sobota, 13 listopada 2010

Hanoi

W Hanoi jesteśmy już od paru dni i zostaniemy przez kilka kolejnych.  Spędzimy tu zapewne więcej czasu niż jakikolwiek turysta podróżujący po Wietnamie.  W naszym hotelu mamy już niemal status rezydentek.  Oznaką tego jest to, że dostajemy śniadania za darmo, wszyscy nas znają i cieszą się jak dzieci na nasz widok.  My też ich bardzo lubimy, więc nasza przyjazna koegzystencja trwa w najlepsze.  Powodów naszego przedłużonego pobytu jest kilka.  Pierwszy jest taki, że miałyśmy już dosyć Chin i chciałyśmy stamtąd uciec.  Drugi, że w poniedziałek w Hanoi ląduje nasza przyjaciółka Irmina z koleżanką, z którymi umówiłyśmy się tutaj już jakiś rok temu.  Czekamy więc na nie, żeby udać się dalej we wspólną, trzy tygodniową podróż przez Wietnam i Kambodżę.  Trzeci powód jest pochodną dwóch poprzednich.  Korzystając z tego, że jesteśmy tu długo, udałyśmy się do Ambasady Indii i złożyłyśmy wnioski wizowe.  Na wizę czeka się minimum tydzień (ponoć podobnie wygląda sytuacja z wizą chińską).  Wcześniej zakupiłyśmy bilety na trasie Bangkok – Delhi, powrotny do Bangkoku z Mumbaju (nota bene: polskie portale lotnicze są chyba ostatnimi na świecie używającymi starej, kolonialnej (sic!) nazwy Bombaj).  Gdy uroczy pan w ambasadzie zapytał nas o planowaną trasę podróży, ja (P), kompletnie zaskoczona, wydukałam z siebie tylko, że będziemy w Delhi i Mumbaju.  J uratowała nas jednak dorzucając nazwy dwóch miast ze znanymi świątyniami plus magiczne słowo „Taj Mahal” (J: rzeczony pan miał zdjęcie grobowca na biurku, więc stwierdziłam, że to może być dobry strzał :-) ).  Na koniec P wybąkała jeszcze „Goa”, a pan pokiwał głową i wyciągnął spod biurka broszurę pt.: „Incredible India”, którą nam sprezentował, cały czas jednak lekko niedowierzając, czy na pewno jedziemy tam w celach turystycznych (swoją drogą trzeba być niezłym debilem, żeby nie potrafić wymienić choć 10 super miejsc w Indiach, które chce się odwiedzić).  Uratowało nas zapewne to, że żadna z nas - ani nikt z naszej rodziny - nie ma, ani nigdy nie miał, obywatelstwa Pakistanu :-) (jedno z podstawowych pytań w formularzu wizowym).

Wróćmy jednak do Wietnamu. Zanim dotarłyśmy do Hanoi, musiałyśmy, oczywiście, przekroczyć granicę.  Trwało to wieki, ale w sumie okazało się niekłopotliwe (trochę obawiałyśmy się problemów z brakiem karty wyjazdu, której tym razem nie otrzymałyśmy w Szenzen, ale okazało się, że można ją dostać na granicy).  Przekraczanie granicy chińsko – wietnamskiej pokazuje różnicę pomiędzy światem uporządkowanych państw rozwiniętych i tych, w których trudny dla Europejczyka chaos objawia się w każdym przejawie codzienności.  Po chińskiej stronie należało stać grzecznie w kolejce, a pogranicznicy dokładnie studiowali zdjęcie w paszporcie i porównywali je z rzeczywistością.  Wszystko odbywało się w ciszy i porządku.  500 metrów dalej, kontrola wietnamska oczekiwała, że po wypełnieniu formularza, sprawny podróżny wrzuci swój paszport przez malutkie okienko na stół pograniczników, a następnie odczeka tyle, ile - w ich opinii - jest niezbędne, aby podstemplować ciągle rosnącą przed nimi górę dokumentów. Gdy opieczętowali już wszystkie paszporty, wydawali je tłumowi, tłoczącemu się pod kolejnym okienkiem.  Nie trzeba chyba dodawać, że nie byli zupełnie zainteresowani komu podstemplowują paszport ani komu go wydają.  Sprawdzali tylko ważność wizy wietnamskiej.  Z zupełnie niezrozumiałych powodów :-) wszyscy zachodni turyści nerwowo stali przy okienku obserwując los swoich dokumentów.  Wietnamczycy i Chińczycy w tym czasie w spokoju czekali na nie siedząc.  Tylko dlatego zachodnie paszporty wydawane były od razu przez okienko (de facto komu popadło o ile był biały), natomiast chińskie i wietnamskie hurtowo tłumowi Azjatów.  Nie wiemy jak często paszporty giną, ale wydaje się niemożliwe, żeby jednak czasem przypadkowo nie zmieniały właściciela.  Kontrola celna natomiast polegała na tym, że celnik odrywał od formularza część celną nie patrząc ani na podróżnego, ani na jego bagaż.  I w ten oto sposób wjechałyśmy do Wietnamu.  3 godziny później byłyśmy w Hanoi. 

Stolica Wietnamu nie jest może najlepszym miejscem na świecie, żeby siedzieć w nim tak długo, ale nie jest też najgorszym.  Miasto to ma bowiem niezwykły urok.  Wynika on w dużej mierze z jego kolonialnej przeszłości, ale bez elementów wietnamskich nie byłoby aż tak miłe.  Stare Miasto, czyli ścisłe centrum, to plątanina uliczek przypominających koronę stadionu dziesięciolecie parę lat temu, otoczona budynkami pamiętającymi lepsze czasy, ale nadal o imponującej urodzie.  Wprawdzie ich fasady nie były remontowane (ani malowane) od czasy gdy Catherine Deneuve przestała w nich palić opium ;-), ale wystarczy odrobina wyobraźni i przyjaznego spojrzenia, żeby zobaczyć w tym mieście perełkę tej części świata.  Gdy opuści się starą część miasta (co czyni niewielu turystów) stara kolonialna architektura prezentuje się w pełnej krasie, odremontowana, gustownie pomalowana, otoczona tropikalnymi ogrodami.  
Hanoi uwodzi jednak głównie po zmroku.  Stare budynki prezentują się o niebo lepiej oświetlone sztucznym światłem.  Szalony, chaotyczny ruch uliczny nabiera lekkości, a chodniki - dotychczas zastawione skuterami - zapełniają się stolikami dla krasnoludków.  Serwowane są tam (dla odważnych) ślimaki i owoce morza – prawdziwy znak, że dotarłyśmy do Azji Południowo – Wschodniej.  Za 10 złotych można zjeść rzeczy, za które w Warszawie zapłaciłoby się 200.  Na razie miałyśmy na talerzu zupę ślimakową, gigantyczne krewetki i ostrygi za dolara (sic!)(zdjęcie) oraz ukochane przez J małże sercówki.  Wszystko pyszne i świeże. 

W ramach „pomieszkiwania” w Hanoi, jutro udajemy się do teatru. Tak, do teatru.  Jest to wprawdzie przedstawienie kukiełkowe, ale jednak jest to teatr.  Słynny w Azji (i nie tylko) Wietnamski Wodny Teatr Kukiełkowy (Vietnamese Water Puppet Theater,) wywodzący się z XI wieku.  Bilety wyprzedane zostają zwykle na następne kilka tygodni naprzód (podejrzewamy rezerwacje dużych grup wycieczkowych), czasami pojawia się jednak kilka zwrotów.  W ramach jednego z nich, dzięki łutowi szczęścia, nabyłyśmy 2 wejściówki na najlepsze miejsca na jutrzejszy wieczór.  Relacja w swoim czasie :-)








czwartek, 11 listopada 2010

Good morning Vietnam

Wraz z opuszczenim Chin skonczylo sie Eldorado z dostepem do szybkiego wi-fi. Ucierpi na tym blog, za co z gory przepraszamy.  Czasami wpisy beda bez zdjec, bez polskiej czcionki, moga tez pojawiac sie bardzo nieregularnie, ale postaramy sie nadal zamieszczac relacje z naszej podrozy. Obyscie tylko Wy mieli ochote je czytac :-)

Chiny - ceny


Chiny – ceny w USD, w przybliżeniu

  • Hostele (zazwyczaj rezerwowane przez www.hostelbookers.com) -  zawsze brałyśmy pokój prywatny z łazienką – od 20 do 30 (Pekin, Szangaj) USD.  Standard wysoki, zawsze b. czysto – coś w stylu Ibisa.  W ogóle hostele w Chinach nas zaskoczyły.  W wersji „budżet” spodziewałyśmy się gorszych warunków, a w ciągu miesiąca nie zdarzyło nam się spać w miejscu, które byłoby brudne, niebezpieczne bądź choćby niemiłe 

  • Hotele (albo w stylu hotel Victoria lata 80-te, od dwudziestu lat nieodnawiane albo guesthouse w starych domach – korzystałyśmy z nich gdy miasto było nieturystyczne i nie było w nim hosteli nastawionych na zagranicznych turystów budżetowych albo gdy w hostelach nie było miejsc) – 30-40 USD.  Standard dużo niższy niż hosteli.  Oczywiście, drogie hotele są powszechne, choć podobno nawet cena powyżej 200 USD nie gwarantuje wysokiego poziomu.  W Chinach obowiązuje zasada – jeśli hotel jest nowy jest dobry, jeśli jest stary, lepiej go unikać.  Druga jest następująca „Obsługę z komunikatywnym angielskim można spotkać tylko w najdroższych hotelach i schroniskach młodzieżowych.”

  • Jedzenie na ulicy np. szaszłyki, zupa szaszłykowa lub makaron z sosem – 0,5- 1,5 USD.

  • Jedzenie w knajpce np. miska ryżu plus mięso smażone z warzywami albo grzyby z warzywami – 2-6 USD. 

  • Piwo jest straszliwie cienkie (takie powyżej 3,5% ciężko jest znaleźć), za to duże (0,66 l) – w sklepie kosztuje ok. 0,5 USD, w restauracji od 1 do 3,5 USD.

  • Kawa – trudno znaleźć miejsce, w którym można by napić się kawy, a jeśli już, jest ona jest droga, min. 3 USD.  Starbucks – ceny nowojorskie :-) - mała kawa ok. 5 USD (dla porównania – w Japonii ok. 9 USD). 

  • Transport: metro w Pekinie i Szanghaju 0,3 - 1 USD.  Autobusy podobnie.  Pociągi nocne, kuszetka 3 klasy, odcinki ok. 1000 km – od 20 do 60 USD, przy czym najwyższa cena dotyczy pociągu do Hongkongu, który jest traktowany jako połączenie międzynarodowe.  Pociągi lokalne, czyli np. kursujące na odcinku 400 km kosztują kilka USD.  Autobusy, z zasady, są droższe od pociągów. 

  • Bilety wstępu do najważniejszych zabytków – średnio koło 15 dolarów.

  • Ceny w Hongkongu są europejskie i bliżej im do Londynu niż Warszawy. Wydają się być co najmniej 30-40 % wyższe niż w Chinach, przy czym np. koszty transportu przebijają te z Chin nawet o kilkaset procent. 

Chiny - pozegnanie

Ostatni tydzień w Chinach minął nam zaskakująco łagodnie i nawet Chińczycy zaczęli wydawać się nam zdecydowanie mniej wkurzający.  Aczkolwiek, gdy wsiadałyśmy do pociągu w Guilin wśród krzyczących, przepychających się ludzi, którzy zaraz po zajęciu swoich miejsc, ściągnęli buty, a następnie w ciągu 10 minut zabrudzili cały pociąg opakowaniami po piciu i jedzeniu, uznałyśmy, ze jednak cieszymy się, że wyjeżdżamy z Chin.  I raczej mówimy im „żegnajcie” niż „do widzenia”, choć kto wie… 


Po opuszczeniu Hongkongu wylądowałyśmy w Szenzen.  Jest to miasto-fabryka, to właśnie tu tworzy się cud gospodarczy Chin. W latach 80-tych po otwarciu granic przez Den Xiao Pinga, w Szenzen powstała specjalna strefa ekonomiczna. Obecnie jest to miejsce największej migracji Chińczyków szukających pracy i pierwsze miasto w Chinach, w który widziałyśmy żebrzące, kalekie dzieci oraz nieciekawych młodych mężczyzn, bardzo zainteresowanych naszymi plecakami.  Zanim wsiadłyśmy do pociągu do Guilin, miałyśmy parę godzin do zabicia.  Kręcąc się po ulicach tego wyjątkowo mało atrakcyjnego miasta, zobaczyłyśmy zakład fryzjerski.  Jako, że obydwie dramatycznie potrzebowałyśmy nowych fryzur, weszłyśmy do niego.  Za cenę ok. 15 dolarów za dwie osoby dostałyśmy najdłuższe i najdokładniejsze mycie głowy w życiu połączone z masażem (bardziej polegającym na drapaniu) oraz to, co w Polsce nazywa się „cięcie i czesanie”.  Z moimi (P) długimi włosami nie było problemu, po prostu pokazałam o ile je skrócić.  Fryzjer uparł się jeszcze, że je wyprostuje.  Tak też uczynił, efekt przetrwał jakieś 4 godziny.  Z włosami J były większe kłopoty.  Komunikacja werbalna nie wchodziła w grę, pokazałyśmy zdjęcie, na którym miała bardzo krótką fryzurę – nie pomogło.  Pokazywałyśmy jak krótko obciąć włosy, fryzjer dalej skracał je tylko o kilka milimetrów, jedynie grzywkę wyciął porządnie tzn. krótko. I podejrzanie owalnie. Po półtorej godzinie na fotelu udało się je skrócić na tyle, że wystarczy na miesiąc, czyli do Bangkoku, gdzie dogadamy się zapewne po angielsku. W sumie wystarczy, żeby fryzjer rozumiał słowo „short”.  


W nocnym pociągu do Guilin zaobserwowałyśmy nowe zachowania Chińczyków, równie urocze jak wiele innych odnotowanych wcześniej.  Co się robi, gdy pociąg stoi na stacji, toalety są zamknięte, a 6-7 letni chłopiec chce siusiu?  Wychodzi się z nim na korytarz, podnosi, a mały siusia do podwieszanego kosza na śmieci.  Przez to wszystko zostałyśmy uznane przez konduktorkę za niespełna rozumu.  Przyłapała nas bowiem na dziwacznych akrobacjach, mających na celu wrzucenie śmieci do tego kosza bez dotykania obsikanej klapy.  Wyglądało to tak dziwnie, że zapewne pomyślała, że te dwie kretynki – zamorskie diablice boją się, że coś z tego kosza wyskoczy i je ugryzie.  Spojrzała na nas z politowaniem i poszła dalej.  Zapewne dołożyłyśmy się tym wyrzucaniem śmieci do nie najpochlebniejszej opinii Chińczyków o cudzoziemcach. 

Przy okazji warto wspomnieć o kolejnym dziwnym zwyczaju Chińczyków, który zaobserwowałyśmy już pierwszego dnia pobytu, ale potrzebowałyśmy tygodnia, żeby przekonać się, że to norma, a nie pojedynczy wybryk.  Malutkie dzieci, od noworodka do jakiegoś drugiego – trzeciego roku życia ubierane są w spodenki z rozciętym krokiem.  Nie noszą pieluch.  Pod rozciętymi spodenkami nie mają nic.  Tak, małe dzieci w Chinach chodzą po ulicach pół nago, rozcięcie jest duże, na całej długości szwu tzn. od brzucha po plecy.  Czy dziecko jest na rękach, czy już samo chodzi, zawsze świeci gołym tyłkiem i genitaliami.  W Chinach nie ma problemu z poznaniem płci nawet miesięcznego niemowlaka - nikt się nie pomyli.  Jak już pisałyśmy, dzieci robią siku i nie tylko na chodnik, na torebkę położoną na podłodze w KFC, gdzie akurat wypadnie. Oczywiście obyczaj ten zakłada również, że sadzane są gołymi pupami na brudnych schodkach, murkach, etc. Higiena, higieną (swoją drogą mało prawdopodobne, żeby szczególnie te najmniejsze nie obsikiwały sobie jednak tych rozciętych spodenek), ale to co nas najbardziej uderzyło to myśl, że Chiny musza być rajem dla pedofilii – podglądaczy.  Czy nikomu w Chinach nie przyszło to jeszcze do głowy? Czy tylko nasze przewrażliwione, zachodnie głowy to wymyśliły?  


***

Guilin, miasto do którego dotarłyśmy z Szenzen jest bajecznie położone, choć paskudne.  Między betonowymi bloczyskami wyrastają krasowe wzgórza porośnięte gęstym lasem.  Przez środek miasta przepływa rzeka Li, spływ którą jest największą okoliczną atrakcją.  Ok. 100 km od miasta znajdują się też kilometry tarasów ryżowych, wokół których porozrzucane są wioski kilku mniejszości narodowych, zamieszkujących te rejony.  Guilin jest jednak zupełnie inne od chińskich miast, które widziałyśmy wcześniej. W ogóle Chiny Południowe są mocno odmienne od części północno – środkowej.  Miasta są dużo mniej zadbane, ulice nie są już tak czyste i wypieszczone.  Okolice poza ścisłym centrum przypominają biedne miasta południowej Azji z obdrapanymi blokami, śmieciami na ulicach, slumsowatymi budynkami z blachy i tektury, targowiskami z zieleniejącym mięsem, leżącym obok części samochodowych. Guilin i okolicom zdecydowanie bliżej do krajów Azji Płd. – Wschodniej niż do Pekinu, Szanghaju czy Xi’an.  Ale wraz z tą zmianą krajobrazu pojawiła się też nieoczekiwana przez nas zmian w zachowaniu ludzi. Po pierwsze w Guilin i okolicach zaskakująco dużo osób mówi po angielsku (albo przynajmniej stara się), ludzie są mili i uśmiechnięci. Nadal wprawdzie patrzą na nas, jakbyśmy były zielone i miały czułki, ale przy tym uśmiechają się i wołają „hello” (a nie pokazują palcami jak to miało miejsce wcześniej). Gdy pani na dworcu zamiast pokrzykiwać na nas, uśmiechając się powiedziała „upstairs”, wskazując skąd odchodzi nasz pociąg, zgłupiałyśmy do reszty.  Wróciłyśmy do innych Chin niż te, z których wyjechałyśmy.  J wymyśliła nawet, że w ciągu 3 tygodni naszej nieobecności został wydany rozkaz, że teraz należy być miłym dla cudzoziemców i stąd ta zmiana.  Dziewczynki w recepcji naszego hostelu były najlepiej mówiącymi po angielsku Chinkami jakie spotkałyśmy, do tego były tak miłe i pomocne, że momentami aż wydawało się to krępujące.  Wszystko to zapewne wynika z tego, że cała okolica żyje z turystyki. Wprawdzie głównie wewnętrznej, ale cudzoziemców i tak było w Guilin więcej niż gdziekolwiek indziej w Chinach. 

Uznałyśmy, że skoro siedzimy w Chinach, czekając aż zacznie się okres ważności naszej wietnamskiej wizy, powinnyśmy jednak skorzystać z okolicznych atrakcji.  W ramach uczestnictwa w zorganizowanej wycieczce pod banderą „Panda Team” (sic!), popłynęłyśmy więc na spływ rzeką Li, do Yangshuo.  Trwał on 4 godziny.  Rzeka jest niewielka, a poziom wody był bardzo niski (miejscami woda sięgała do kolan).  Widoki były piękne, ale dosyć jednostajne.  Wzgórza w kształcie kopczyków i meandrująca pomiędzy nimi rzeka.  Na dodatek strasznie zanieczyszczona. Dużo ciekawsze było obserwowanie na pokładzie pewnej pary.  Ona młoda, o bardzo jasnej cerze, co zapewne stanowiło o jej atrakcyjności, ponieważ urodę miała bardziej niż przeciętną.  On stary, mały i gruby, ale za to pewnie bogaty.  J snuła przypuszczenia, że on jest zapewne dyrektorem lokalnej fabryki, a ona w niej pracuje.  Teraz zabrał ją na „romantyczny” rejs po rzece (połączony zapewne z wyjazdem na weekend i duuużymi zakupami, co potwierdziła ilość toreb, które widziałyśmy potem w Yangshuo. Przez cały rejs na statku trwała sesja fotograficzna panienki.  Przebrała się trzy razy w ciągu niespełna 4 godzin (w międzyczasie podawano lunch, więc można odliczyć pół godziny) i wyginając się na najdziwniejsze sposoby pozowała do zdjęć swojemu domniemanemu sponsorowi.  Czasami aparat przejmował wynajęty przez nich fotograf i fotografował ich obydwoje lub ją samą w pozach modelki na okładce Vogue’a.  Połowa pasażerów płci męskiej, narodowości chińskiej, zamiast oglądać widoki gapiła się na wyginającą się młódkę. Pan sprawiał za to wrażenie zmęczonego :-) Wszystko to wydawałoby nawet śmieszne, gdyby nie było takie żenujące.  





Już w dniu przyjazdu wpisałyśmy na tablicy ogłoszeń w hostelu, że chętnie wybierzemy się na tarasy ryżowe.  Aby taki wyjazd się odbył, potrzebne jest co najmniej 5 osób.  Dlatego też chętni wpisywali się na tablicę zaznaczając datę, kiedy chcą jechać i liczbę zainteresowanych osób.  Jako że do wieczora obok naszego wpisu pojawiły się jeszcze nazwiska tylko 2 osób, uznałyśmy, że nigdzie nie jedziemy i nawet było nam to na rękę, bo chciałyśmy odpocząć.  Jednak koło 21 podeszło do nas wesołe blond dziewczę z Wielkiej Brytanii i zaczęło ustalać szczegóły jutrzejszego wyjazdu. Okazało się bowiem, że w sumie jest nas już sześcioro.  Nie zrobiłyśmy żadnego researchu, więc nie miałyśmy pojęcia, dokąd jechać.  Zgodziłyśmy się tylko na to, żeby zamiast jechać w jedno konkretne miejsce, zrobić trekking między wioskami i wrócić z innego punktu.  Resztą zajęła się wspomniana Angielka, choć i tak dziewczynka z recepcji przyszła jeszcze do nas ponownie, aby zapytać czy na pewno akceptujemy te ustalenia. 

Do wiosek jechało się ponad 2 godziny i gdy w końcu do nich dotarliśmy, wokół było szarawo, sucho i nieciekawie.  Pomyślałyśmy, że to stracony czas i pieniądze, ale gdy tylko zaczęliśmy iść w górę, zaczęło się robić coraz ładniej.  Tarasy były wprawdzie suche (to nie sezon na sadzenie ryżu, zbliża się zima plus w rejonie panuje duża susza), ale ich liczba, powierzchnia oraz wysokość, na której są położone, robiły wrażenie.  Gdy są zalane wodą muszą wyglądać przepięknie. 

Początkowo wspinaliśmy się od wioski do wioski, idąc według wskazówek wymalowanych na tabliczkach.  Niektóre podejścia były bardzo ostre, a słońce piekło niemiłosiernie.  W każdej jednak wiosce można było kupić wodę, a nawet zimną colę lub piwo.  W pewnym momencie, wskazówki się urwały, a my powinniśmy znaleźć już szlak do wioski oddalonej o ok. 10 km, z której miał nas zabrać bus.  Na dodatek spotkaliśmy węża. W końcu - trochę przez przypadek – znaleźliśmy właściwą drogę, ale było już późno, a słońce zachodzi przed szóstą.  Zaczęła się walka z czasem, czyli bieg po górach.  Na całe szczęście upał trochę zelżał, ale i tak niemal całą trasę pokonaliśmy praktycznie biegiem.  Mięśnie odmawiały nam posłuszeństwa, ale trzeba było iść, bo noc w górach unieruchomiłaby nas do rana.  Daliśmy radę i w dodatku pobiliśmy rekord czasu przejścia szlaku. Wszyscy byliśmy potężnie wykończeni, włączając dwóch dwudziestokilkuletnich młodych byczków, którzy przez większą część drogi biegli jakby mieli skrzydła u nóg.  W sumie było to bardzo miłe zakończenie podróży po Chinach. 



Przy okazji wycieczki w towarzystwie czwórki młodych Anglików (jedna dziewczyna, trzech facetów) naszła nas refleksja natury społeczno - towarzyskiej.  Żadna z nas nie jest specjalnie towarzyską osobą (przy czym P bije J na głowę w kwestii chęci ograniczania kontaktów towarzyskich do minimum,) a już na pewno nie lubimy small talków.  Z drugiej jednak strony funkcjonujemy w społeczeństwie, poznajemy nowych ludzi, nawiązujemy kontakty, więc nie jesteśmy chyba aż tak dzikie.  Jednak nasi towarzysze podróży wykończyli nas.  Z wyjątkiem jednego chłopaka, pozostała trójka gadała non – stop.  Dwie i pół godziny w busie i sześć godzin trekkingu (w drodze powrotnej - zapewne z powodu zmęczenia - zamilkli.  Cud!).  O czym rozmawiali?  O wszystkim i niczym.  O tym jakimi pociągami jechali, jak twarde były siedzenia i co jedli.  Jakie mieli przygody w dzieciństwie, co ich mamy gotowały, co zbroili w trzeciej klasie podstawówki, jaką długość włosów preferują, co mają w plecakach i jak fascynujące jest np. to, że Chińczycy jedzą pałeczkami.  Nic z tego co powiedzieli przez te wszystkie godziny nie miało waloru informacyjnego, większość była tez raczej mało ciekawa.  Mówili z obawy przed ciszą.  Ale to można by jeszcze zrozumieć.  Jednak tematem przewijającym się przez cały dzień, którym chłopcy zainteresowani byli w sposób graniczący wręcz z obsesją (dziewczyna z tej dyskusji się wyłączyła, ale za to dołączył się jej chłopak) był temat załatwiania większych potrzeb fizjologicznych.  Aż trudno uwierzyć jak długo można o tym mówić, z jaką pasja opisywać swoje przygody toaletowe.  Ze szczegółami.  Dla mnie (P) absolutny horror.  Żałowałam, że znam angielski.  Gdyby tylko mówili w innym języku, który chociażby znałabym słabiej, nie złapałabym wszystkich niuansów, ja miało to miejsce w trakcie trekkingu po polach ryżowych. Spotykamy w podróży ogromną ilość osób.  90% z nich pochodzi z krajów Europy Zachodniej i USA.  Wydaje nam się, że można zaobserwować pewne zachowania typowe.  Niemcy, Szwajcarzy czy Skandynawowie otwierają usta gdy mają coś konkretnego do powiedzenia, chcą zadać pytanie. Z drugiej strony, kiepsko radzą sobie poznając nowych ludzi. Hiszpanie i Francuzi wprawdzie gadają bez przerwy, ale tylko między sobą, bo zazwyczaj słabo znają angielski.  Najgorsi są jednak Anglosasi.  Gadają non stop.  Amerykanie o pogodzie i pieniądzach (niezłym tematem są też ubezpieczenia podróżne), Anglicy o wszystkim, czyli o niczym.  Anglicy mają do tego jeszcze jeden krąg zainteresowań, o którym pisałyśmy powyżej.  Ci z trekkingu nie byli jedynymi, dla których temat toaletowy był tak fascynujący.  I coś w tym musi być, bo gdy staramy się robić w myślach przegląd angielskich filmów, „temat toaletowy” pojawia się w nich wyjątkowo często.  Jeśli film nie jest lukrowaną komedią romantyczną, to prędzej czy później pojawi się scena z kimś kto ma ten czy inny kłopot z żołądkiem.  Wystarczy spojrzeć na filmy Danny’ego Boyle'a… :)

środa, 10 listopada 2010

Wietnam

Dotarłyśmy do Hanoi - wprawdzie Facebook nadal nie działa, ale nasz blog owszem. Jutro powinnyśmy zamieścić relację z pobytu w południowych Chinach. Pierwsze wrażenia z Hanoi pozytywne - to, co rzuca się w oczy to liczba zachodnich turystów - w porównaniu z Chinami to prawdziwa inwazja.
Pozdrawiamy,
J i P

czwartek, 4 listopada 2010

Hongkong i Makau

Blog zamilknie na następne 7-10 dni, ponieważ jutro wracamy do kraju, w którym radosna twarz Mao patrzy na nas z każdego banknotu.  W zależności od szczęścia i dostępności biletów, najpóźniej 14 listopada będziemy w Hanoi. 


Na ulicy w Hongkongu zaczepił mnie (P) Brytyjczyk, pytając, czy się nie zgubiłam (był to raczej pretekst).  Jako, że się nie zgubiłam, zapytał, jak podoba mi się Hongkong.  Odpowiedziałam, że bardzo.  W tym jednym mieście powiedzenie „miejska dżungla” nabiera odpowiedniego wydźwięku.  Wydaje się, że powstało ono właśnie tutaj.  Mój interlokutor odpowiedział ze smutkiem, że Hongkong staje się coraz bardziej chiński.  To prawda, ale jeśli przyjedzie się do niego z tzw. Chin kontynentalnych, wydaje się jednak nadal bardzo brytyjski.  Nie dał się przekonać.  Z ogromnym żalem i smutkiem powiedział na pożegnanie „za 20 lat wszyscy będziemy mówić po mandaryńsku”.  Pewnie ma rację.  Mnie nurtuje natomiast coś dużo mnie egzystencjalnego – co Chiny zrobią po 2047 roku z lewostronnym ruchem w Hongkongu i Makau?  Zostawią?  W jednym państwie dwa systemy drogowe? Z drugiej strony, zmiana na ruch prawostronny takiego miasta jak Hongkong wydaje się być technicznie niemożliwa.  Może dożyję i zobaczę? 

Hongkong to stal, szkło i chyba najwyższe budynki świata.  Z jednej strony, miasto nadal brytyjskie, z drugiej, bardzo orientalne - fascynująca mieszanka.  Nadal jednak można tu poczuć klimat jak z „Łowcy Androidów”.  Takich barów jak ten, w którym Harrison Ford jadł kluski, już raczej nie ma, ale uliczki i - przede wszystkim - obskurne wysokościowce, oblepione klimatyzatorami – to nadal codzienność w  HK.  Ale jakże filmowa! [dla nie znających „Blade Runnera” – film nie był kręcony w Hongkongu ze względu na brak funduszy, lecz mimo że akcja rozgrywa się w studiach LA, miasto wzorowane jest na „Hongkongu w bardzo brzydki dzień” i - oprócz filmów Wong Kar Waia - jest jego najlepszą filmową wizytówką]. 







Makau natomiast to odrobina starej Portugalii w morzu przerażającego kiczu kasyn i przylepionych do nich hoteli.  Jest tez wulkan, Zakazane Miasto, mini Wenecja i parę innych cudów.  Kto był w Vegas wie o co chodzi, kto nie był, niech wyobrazi sobie bandę naćpanych architektów projektujących marzenie senne pięciolatka.  Nowa część wzorowana jest na Vegas, stara przypomina Alfamę (stara dzielnica Lizbony).  Dopóki nie wychodzi się poza starówkę, jest ciekawie.  Vegas jednak przyprawia o mdłości. Mnie (J) nawet się to wszystko podobało, może dlatego, że nie nastawiałam się na zbyt wiele (zwłaszcza po zobaczeniu w skali jeden na jeden placu św. Marka)– uliczki pokryte calҫada portuguesa (dwubarwną kostką brukową), pyszne pasteis de nata i portugalskie napisy w połączeniu z chińskimi sklepikami niewątpliwie mają swój ciekawy klimat.




wtorek, 2 listopada 2010

Japonia – pożegnanie i parę słów o jedzeniu

Na pożegnanie z Japonią pracownicy linii lotniczej Delta urządzili nam przesłuchanie godne lokalnych szefów Al-Kaidy.  Przy odprawie padło pytanie, dokąd się udajemy (bardzo sensowne biorąc pod uwagę, że właśnie pokazałyśmy bilety na trasie Tokio – Hongkong).  Po udzieleniu odpowiedzi, że do Hongkongu, padło pytanie, dokąd następnie.  Chiny Południowe.  A następnie?  Wietnam.  A następnie?  I tak dalej, aż doszliśmy do Tajlandii.  W tym momencie otoczyła nas już czwórka pracowników Delty, każdy z telefonem przy uchu a jeden przed laptopem. Ten od laptopa pyta, jak chcemy się dostać z Hongkongu do Chin.  Zgłupiałyśmy trochę, bo to jakby zapytać, jak chcesz dostać się z Warszawy do Otwocka, okazując równocześnie dużą troskę z powodu czekających podróżnego kłopotów związanych z odległością i znalezieniem odpowiedniego środka transportu. Gdy pan od laptopa nas przepytywał, trzy pozostałe panie konsultowały się z kimś bardzo ważnym przez telefon. Rozumiałyśmy tylko nazwy krajów na trasie naszej podróży, pojawiające się od czasu do czasu słowa „Polska” i „skomplikowany”. Gdy już wytłumaczyłyśmy, że hongkongskie metro (sic!) dojeżdża do granicy z Chinami i mamy zamiar w ten sposób się dostać do Chin, pan kontynuował pytając czy będziemy lecieć Deltą. (Pan był Amerykaninem, nie trzeba chyba dodawać). Nie, będziemy jechać pociągiem. A potem?  A potem autobusem do Wietnamu.  A pan swoje: ale czy Deltą? Nie, autobusem!!!. Żeby nie było wątpliwości - pan doskonale rozumiał nasz angielski. To nie były kłopoty językowe, tylko jakiś problem z wiedzą ogólną o świecie.  Aby przerwać festiwal stu pytań o podróże z Deltą wyjaśniłyśmy, że naszym hobby nie jest latanie z Amerykanami i tylko na trasie Hangkong-Tokio-Hongkong skorzystałyśmy z tej wspaniałej linii lotniczej ;-) Przesłuchanie trwało dalej. Ile czasu będziemy tu, ile tam, dlaczego nie mamy wizy do Kambodży (bo można ją dostać na granicy - akurat pracownicy lotniska mogliby to wiedzieć - a poza tym jest trzecim z kolei krajem, który mamy zamiar odwiedzić po powrocie, więc guzik ich to powinno obchodzić) itd.  Trwało to na tyle długo, że zaczęłyśmy się niepokoić, czy nas zabiorą do tego Hongkongu.  W końcu uznali, że może jednak nie jesteśmy groźne i możemy lecieć. Jakież było nasze zdumienie gdy przy wejściu do samolotu, kolejny pracownik Delty wyłuskał z tłumu J i zaczął ją ponownie przepytywać. Z tą różnicą, że słabo mówił po angielsku i zaczął od „where are you coming now from”. J z kamienną twarzą odpowiedziała, że teraz właśnie przybywa z Japonii (o dziwo), ale czy może miał na myśli skąd pochodzi?  Pan nie zrozumiał, zrobiło się zamieszanie bo myślał, że J mieszka w Japonii na stałe. (J: Muszę w tym miejscu przyznać, że byłam już wtedy tak zła, że trochę złośliwie wyolbrzymiłam jego braki językowe i powiedziałam mu, że niestety jego angielski jest dla mnie absolutnie niezrozumiały, a przecież tak bardzo chciałabym pomóc… ;)Stracił twarz, ale po kilku odpowiedziach dał nam spokój. W Hongkongu pies z kulawą nogą nie zainteresował się tym, po co przyjechałyśmy, na jak długo i dokąd potem jedziemy. 

Ale miało być o japońskiej kuchni.  I tym razem, podobnie jak w kilku innych sprawach dwa odrębne punkty widzenia.

Paulina: japońska kuchnia zaspokoi gusty tych, którzy w Chinach i Indiach umarliby z głodu nie mogąc zjeść pikantnych i mocno przyprawionych potraw.  Japończycy nie używają ich w ogóle. Zasadą kuchni japońskiej jest koncentracją na naturalnym smaku poszczególnych składników potraw. Dlatego też, zakłada ona niemieszanie smaków, serwowanie potraw osobno, każdy składnik w innej miseczce.  Japończycy delektują się smakiem czystego, białego ryżu podawanego bez żadnych sosów. Jedynym bardzo wyrazistym smakiem jest smak kiszonek, czyli warzyw poddanych procesowi fermentacji.  Jest to jednak fermentacja inna niż w przypadku naszych ogórków czy kapusty, smak japońskich kiszonek jest bardzo specyficzny i nieporównywalny do niczego innego. Kiszonki serwuje się do niemalże każdego dania. Jeśli zamówimy ramen (bulion z makaronem i dodatkiem mięsa lub ryby), obok miski z zupą zazwyczaj znajdziemy malutki spodeczek z kilkoma kawałkami rzepy, rzodkwi, bakłażana, ogórka lub innego warzywa, oczywiście kiszonego. Ryby, mięso, warzywa – nawet jeśli są smażone (a bardzo często są) są przygotowane albo bez żadnych przypraw albo z czymś co nadaje im lekko słodkawy posmak.  Wszystko to nie jest bardzo niesmaczne, ale jest tak nijakie jak sprzedawane w Polsce wafle ryżowe.  Równie dobrze możnaby przeżuwać papier. Ale to moje prywatne zdanie. Sądzę, że jeśli ktoś uważa, że polski rosół jest niesłychanie smakowy i aromatyczny, to i japoński ramen przypadnie mu do gustu. Dla mnie to wszystko jest raczej niejadalne. A właściwie jadalne, ale różnicy między poszczególnymi zupami, ryżem podawanym z rybą czy np. ryżowymi ciastami o smaku (tu można wstawić dowolny składnik mięsno – rybno – warzywny) nie widzę żadnej. Pozostaje jeszcze sushi.  Kocham sushi, ale… poza Japonią.  Ktoś przyzwyczajony do europejskiej wersji sushi od razu niech zapomni o majonezach, serkach filadelfia, smażonych i przyprawionych rybach, prażonym sezamie i słodkich sosach, którymi polewa się maki i nigiri.  Sushi składa się z ryżu i płatka ryby (bez wasabi, które podaje się jedynie do kilku wybranych gatunków ryb) lub w przypadku maków – z ryżu, wodorostu i góra trzech składników, zazwyczaj jednak jednego.  Za szczyt barbarzyństwa kulinarnego Japończycy uważają polewanie ryżu sosem sojowym.  Dlatego też jedynie leciutko moczy się czubek sushi w sosie, nigdy nie kładzie się maka ani nigiri w sosie.  Sushi w Japonii je się praktycznie na sucho, bez sosu i wasabi.  Dla mnie to mordęga.  Jeszcze większą jest zjedzenie bardzo popularnych dań, serwowanych zarówno w małych barach i w eleganckich restauracjach, składających się z miski ryżu, na którym leży np. krewetka w tempurze posypana płatkami młodej cebulki albo tatar z tuńczyka posypany paskami glonów etc.  Jakkolwiek pyszna byłaby ta krewetka czy ten tuńczyk, zjedzenie tego dania oznacza, że zjada się dużą miskę suchego ryżu.  Chyba, że ignorując wrażliwość Japończyków, poleje się ten ryż sosem sojowym.  Co niestety czyniłam i zamiast miski ryżu jadłam miskę ryżu z sosem sojowym.  Nadal dalekie to było do tego co uważam za smaczną kuchnię.  Byłam w Japonii po raz drugi, wydaje mi się, że spróbowałam większości japońskich potraw(poza tymi czysto mięsnymi) i nie sądzę aby trzecia, trzynasta i trzydziesta wizyta coś w moim podejściu do kuchni japońskiej zmieniły.  Uwielbiam Japonię i Japończyków, ale ich kuchnia jest jakąś dramatyczną pomyłką.  W słoiczkach gerber jest więcej wyrazistych smaków. 

Justyna: Moim zdaniem P jak zwykle przesadza. Wszystko, co pisze o japońskiej filozofii smaku to czysta prawda, jednak nasza ocena jego walorów jest rozbieżna. Ja jadłam różne zupy z udonem i były one dobre. O miso nie wspomnę bo jestem od niego uzależniona. Smakowały mi też pierożki, słodka fasola, sushi, tempury i kanapka ryżowa, którą kupiłam sobie ostatniego dnia – z serem w wiórkach (?), mięsem kraba i majonezem, a także niektóre kiszonki. Ku mojemu zdziwieniu, również małe rybki, które widać na zdjęciu.


Prawda jest jednak taka, że o wyrafinowanej kuchni japońskiej kaiseki nie wiemy nic. Ponoć restauracje w Tokio cieszą się największą liczbą gwiazdek przyznanych za granicą przez Michelin. My jednak przez większość czasu żywiłyśmy się sushi lub gotowymi daniami z conbini lub tańszych barów, gdzie serwowano najczęściej łagodne curry. (Na ironię losu zakrawa fakt, że to właśnie w Tokio odkryłyśmy też sieć serwującą najlepsze świeże hamburgery - w wariancie jarskim z awokado.) Czasem korzystałyśmy też z barów, gdzie kupony na posiłki wydawała maszyna, umieszczona przy wejściu. Po drugiej jego stronie znajdowały się plastikowe modele dań.  Maszyn jest w Japonii zatrzęsienie i można w nich nabyć niemal wszystko – napitki zimne, napoje gorące czy alkohol.



Jedyne co rzeczywiście jest dla mnie przeszkodą nie do pokonania (czytaj: nie do zjedzenia) to ryż bez dodatków. Mój mieszkający w Brazylii tata będzie niepocieszony (przed wyjazdem do Japonii życzył nam „kulinarnych rozkoszy” i pozostaje największym fanem japońskiej gastronomii), ale najsmaczniejszymi daniami kuchni japońskiej, jakich dane nam było kiedykolwiek skosztować, pozostają ryba i soba z restauracji w Brasilia. Warto wiedzieć, że w Brazylii od przeszło 100 lat mieszka największa na świecie grupa emigrantów z Kraju Kwitnącej Wiśni.

Jako ciekawostkę zamieszczamy foto zupy z naszych ulubionych grzybów enoki (wreszcie poznałyśmy ich nazwę) i shitake – efekt naszych kulinarnych wysiłków okazał się baaardzo zadowalający :) oraz ośmiorniczkę na patyku, do konsumpcji której zachęcał napis „Ta ośmiorniczka ma w głowie małe jajko. Spróbuj proszę”.  Oczywiście, musiałyśmy ją mieć :).