana, aczkolwiek często dziurawa i poplamiona, podłoga zamieciona, ale nieumyta, a łazienka będzie wyglądać jak po wybuchu bomby, mimo że z kranów będzie ciurkać woda, czasami nawet ciepła.  Nie będzie to pokój w którym będzie się chciało spędzać wolny czas, ale w którym można się przespać bez większego obrzydzenia.  Ceny od 11 usd za pokój ze wspólną (brudną) łazienką w Waranasi do 28 usd za nocleg w Delhi (Mumbaj jest droższy, my spałyśmy za darmo w mieszkaniu znajomego).  Przeciętnie jednak płaciłyśmy ok. 20 usd za pokój z łazienką i ciepłą wodą.  Osobnym rozdziałem jest Goa.  Płaciłyśmy absurdalne 45 usd za pokój z brudną łazienką i paroma karaluchami na stanie, ale był to okres między świętami a Nowym Rokiem – szczyt sezonu.  Dodatkowo byłyśmy tam krótko i zarezerwowałyśmy nocleg w ostatniej chwili przez internet.  Gdybyśmy poszukały czegoś po przyjeździe, na pewno znalazłybyśmy tańsze lokum. 

Jedzenie – w knajpkach dla miejscowych za 1 usd (plus parę centów za chlebek) dostawałyśmy pyszne danie, którym można było się najeść.  Za 2 usd można zjeść thali, czyli danie składające się z kilku mniejszych potraw, ryżu i chleba.  Porządne thali wykarmi dwie średnio głodne osoby.  W knajpach nastawionych na turystów ceny za danie zaczynają się od 2,5 usd.  Za posiłek z napojem trzeba zapłacić ok. 5 usd.  Najtańsze piwo można kupić w Delhi – 1,25 usd.  Najdroższe w Uttar Pradesh – 3 usd za butelkę.  W knajpach ceny od 3 usd za butelkę w górę (im bardziej „spod lady”, tym droższe).  Napoje typu coca-cola – 0,5 usd. 

Transport – bilety na wagony drugiej klasy nieklimatyzowanej, czyli te nieziemsko zapchane, w których ludzie podróżują jak kartofle w worku, są bardzo tanie np. 2 usd za ok. 4 godzinną trasę.  Ale już klasy 3 AC/ 2 AC tak tanie nie są.  Z bilety płaciłyśmy ok. 10 usd za osobę za trasy dzienne (ok. 4 godzin jazdy np. trójkąt Delhi – Agra – Jaipur) do 35 usd za najdłuższą trasę Jhansi – Mumbaj (sypialny, 2 klasa AC).  Samolot na trasie Mumbaj – Goa i z powrotem wyniósł 160 usd od osoby, ale gdybyśmy kupiły bilet dwa tygodnie wcześniej, cena byłaby nawet o połowę niższa.  Transport miejski czyli autoriksze to zazwyczaj wydatek ok. 1 usd za podwiezienie z hotelu do centrum etc.  Dłuższa trasa, np. ok. 30 minut – 2-4 usd.  Z taksówek korzystałyśmy tylko w drodze z i na lotnisko – 10 usd.  Warto zaznaczyć, że ze względu na masowość procederu naciągania turystów, na większości lotnisk można wziąć tzw. przedpłaconą taksówkę (prepaid taxi), którą opłaca się z góry - cena zależy od miejsca przeznaczenia.  Kierowcy nie płaci się już wcale.  W dużych miastach są taksówki na telefon, uchodzące za bezpieczniejsze (w kontekście naciągania), choć nasza przygoda z Mumbaju dowodzi, że nie zawsze jest to prawda.  Wiozący nas na lotnisko taksówkarz, z którym została ustalona z góry cena (przy pomocy bardzo opiekujących się nami Hindusów, u których gościłyśmy w Mumbaju), w połowie trasy stwierdził, że jest duży ruch (!!! W Mumbaju jest zawsze duży ruch), w związku z czym nadrabia drogi, a więc cena za naszą trasę rośnie w tym momencie o 100 rupii.  Co mogłyśmy zrobić?  Wysiąść w środku slumsu, w którym się akurat wtedy znajdowaliśmy?  Zapłaciłyśmy choć wyraźnie powiedziałyśmy mu co o nim sądzimy.  Jesteśmy pewne, że nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. 

Wstępy do zabytków – od 2,5 usd do 17 usd za Taj Mahal

poniedziałek, 3 stycznia 2011

O Wientianie niewiele, więcej o podróżowaniu

To absolutnie fascynujące jak bardzo Wientian, stolica Laosu, nie ma turystycznie nic do zaproponowania.  Miasto, a właściwie miasteczko, położone jest nad Mekongiem, ale z jakiegoś powodu, główna aleja oddalona jest znacznie od rzeki (zapewne w porze deszczowej wygląda to inaczej), więc spaceruje się po nowo wybudowanej drodze pośrodku żwirowej łachy.  Natychmiast nasuwają nam się skojarzenia z Phnom Penh, leżącym nad tym samym Mekongiem, którego najładniejsze budynki, większość knajp oraz szeroka promenada leżą wprost nad rzeką.  Znad Mekongu wprawdzie czasami zawieje smrodkiem, ale i tak jest lepiej niż parę lat temu.  Położenie nad wodą jest niewątpliwym atutem, którego Wientian z bliżej niezrozumiałych powodów nie wykorzystuje. 

Centrum Wientianu można obejść wolnym spacerkiem w ciągu godziny, jeśli jednak ktoś jest zainteresowany świątyniami, znajdzie tu kilka godnych odwiedzenia.  Architekturą i stylistyką przypominają one świątynie tajskie.  Ponadto jest tu trochę ładnej, kolonialnej architektury, pozostawionej przez Francuzów (aczkolwiek to zaledwie cień tego, co można oglądać w Hanoi czy nawet w Phnom Penh) pogrążonej w niesłychanie sennej atmosferze małego miasteczka, gdzieś w tropikach.  Nasza podróż przez Laos odbędzie się w iście „amerykańskim” (czytaj: ekspresowym) stylu - za tydzień musimy być już z powrotem w Bangkoku, tym bardziej cieszy nas, że Wientian opuścimy bez większego żalu po zaledwie niepełnym dniu pobytu.  Tym, co zasługuje na odnotowanie, jest ekstremalna czystość stołecznych uliczek – podobnie jak w Chinach, całe zastępy sprzątaczy zamiatają każdy milimetr kostki brukowej. Kawiarenki natomiast bardziej przypominają te z Montrealu niż z innego biednego kraju w dowolnym punkcie globu. 

Chodząc po ulicach miasta, J skonkludowała, że od dnia przyjazdu do Hanoi do dziś, całkowicie zmienił jej się pogląd na to, co w Azji turystyczne, a co nie.  Zakładała, że Indie to kraj zalany przez turystów (co w sumie miałoby sens - gdy nikomu nie przyszło jeszcze do głowy odwiedzać pogrążony w wojnie Wietnam czy rządzone przez komunistów Kambodżę i Laos, do Indii jeździły już duże grupy Europejczyków i Amerykanów, spragnionych metafizycznych przeżyć - vide słynny pobyt Beatlesów w jednym z hinduskich ashramów).  Spodziewała się, jednak, że poza Tajlandią i Bali, Azja Południowo – Wschodnia pozostaje nadal terenem nieobjętym jeszcze masową turystyką.  W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie.  W dużych miastach Indii można było przez dwa – trzy dni nie spotkać żadnego turysty - nawet w miejscach tak znanych jak Taj Mahal czy Goa w szczycie sezonu, było ich dużo, dużo mniej niż się spodziewałyśmy.  Natomiast od Hanoi po Wientian, białych jest więcej niż liści na drzewach.  Turyści europejscy, amerykańscy i australijscy są dosłownie wszędzie.  Tereny określane przez przewodniki jako „poza głównym szlakiem” również są ich pełne, jest ich może tylko odrobinę mniej niż w Angkor czy w zatoce Ha Long :-) Za ilustrację niech posłuży fotka ogłoszenia o zaginięciu byczka sporządzonego, ze względu na liczbę cudzoziemców, w dwóch wersjach językowych:

Laotańczycy na pewno mają poczucie humoru

Sądzimy, że jedną z przyczyn powyższego stanu rzeczy jest to, że po krajach Azji Południowo – Wschodniej podróżuje się łatwo, tanio i przyjemnie.  Jest tu bardzo bezpiecznie - można stracić plecak lub portfel, gdy ma się pecha lub nie dość uważa, ale tzw. violent crimes są rzadkością.  Można się tu także dogadać po angielsku (co nie jest tak łatwe np. w całej Ameryce Łacińskiej lub Afryce Zachodniej).  Przede wszystkim jednak, wszystko kręci się wokół jak najlepszej obsługi turysty.  Ilość hoteli i restauracji nastawionych na cudzoziemców jest ogromna, większość z nich oferuje szereg wycieczek, zajmuje się załatwianiem wiz, pośredniczy w sprzedaży biletów na autobusy i pociągi oraz wymienia pieniądze.  Można, jeśli ktoś nie liczy każdego dolara (za wszelkie usługi pobierana jest oczywiście prowizja), nie wychodząc z hotelu, załatwić sobie przejazd do kolejnego miejsca, wycieczkę po mieście z przewodnikiem, trekking po górach oddalonych o 100 km wraz z dojazdem do nich, a na koniec zjeść smacznie w przyhotelowej knajpce.  Sytuacja ta jest skrajnie odmienna od tej, z jaką miałyśmy do czynienia w Chinach czy do (pewnego stopnia) w Rosji i Indiach, gdzie mnóstwo czasu zajmowała nam logistyka i szukanie biletów.  Nasza trasa Bangkok – Wientian jest dosyć typowym przykładem tego, jak wygląda organizacja transportu turystów.  W Bangkoku wsiadłyśmy w nocny, sypialny pociąg do miasta leżącego na granicy z Laosem.  Bilety kupiłyśmy same, bo miałyśmy czas i zależało nam jak na najniższej cenie.  Jeśli byśmy tylko zechciały, koło naszego hotelu znalazłybyśmy dziesięć agencji, które rzeczone bilety chętnie dostarczyłyby pod nasze drzwi.  Pod dworcem stały rzędy tuk – tuków, które zabierały turystów na posterunek graniczny (kierowcy oszukiwali na cenach lepiej niż Hindusi, ale to niestety akurat norma w Tajlandii).  Po uzyskaniu stempla tajskiego, kupowało się bilet na autobus, który kursował na trasie około 7-10 km dzielących posterunki tajskie i laotańskie.  Po uzyskaniu wizy do Laosu (na granicy, 30 dolarów od łebka, 30 minut oczekiwania), wychodziło się z terminalu, gdzie stał kolejny rząd tuk – tuków, których kierowcy (oszukując dużo mniej niż Tajowie), zabierali turystów do Wientianu (22 km).  W ten oto sposób, bez chwili zastanawiania się co dalej, jak się dostanę do miasta, gdzie powinnam się udać etc., płynnie przekracza się granicę i dojeżdża do miejsca przeznaczenia.  Azja Południowo – Wschodnia jest zdecydowanie idealnym miejscem na pierwszą egzotyczną podróż.  Nigdzie nie podróżuje się łatwiej. Ośmieliłybyśmy się nawet powiedzieć, że niektóre części Polski zwiedza się z większymi trudnościami. Po pewnym czasie może się to stać lekko nudnawe (patrz casus J zakochanej w Indiach :-), ale to zdecydowanie nie zmartwienie turysty, zaczynającego przygodę z dalekimi podróżami ;-).

tzw. "pas startowy w pionie" czyli łuk triumfalny wybudowany przez władze z betonu podarowanego przez USA na budowę miejscowego lotniska

sobota, 1 stycznia 2011

Indie - pożegnanie

J jest bardzo zasmucona faktem opuszczenia Indii, P uważa, że trzy tygodnie to aż za dużo jak na jeden raz. Na pożegnanie kilka wspomnieniowych drobiazgów.

 
W Indiach sprawdza się złota zasada Macieja Nowaka – „nigdzie nie gotują tak źle jak dla turystów, bo ci nigdy nie wracają” (zasada ta nie dotyczy miejsc takich jak Goa, gdzie turyści siedzą tygodniami, ale np. Agry gdzie spędzają zwykle jeden dzień).  Dlatego w Indiach trzeba jeść tam, gdzie stołują się miejscowi.  Naszym skromnym zdaniem, indyjskie jedzenie należy do jednych z lepszych na świecie.  Nie jest to jednak kuchnia dla polskich tradycjonalistów - ekstremalnie ostra, przeważnie wegetariańska, opiera się na warzywnych sosach jedzonych z ryżem lub indyjskimi chlebkami (chapati, roti, naany).  Na wybrzeżu pojawiają się owoce morza a w mniej tradycyjnych (lub bardziej turystycznych) stanach – kurczaki i baranina.  Wołowina w Indiach nie istnieje, natomiast wieprzowina jest rodzajem „występnej przyjemności”, którą spożywa się w dobrze ukrytych miejscach, tylko w niektórych rejonach kraju.  Trafienie do takiego przybytku przypadkiem jest mało prawdopodobne.  Wynika to z tego, że rzeźnictwem trudnią się w Indiach wyłącznie muzułmanie, dla których świnia jest zwierzęciem nieczystym.  Oficjalne rzeźnie nie prowadzą więc uboju świń, a te, które to robią, należą do półświatka. 

Hindusi jedzą dania rękoma, aczkolwiek na widok cudzoziemca przy talerzu zazwyczaj pojawia się łyżka.  Niestety, standardy sanitarne w indyjskich, lokalnych knajpach - mówiąc eufemistycznie -mocno odbiegają od tych, do których przywykliśmy (łącznie z tymi z Was, którzy lubią raczyć się nocnymi zapiekankami w barze Emilka przy warszawskim Centralnym).  Jest brudno, talerzy nie myje się, tylko wyciera, a osoby serwujące jedzenie raczej nie myją rąk częściej niż raz dziennie.  Wszystko to jest początkowo mocno przerażające.  Na ile niebezpieczne?  Z nas dwóch P chorowała dwa razy, J ani razu (w trakcie naszych poprzednich podróży raczej było odwrotnie).  Jedzenie w tanich knajpach jest gotowane i raczej nie grozi poważnymi zatruciami pasożytami (te biorą się z wody, surowych warzyw i owoców), ale kolonię bakterii można połknąć z przepyszni dalami (soczewica z przyprawami), palakami (dania ze szpinaku), aloo (dania z ziemniakami) czy paneerami (dania z cudownym serkiem twarogowym, w tysiącach kombinacji).  Osoby nieprzywykłe lub nielubiące dań bardzo pikantnych, muszą szukać miejsc, w których bez kłopotu dogadają się po angielsku.  Prosząc o danie łagodne i tak dostaną najpewniej coś, co w Polsce uchodziłoby za szczyt ostrości, ale jak na warunki lokalne naprawdę jest delikatne.  Zdarzają się też nieliczne wyjątki, gdy zamówione danie jest tak „no spicy”, że aż mdłe.  Jednak, co do zasady, kuchnia indyjska jest ostrzejsza od chińskiej i dotyczy to wszystkiego, w tym np. orzeszków solonych w posypce. 

Mięsożerna J, po trzech tygodniach dobrowolnego wegetarianizmu (miejcie na uwadze tragiczne warunki sanitarne, panujące w Indiach, co w przypadku dań mięsnych może mieć zdecydowanie dalej idące konsekwencje niż zatrucie zepsutym warzywem) poleca swoje dwa ulubione dania – jajeczne biryani (pikantny ryż smażony z warzywami i przyprawami – jedno z nielicznych dań bez sosu) oraz thali – zestaw kilku warzywnych sosów z ryżem i chlebkami, wśród których obowiązkowo występuje dal (potrawka z soczewicy).  P jest zaprzysięgłą wielbicielka paneera (indyjskiego serka), szczególnie w butter masala paneer (serek w gęstym sosie maślano – „przyprawowym”) oraz palak paneer (szpinak z twarożkiem).  Ponadto, na Goa, jadłyśmy jedną z najbardziej „orgiastycznych” potraw wszech czasów – tandoori tuna tikka, czyli wielkie kawałki steku z tuńczyka, w przyprawie tikka upieczone w piecu tandoori.  Najlepsze z piekielnie ostrych dań świata, nie do spróbowania nigdzie indziej, poza miejscami dysponującymi piecem tandoori, opalanym aromatycznym drewnem.  Dla tego doświadczenia kulinarnego warto polecieć na Goa :-)

Thali

Śniadaniowe samosy

***

Hindusów można w uproszczeniu podzielić na dwie grupy – tych, którzy pracują dla/z turystami, których jedynym zadaniem jest wyciągnięcie z Europejczyków (a jeszcze lepiej Amerykanów) tak dużo kasy, ile się tylko da.  Są oni maksymalnie wkurzający i czynią pobyt w Indiach męczącym.  Cała reszta to najmilsi, najbardziej pomocni ludzie na świecie.  My miałyśmy to szczęście, że zarówno w Delhi, jak i Mumbaju, mieszkałyśmy poza turystycznym centrum, gdzie na ulicy stanowiłyśmy wprawdzie atrakcję roku, z drugiej strony, jednak, spotkałyśmy się z niezwykłymi przejawami gościnności i chęci opieki nad cudzoziemcem, który - w przekonaniu miejscowych - nie poradzi sobie sam w Indiach.  Dlatego trzeba go niańczyć.  Przykładów takiego podejścia mamy dużo, ale najsłodszym z nich była sytuacja z małego sklepu w Mumbaju.  Trzeba zaznaczyć, że indyjskie sklepy są również chaotyczne jak cała reszta krajobrazu – mleko trudno kupić w sklepie z jogurtami, za to bez kłopotu znajdzie się je na stoisku z ziarnami (fasole, soczewice etc.).  W Mumbaju zmuszone byłyśmy zakupić sprej na karaluchy, jako że nasze lokum było ich, niestety, pełne.  Biegałyśmy po sklepach, w których - naszym zdaniem - taki sprej powinien się znaleźć (chemiczne, przemysłowe).  Bez skutku.  W końcu weszłyśmy do sklepu z kosmetykami i zabawkami.  Upragniona trucizna stała na półce obok dezodorantów dla mężczyzn i perfum dla kobiet.  W Mumbaju teoretycznie wszyscy mówią po angielsku, ale w praktyce bywa różnie.  Pięciu panów z obsługi rzuciło się, aby podać nam wszystko, czego tylko sobie zażyczymy.  Wyraźnie powiedziałyśmy, że chcemy sprej na karaluchy i wskazałyśmy go palcem.  Jeśli nawet panowie nas zrozumieli, to nie uwierzyli i zaczęli wystawiać na ladę dezodoranty Brutt i Gillette oraz lokalne perfumy.  Kręciłyśmy głowami, że nie o to nam chodzi i dalej uparcie wskazywałyśmy na dużą puszkę trucizny.  W końcu ją dostałyśmy.  W tym momencie, przyglądający nam się z oddali klient sklepu, rzucił się w naszym kierunku krzycząc, że to są groźne pestycydy.  Zapytałyśmy czy mamy rozumieć, że nie można ich użyć w mieszkaniu?  Czy nadają się tylko do trucia zewnętrznego?  Pan pokiwał głową, że nie, ale że są to pestycydy, więc w żadnym wypadku nie powinnyśmy ich używać.  Zapanowała konsternacja.  W końcu uprzejmy pan, mocno już przejęty tym, że jednak chcemy dokonać zakupu, wskazując na stojące na ladzie dezodoranty i perfumy powtórzył, że te rzeczy nadają się do tego, żebyśmy się nimi popsikały, ale wybrana przez nasz puszka trucizny zdecydowanie nie powinna być przez nas używana jako woda toaletowa.  Zachowując kamienną twarz - w końcu miał dobre intencje - wyjaśniłyśmy, że nie szukamy perfum tylko chcemy wytruć niechcianych lokatorów.  Odetchnął z ulgą. 

***

Na ulicach właściwie wszystkich miast, w których byłyśmy, zastanawiał nas widok mężczyzn, z pofarbowany na czerwono włosami.  Niektórzy zdobili tak również brody lub ich części.  Panowie ci byli zdecydowanie statecznymi ojcami rodzin, a nie gwiazdami zespołów rockowych, zazwyczaj też byli w starszym wieku.  Wyglądali groteskowo i co tu dużo mówić – dosyć paskudnie.  Nie byłyśmy w stanie pojąć natury tego zjawiska.  W końcu zapytałyśmy.  Okazało się, że dotyczy właściwie jedynie muzułmanów, wśród których popularne jest używanie henny jako środka wzmacniającego i odżywiającego włosy.  Henny używa się od młodości i nie zaprzestaje się jej stosowania, gdy włosy siwieją, podobnie jak ma to miejsce w przypadku brody i wąsów.

***

Korzystając z dużej oferty anglojęzycznych gazet w Indiach, umilałyśmy sobie podróże czytając lokalne dzienniki.  Była to lektura dająca dosyć zaskakujący obraz społeczeństwa indyjskiego.  Strony dotyczące polityki zazwyczaj donosiły o skandalach korupcyjnych, następnie, następowały zazwyczaj doniesienia o dramatycznych wydarzeniach, takich jak kradzieże i nienaturalne zgony.  Pierwsze dotyczyły najczęściej złotych łańcuchów, zerwanych z szyj i nadgarstków (dopóki nie przeczytałyśmy indyjskich gazet nie miałyśmy świadomości ile taki łańcuch może być warty) oraz nieporozumień rodzinnych zakończonych morderstwem, próbą morderstwa lub podpaleniem.  To ostatnie dotyczyło niestety często młodych mężatek, które - zdaniem rodziny męża - wniosły zbyt małe posagi.  Kolejnym tematem przewijającym się przez gazety w trakcie całego naszego pobytu były ceny cebuli.  Tak jak u nas ceny mięsa, chleba i jajek stanowią temat debat politycznych, tak w Indiach, produktem-wskaźnikiem jest cebula.  Sprawa jest obecnie na tyle poważna, że rząd podjął specjalne kroki i uwolnił cebulowe rezerwy, żeby zbić trochę ceny rynkowe.  Przedstawiciele wielu hoteli i restauracji wypowiadali się natomiast, że w chwilowo zaprzestają serwowania dań z cebulą, co jednak okazuje się bardzo trudne, ponieważ prawie każde indyjskie danie ją zawiera. 

A.Raja to prominentny polityk przyłapany na korupcji

źródło: http://cartoonistsatish.blogspot.com/2010/12/onion-prices-haunt-santa-claus.html

Wiadomością polityczną dnia naszego wyjazdu stała się deklaracja majątkowa sędzi Sądu Najwyższego, jednej z nielicznych kobiet na tak wysokim szczeblu władzy.  Dama ta, mianowicie, w pozycji „zobowiązania” wykazała swoje dwie córki, które są w wieku odpowiednim do zamążpójścia.  Mimo że wydanie córki za mąż to w Indiach przedsięwzięcie finansowe porównywalne z budową luksusowego domu w Europie, prasa nie zostawiła na sędzi suchej nitki, przypominając jej jak bardzo zmienia się w Indiach pozycja kobiet, jak dążą one do równouprawnienia oraz jak bardzo politycznie niepoprawne jest wpisanie córek w jedną rubrykę z pożyczką zaciągnięta na zakup domu.  Co do zmian mentalności, wystarczy wspomnieć, że obecnie posiadanie córek staje się pewną miejską modą (oczywiście w bogatszych rodzinach), a my mogłyśmy zobaczyć na własne oczy nie tylko dwie hinduskie pilotki, ale i...kobietę-rikszarkę  Absolutny fenomen.

Przedział dla pań w mumbajskim pociągu