sobota, 11 września 2010

Technicznie...

Bardzo przepraszamy wszystkich za bałagan w czcionkach, spacjach i innych kwestiach technicznych, ale pomimo naszych najszczerszych wysiłków blogspot nie zawsze daje się okiełznać.  Staramy się, ale np. różnica wielkości czcionek między dwoma ostatnimi postami nie ma żadnego logicznego wytłumaczenia.  Plus, z nieznanej przyczyny, blog wariuje przy wklejaniu zdjęć.  Staramy się jak możemy ale idealnie nie będzie gdy dostęp do internetu mamy z doskoku.  Mamy nadzieje, że wszystkie informacje są czytelne.  Pozdrawiamy

P.S. ta sam uwaga dotyczy mapy w google maps.  Narysowanie tej linii między dwoma punktami to prawdziwa męka.  Będziemy ćwiczyć, choć każde kolejne podejście daje gorsze efekty ;-).

Ołchon cz. 2


Historia zasłyszana od pary Holendrów w Irkucku: gdy jechali koleją z Moskwy, zaczęli wypytywać ludzi o to czy lubią Putina (kiepski temat konwersacji dla Polaków :-) i jedna starsza Pani odpowiedziała, że - jej zdaniem - nie jest on dobrym władcą, tak samo jak wcześniej Jelcyn czy Gorbaczow, o Breżniewie nie wspominając.  Zapytali ją czy Rosja miała więc jakiegoś dobrego „cara”.  Odparła, że owszem – Stalina.  Dlaczego? – próbowali dociekać.  „Bo pływał w Bajkale!” – usłyszeli.  A oto nasz krajowy towariszcz - mors, który(a) nie zważając na ekstremalną temperaturę wody (mi (P.) zamroziło nogi gdy weszłam do kolan, a stałam tam całe 10 sekund) również pływał w Bajkale jak ryba :-)
 


Aby dotrzeć na północny kraniec wyspy trzeba niestety wykupić miejsce w turystycznym busie, nie ma tu żadnego innego transportu, a odległości są zbyt duże na piesze lub nawet rowerowe wędrówki.  Kupiłyśmy więc bilet i spędziłyśmy wesoły dzień z rosyjskimi letnikami.  Było to przeżycie niezapomniane.  Nasi współtowarzysze podróży mogliby jutro zagrać w rosyjskiej wersji "Rejsu" i byłby to pewny hit kasowy.  O 11 rano, przed busem stało dwóch kolesi na takim kacu, że byli czerwoni na gębach, oczka świńskie, krok niepewny.  Jeden z nich okazał się namolną, zboczoną świnią w dresie i lakierkach (strój narodowy), próbował nas obmacywać już wtedy, gdy czekaliśmy na odjazd.  Obydwie mocno zaprotestowałyśmy i potem trzymał się już z daleka, rzucając tylko głupie komentarze.  Dwóch następnych kolesi zaczęło rozpijanie flaszki o 11.30 rano.  Pozostały skład w super-łaziku tworzyli: jedna nawiedzona pani w typie nauczycielki wf-u (tuliła później skały) oraz czwórka: trzy mocno potężne panie w wieku ok. 50 lat i towarzyszący im bardzo małomówny mężczyzna z wąsem. Panie zdecydowanie głośniejsze.  Nazwałyśmy je kolektywnie „Mamoniowa i koleżanki na wywczasie”.  Na każdym postoju, przeznaczonym na oglądanie widoczków, w momencie w którym kierowca chciał ruszać wszyscy oprócz nas i wuefistki sięgali po papierosy (choć 5 minut wcześniej też oczywiście palili).  Potem okazało się, że przerwa w paleniu przekraczająca 25 minut nie wchodzi w grę.  W drodze powrotnej, kazali kierowcy zatrzymać się 3 km przed naszą wioską, bo znów musieli zajarać.  Minęło wtedy może z 27 minut od ostatniego przystanku. Na północnym cyplu wyspy mieliśmy dłuższą przerwę.  Poszliśmy na skały, a potem wszyscy wrócili na obiad.  Panowie kończyli już swoją flaszkę plus dołożyli parę piw. Panie natomiast, jak się okazało, w torebeczce przywiozły ze sobą 0,75 l wódki do obiadku.  Tylko dla siebie.  Nalały do kubków po potężnym hauście (1/3 objętości) i chlup niczym minerałkę, nie przerywając konwersacji o mieszkających w tym regionie Buriatach.  Na stół wjechała zupa z ryby, która de facto była wodą pogotowaną z 45 minut z połówką ryby i kawałeczkami ziemniaków plus dużą ilością soli.  Mi (P.) trafiła się głowa.  Justyna odmówiła jedzenia twierdząc, że jest wegetarianką.  Każdy z Rosjan zjadł po 4-5 talerzy ( Justyna jadła w tym czasie pierniczki z czajem.)  W tym czasie (nie więcej jak 30 minut) trzy Mamoniowe rozpiły 0,75 litra.  I… nic.  Schowały pustą buteleczkę do torebki i poszły się opalać.  Kompocik do obiadu. Oczywiście nas również częstowali, ale byłyśmy nieugięte, bo upał był obłędny. „No tak” – zauważył refleksyjnie jeden z obecnych – „ Co Rosjanom służy, zabija cudzoziemców”.  Panowie, którzy mieli 0,75 na dwóch plus parę piw, zaczęli wyglądać nietęgo.  Na kolejnym postoju dołożyli jeszcze po jednym piwku i zaczęli przysypiać.  Po paniach nie było nawet widać, że cokolwiek łyknęły.  Zboczeniec dalej komentował, a kierowca puścił na full potworną muzykę w stylu „masz takie piękne oczy, a ja cię kocham, Maszeńko, umpa, umpa, umpa” albo „dobra wódeczka, od dobrej wódeczki nie boli głowa, głowa boli tych, którzy nic nie piją”. Przykład rosyjskiego humoru sytuacyjnego: nasze trzy obfite Mamoniowe wpakowały się niechcący w kadr fotki, którą robił swoim kolegom młodzian w olimpijskim dresie. Ponieważ jak na złość nie chciały się za nic przesunąć, w końcu poprosił grzecznie „Błagam, przesuńcie się, Dziewuszki, bo ja nijak tego ich żonom nie wytłumaczę”. Inna dykteryjka, oczywiście także z Mamoniową w roli głównej. Po spacerku na skałki zdała sobie sprawę ze zniknięcia swego małomównego małżonka. Zaczęła nawoływać: „Gdzie jest Sieriożka?, Sieriooooożka!!!" „Tu jestem” – odpowiedział stojący w pobliżu dwudziestoletni mężczyzna. Mamoniowa zgłupiała. „Naprawdę to ja. Na pewno. Jestem Sieriożka, na imię mi Siergiej, mówię wam.” Mamoniowa nie straciła rezonu: „U nas własny Sieriożka” – odparła z godnością i ruszyła na dalsze poszukiwania. W sumie ubawiłyśmy się setnie ;-)


Humor humorem, ale „zwyczaje obiadowe” naszych współtowarzyszy to tylko fragment szerszego problemu, o którym nie napiszemy już nic nowego, bo wszystko właściwie powiedziano – Rosjanie i wódka.  W największej wiosce na wyspie zapewne jedyną rozrywką nastoletnich chłopców i młodych mężczyzn jest upijanie się do granicy utrzymania się na nogach, a następnie jeżdżenie starymi ładami po łąkach przy granicy klifu i zaczepianie kogo popadnie (czytaj: turystów).  Alternatywnie można jeździć po głównej, piaszczystej, ulicy wioski i próbować w kogoś wjechać.  Wiemy o czym piszemy, bo raz musiałyśmy uciekać za latarnię, gdy zostałyśmy obrane za cel takiej zabawy (nasze obserwacje potwierdziły się w trakcie rozmów z innymi turystami, którzy też natknęli się na agresywnych Lada - boys). Większość mężczyzn i dużo kobiet ma rysy zdegenerowane wielopokoleniowym alkoholizmem.  W miastach ludzie wyglądają lepiej, ale zarówno w Moskwie jak i w Irkucku, w parkach, na bulwarach nadrzecznych etc. piwo pije się od 9 rano.  I to właściwie bez przerwy, żeby po zakończeniu dnia pracy przerzucić się na mocniejsze trunki.  Późne wieczory w mieście są niemiłe, a czasami niebezpieczne.  Obawiamy się, że jeśli nic się nie zmieni, za 200-300 lat w Moskwie będą mieszkać Chińczycy. 

I tak jak picie Rosjan obserwujemy ze smutkiem, a czasami ze zdziwieniem, to prawdziwym horrorem było dla nas spotkanie w turbazie polskiej wycieczki, szumnie nazywanej „Siberia Adventure 2010”.  Napis był nadrukowany na czarnych koszulkach, które opinały potężne brzuszyska panów w wieku od 35 do 55 lat, z których żaden nie przeszedłby o własnych siłach 5 km, nie mówiąc o tym, że nie mogliby się pokusić o jakikolwiek inny podbój Syberii niż ten, jakiego właśnie dokonali. Zostali zwiezieni autobusem na coś w rodzaju wyjazdu integracyjno – motywacyjnego.  Mieszkali w dużym domu z okrągłą werandą, która 10 minut po ich przyjeździe cała była upstrzona butelkami z wódka, popitką oraz puszkami piwa.  Około 18 byli już bardzo pijani i słychać ich było w całej turbazie.  Darli się nieziemsko, a jak się zapewne domyślacie, nie najpiękniejszą polszczyzną: „Piotrek, ty, kur**, gdzie ty weszłeś? Dawaj, kur** tę flaszkę”.  I w tym oto stylu kontynuowali do 20-ej, kiedy to przenieśli się do stołówki, gdzie darli się dalej, tylko że na zamkniętej powierzchni, co było bardziej spektakularne.  Następnego dnia rano, gdy Siberian Adventure zakładało zawiezienie tłustych brzuchów busem na wycieczkę, na miejscu zbiórki stawiło się kilka niedobitków, co chyba musiało wprowadzić lowelasowatego organizatora tej zabawy we wściekłość, ponieważ panowie ewidentnie dostali burę.  Wieczorem byli już grzeczniejsi, co nie oznacza, że dużo trzeźwiejsi.  Następnego ranka zniknęli ku naszej ogromnej uldze.  Był to wybitny pokaz polskiego buractwa, miedzy innymi dlatego, że zdobywcy Syberii zakładali, że nikt ich nie rozumie, więc mogą sobie pozwolić na wszystko.  Polaków nad Bajkałem mnogo jak psów i bardzo wielu Rosjan pracujących tu z turystami rozumie po polsku dużo więcej niż mogłoby to wynikać z samego podobieństwa języków (nie wspominając o tym, że w naszej turbazie pracuje woluntariusz z Polski).

W tym wszystkim, wspaniale wspominamy spotkaną tu Francuzkę, panią w wieku 73 lat, podróżującą samotnie szlakiem zbliżonym do naszego (nota bene to najpopularniejszy tu szlak, 2/3 zagranicznych turystów z Irkucka jedzie do Ułan Bator, potem do Pekinu a następnie do Azji Pld-Wsch.).  Pani nie zna żadnego języka poza francuskim, który przydał jej się tylko w Afryce Zachodniej, gdzie też już była, tak jak prawie wszędzie i ma zamiar jeździć dalej.  Plus wkurzona swoimi kłopotami komunikacyjnymi i byciem skazaną na towarzystwo Francuzów i Szwajcarów (no i Justynkę :-) postanowiła po powrocie zacząć uczyć się angielskiego.  Obydwie, rozmawiając z nią, w duchu powtarzałyśmy sobie „obyśmy były w jej kondycji fizycznej i umysłowej w tym wieku”. 

Dla ciekawych trochę cen:

  • Hostel w Irkucku, IF Hostel (godny polecenia) - pokój 2-os. - 600 rubli, dorm - 500 rubli
  • Bilet Irkuck – Ułan Bator, wagon kupe (przedział z 4 kuszetkami) – 4100 rubli od osoby;
  • Nocleg w turbazie „u Nikity” na wyspie Ołchon z 3 posiłkami dziennie – 800 rubli od osoby
  • Przejazd busem Irkuck – Ołchon – 600 rubli w jedną stronę
  • Wycieczka na północ wyspy – 500 rubli ("rejsowe" atrakcje nie gwarantowane :-)


    Ołchon - cz. 1

    Zanim wyjechałyśmy z Irkucka na wyspę Ołchon, kupiłyśmy bilety do Mongolii.  Nasza przygoda z koleją transsyberyjską już się zakończyła, ale za parę dni zacznie się następna, tym razem z koleją transmongolską.  Na razie kontynuowałyśmy nasze przygody z paniami na dworcach i w kasach - przygody wymagające dużej cierpliwości.  Zakup biletu do Ułan Bator na dworcu w Irkucku wiele nas kosztował - nie tylko w sensie materialnym - i wynikało to, jak zwykle, głównie z nastawienia pani w okienku.  Pracowała w kasie międzynarodowej, ale nie uważała, że rozmowa z cudzoziemcem wymaga od niej zmiany podejścia.  Gdy poprosiłam (P) o bilet do Ułan Bator, ze spokojem odpowiedziała: „Charaszo, pojezd Irkuck – Nauszki”.  Zaczęłam jej tłumaczyć, że chciałybyśmy prosto do Ułan Bator.  A ona swoje.  Pytam, więc czy chodzi o to, że w Nauszkach (miasto graniczne z Mongolią, ale jeszcze po stronie rosyjskiej) musimy się przesiąść i ile czasu mamy na przesiadkę, czy długo?  Popatrzyła na mnie głupio, więc najjaśniej jak mogłam spytałam ponownie czy nie ma bezpośredniego do Ułan Bator.  A ona mi na to, że jest właśnie Irkuck – Nauszki.  Załamałam się.  Mówię jej, że słabo znam rosyjski, że chce do Ułan Bator, a ona mi mówi, że pociąg jest do Nauszek.  Od czasu rozpoczęcia naszej rozmowy minęło już dobre 15 - 20 minut.  Byłam już gotowa kupić ten nieszczęsny bilet do Nauszek, żeby tam szukać innego połączenia, ale w tym właśnie momencie okazało się, że przełom jest blisko.  Tyle czasu zajęło tej pani dodanie jedno prostego zdania, które bez najmniejszego problemu zrozumiałam.  Brzmiało ono następująco: „Ten pociąg jedzie do Ulan Bator bezpośrednio, a Irkuck – Nauszki, to jego nazwa”.  Czy naprawdę tak trudno zacząć od tej informacji, gdy się rozmawia z cudzoziemcem?  To kolejny przykład nastawienia pań z kasy.  Inną historia są „sklepowe”.  Jak ktoś ma więcej niż 35 lat, to powinien takie panie jeszcze pamiętać, bo u nas również występowały powszechnie.  Są wiecznie obrażone, klienci mogą stać w kilometrowej kolejce, ale one same nie zapytają co podać dopóki się ich nie przywoła i nie powtórzy ze trzy razy „Izwienitie, pozalsta, ja by chotiela kupit….”  Za pierwszym razem jak grochem o ścianę, za 2-3 razem zwykłe działa, ale mina nadal wyraźnie wskazuje, że księżniczce nie podoba się, że musi podać masło i ser.


    Tyle refleksji, czas powiedzieć coś o samym Ołchonie.  Jechałyśmy tu zastanawiając się czy będzie elektryczność, żeby podładować baterie i jakaś woda do umycia zębów.  Wiedziałyśmy, że nie ma bankomatu (o czym nie wie przed przyjazdem chyba ponad połowa zachodnich turystów, dzięki czemu lądują około 400 km od Irkucka bez pieniędzy na powrót i opłacenie jedzenia,) ale za to są jakieś sklepy spożywcze, w których można kupić podstawowe produkty.  Byłyśmy przygotowane na to, że tzw. turbaza, w jedynej wiosce na wyspie, zaoferuje nam nocleg w sali wieloosobowej na wzór naszych schronisk w Bieszczadach.  Turbaza okazała się jednak dosyć luksusowym, jak na miejscowe warunki, ośrodkiem wakacyjnym z drewnianymi daczami.  W naszym dwuosobowym domku jest prąd, stołówka serwuje nam 3 razy dziennie posiłki, a w okolicznych sklepach można kupić piwa holenderskie, niemieckie, duńskie i oczywiście rosyjskie.  Z zaopatrzeniem w jedzenie trochę gorzej niż w alkohol, ale głodny też nikt nie chodzi.  Jedyne czego nie ma to kanalizacja (na całej wyspie), ale sławojki typu dziura w ziemi to dla nas żadna nowość.  Zamiast prysznica raz dziennie możemy iść do bani, z czego skwapliwie korzystamy.  Jest nawet wi-fi, ale turystom nie podają hasła by nie przeciążyli im sieci.  Myślimy, że czas zapomnieć o romantycznych podróżach do dzikich miejsc bez cywilizacji :-).   Choć podobno, jeszcze kilka lat temu, na Ołchonie nie było elektryczności. 

    Miejsce, gdzie mieszkamy – Chużyr, jest drewnianą wioska liczącą około 1200 osób, przypominającą wyglądem podniszczoną dekorację westernów. Historia jej powstania jest jednak ciekawa – w 1939 roku władze radzieckie zdecydowały się na świętokradcze założenie robotniczej kolonii w miejscu, gdzie mieszkający tu Buriaci oddawali hołd bogowi wyspy Olchon, Burchanowi. Rzeczywiście, kilkaset metrów od naszego domku wznosi się skała (pierwsze zdjęcie), w której wnętrzu mieszkało ponoć to bóstwo. Jak dowiedzialyśmy się od spotkanej po drodze polskiej pary, na skałę tą nie powinny wspinać się kobiety, na które za niesybordynację zsyłana jest choroba. Swoją drogą, cała wyspa znana jest ze swojego mistycyzmu, obfituje w miejsca kulty, oznaczone drewnianymi palami obwiązanymi modlitewnymi chorągiewkami, podobnymi do nepalskich.

    Na Ołchon przyjeżdża się dla widoków i trzeba przyznać, że rzeczywiście są spektakularne.  Wyspa jest skalista, Bajkał w dali granatowy, a przy brzegach błękitny i szmaragdowy, klify za to wysokie i imponujące.  Jest przepięknie tylko… nad brzegiem jeziora, przy drogach, w wiosce – wszędzie panuje absolutny syf i to zarówno w postaci wszelkiej maści śmieci, jak i porozwalanych ogrodzeń domów, podwórek zawalonych żelastwem i szeroko pojętego bałaganu.  Nie dziwi to zbytnio, ale smuci.  Dodatkowo naszła nas jeszcze jedna refleksja.  My jesteśmy tu na „wczasach”, odpoczywamy sobie przed kolejną długą podróżą pociągiem i jest nam fantastycznie.  Ale mamy wątpliwości czy warto jechać taki kawał świata, żeby zobaczyć to, co oglądamy.  Bajkał, a w szczególności Ołchon - jakkolwiek przepiękny - jest mało oryginalny.  Całość krajobrazu przypomina Islandię.  Gołe skały, porośnięte niskimi trawami, surowy krajobraz bez drzew (lasy iglaste są, ale z drugiej strony wyspy, z wioski ich nie widać).  Z drugiej strony cały urok Ołchonu leży w ostrych klifach, wystających z wody skalistych wyspach i małych zatoczkach a to znowu Bretania, hiszpańska Galicja, wybrzeże Irlandii etc. Ołchon jest rzecz jasna piękny, ale krajobraz bardzo europejski.  Jadąc tutaj, przez długi czas jechaliśmy blisko części południowego wybrzeża wyspy.  Tam znowu przeważają lasy iglaste, bardzo piękne ale nieróżniące się zbytnio od tych, jakie zaczynają się 100 metrów od domu moich rodziców (P.) nad polskim morzem :-)








    wtorek, 7 września 2010

    Irkuck

    W Irkucku upał.  W ciągu dnia 25 stopni i słońca nie przesłania żadna chmurka.  Korzystamy więc z okazji i jutro uciekamy na wyspę Ołchon - podobno perłę Bajkału.  Odezwiemy się po powrocie za parę dni. 

    Kolej transsyberyjska cz. 2


    W wagonie niepodzielną władzę sprawuje prowadnica.  Najbardziej rozrabiający pasażerowie milkną jak trusie po jej uwagach.  Nie dotyczyło to wprawdzie naszej Mariny (jednak z siedzących najbliżej Rosjanek), ale i ona udawała, że się boi.  Jako jedyni otwieraliśmy w pociągu okno (jak powszechnie wiadomo od smrodu jeszcze nikt nie umarł a od zimna cała armia napoleońska), co spotykało się z powszechnym oburzeniem i skargami.  Prowadnica przychodziła i upominała nas srogo. Na jej oczach okno zamykano, ale Marina chwilę później je otwierała.  Podobnie było, gdy nasi polscy koledzy rozkręcili małą, lokalną imprezkę a najbliżej leżący pan uznał to za szczyt chamstwa i po nieudanych próbach interwencji u nas poskarżył się prowadnicy.  Tym razem skapitulowaliśmy, z prowadnicą się nie dyskutuje :-)

    Kłopoty z imprezką nie wynikały zresztą z niezrozumienia dla potrzeby zabawy, tylko z absurdalnego sposobu liczenia czasu.  Cała kolej transsyberyjska, od Moskwy po Władywostok funkcjonuje według czasu moskiewskiego. W Irkucku jest pięć godzin później, we Władywostoku – siedem.  Jedziemy półtora dnia i mijamy dwie strefy czasowe.  Po trzeciej zaczynają się problemy.  Zegarek nastawiony na czas moskiewski pokazuje 20-ale de facto jest 23 i wszyscy chcą spać.  Poza nami.  My jedziemy według czasu moskiewskiego.  O 4 rano czasu moskiewskiego robi się jasno, ale my śpimy do 9-10, czyli ok. 13 czasu lokalnego.  Do Irkucka dojeżdżamy o 22 czasu moskiewskiego (czyli późny wieczór, nie ma potrzeby się kłaść) ale tak naprawdę jest 3 nad ranem.  Całkowita schizofrenia czasowa. 

    Wiele osób pytało jak wygląda wagon plackartnyj. Same tego wcześniej nie wiedziałyśmy.  Nie ma przedziałów, prycze jak w naszych kuszetkach są trochę krótsze, ale za to w korytarzu, wzdłuż okna mieszczą się jeszcze dwie dodatkowe - dolna i górna.  Dolną w ciągu dnia zamienia się w stolik i dwa siedziska.  Wygląda to tak:








    Moskwa-Irkuck koleją transsyberyjską

    Przed wyjazdem, ktoś zapytał mnie (P) jak w kolei transsyberyjskiej przygotowuje się posiłki.  Odpowiedziałam, że wszyscy dysponują torbą dań instant, ponieważ w każdym wagonie jest samowar, z którego nalewa się kipiatiok i w ten sposób, przez kilka dni, człowiek truje się różnymi świńskimi makaronami z dużą domieszką E220.  Osoba, z którą rozmawiałam wówczas powiedziała, że wydaje się jej, że stare samowary raczej wymieniono już jakiś czas temu na elektryczne czajniki.  Wot i eto taki „czajnik”:

    Wiedziałyśmy, że przez 3,5 dnia będziemy ściśnięte z tłumem ludzi na bardzo małej powierzchni. Byłyśmy na to gotowe.  Wiedziałyśmy, że kibel w pociągu będzie ohydny (zresztą kible w pociągach z natury rzeczy są zwykle ohydne).  Wiedziałyśmy także, że pociąg nie będzie lśnił czystością.  Ale na jedno nie byłyśmy przygotowane - mianowicie na to, że część naszych współtowarzyszy niedoli, czyli mężczyzn w wieku od 20 do 60-ciu lat, już w momencie wsiadania do pociągu w Moskwie będzie śmierdzieć jak gdyby nie myli się i nie zmieniali ubrań od co najmniej dwóch tygodni. Wystarczyło na nich spojrzeć, żeby stwierdzić, że to nie tylko wyolbrzymione porównanie, ale niestety smutna rzeczywistość.  Oni po prostu nie odczuwają najmniejszej potrzeby umycia siebie lub zębów, nie używają dezodorantów ,nie zmieniają ubrań.  Najprawdopodobniej, gdy po kilku tygodniach pracy (?) i podróży dotrą do domu, umyją się wreszcie, choć myślimy, że i tak nie będzie to ich pierwsza potrzeba.  Co zaskakujące, na 2-3 godziny przed stacją, na której wysiadali, rozpoczęli tłumne pielgrzymki do śmierdzącej dziury zwanej szumnie łazienką i zaczęli się golić, zmieniać koszule, spodnie – orgia czystości.  Trochę w stylu XVII w szlachty, czyli perfuma na wierzch, ale kąpiel raz na pół roku. 
    Tacy panowie, a były ich w naszym wagonie ze 3 duże grupy, skutecznie utrudniali (uśmierdzali) nam podróż.  Nasz mały przedzialik (6 prycz tworzy coś na kształt małego przedziału) był wręcz wymarzony, dwójka Niemców i dwie urocze Rosjanki, które objaśniały nam wszystko, odpowiadały na nasze nawet najgłupsze pytania o Rosję, Syberię, Irkuck, język rosyjski i inne.  W wagonie było też 3 Polaków, studentów jadących na wymianę do Irkucka.  Z ogromną radością obserwowałyśmy ich i porównywałyśmy z Niemko-Czeszką (mieszka w Niemczech większość życia, ale nadal podróżuje z czeskim paszportem).  Niemka była absolutnie przerażona wszystkim - pociągiem, ludźmi, biedą za oknem, zimnem, jakie ją czeka, akademikiem, a właściwie tym jak będzie on wyglądał - właściwie wszystkim.  Polacy, w odróżnieniu od niej, wykazywali stoicki spokój i kompletny brak podniecenia rzeczami oczywistymi tzn. np. śmierdzącym kiblem.  Niemiec był tak spokojny i flegmatyczny, że chyba biały niedźwiedź musiałby wejść do wagonu, żeby zrobić na nim wrażenie, (choć -jak się okazało - unikał z początku picia piwa i to nie z powodu niechęci do tego trunku, tylko aby uniknąć częstego korzystania z toalety :-).


    Pociąg parę razy dziennie zatrzymuje się na 20-30 minutowe postoje.  Orgia zachwytu świeżym powietrzem na peronie.  Wszyscy wylegają przed pociąg a wokół odbywa się wielki handel.  Pierożki, blinki, piwo, pieczone kurczaki, ogórki, od ok. 3000 kilometrów od Moskwy również wędzone ryby.  Głodnym być tu trudno. Jednym z zabawniejszych momentów była nocna degustacja raków – zachęceni przez Marinę i Tanię (hasłem „Eta takaja balszaja krewietka” :-) postanowiliśmy skonsumować je w nocy przy świetle czołówek.


    W pociągu spotkaliśmy 6 Polaków, paru innych cudzoziemców, Rosjanie byli w mniejszości, choć otoczeni przez licznie reprezentowane narody Federacji i byłego Sowieckiego Sojuza.  

    No i generalnie... nic się nie dzieje.  Legendarne wręcz imprezy w kolei transsyberyjskiej są raczej mitem.  Przynajmniej u nas i w okolicznych wagonach nie było żadnych imprez.  Wszyscy spali jakieś 15 godzin na dobę, przez pozostały czas jedli chińskie zupki.  My spałyśmy trochę mniej, ale za to czytałyśmy, co było dość niezwykłe.  Na peronach kupuje się piwo, które wypijałyśmy w polskim towarzystwie.  Aczkolwiek życie towarzyskie kwitło, choć akurat nie przy alkoholu.  Dziwne to i bardzo niestereotypowe.